Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Ależ wiesz — odpowiadam. — Nie wiesz tylko, czy ja wiem, o czym mówię. — Słońce pomalutku przesuwa się wyżej, wspinając się na palce, żeby nas lepiej widzieć. — Mówię o dwudziestu sześciu pozostałych osobach, które mogą bezpośrednio zyskać na sukcesie rynkowym Absolwenta, i setkach, a może tysiącach ludzi, którzy zyskają pośrednio. Ludzi, którzy pracowali, lobbowali, przekupywali, zastraszali, a nawet zabijali, abyście mogli znaleźć się tak blisko celu. Oni również dysponują głosami. Barnes rozmawia z nimi w tej chwili, prosząc o odpowiedź tak lub nie, a kto może wiedzieć, jaki będzie wynik głosowania?
Morderstone stoi nieruchomo. Ma szeroko otwarte oczy i usta, jakby zjadł coś niesmacznego.
— Dwudziestu sześciu — mówi bardzo cicho. — Skąd wiesz, że dwudziestu sześciu? Skąd to wiesz?
— Byłem kiedyś dziennikarzem finansowym — wyjaśniam skromnie. — Przez jakąś godzinę. Pewien człowiek w Smeets Velde Kerplein prześledził dla mnie twoje operacje finansowe. Dowiedziałem się wielu interesujących rzeczy.
Opuszcza wzrok, maksymalnie się koncentrując. Dostał się tu dzięki swojemu umysłowi, więc jego umysł musi go również z tego wyciągnąć.
— Oczywiście — mówię, przerywając jego myśli — możesz mieć rację. Być może dwadzieścia sześć osób stanie za tobą murem, wstrzyma operację, anuluje ją, cokolwiek. Tyle tylko, że nie postawiłbym na to swojego życia.
Zawieszam głos, ponieważ czuję, że w ten czy inny sposób zasłużyłem sobie na tę chwilę.
— Ale z radością postawię twoje — kończę.
Widzę, że jest wstrząśnięty. Moje słowa wyrwały go z otępiania.
— Zwariowałeś — krzyczy. — Wiesz o tym? Zdajesz sobie sprawę, że zwariowałeś?
— No i dobrze — mówię. — Jak chcesz, to do nich zadzwoń. Zadzwoń do Barnesa i powiedz mu, żeby wstrzymał akcję. Jesteś na dachu z szaleńcem, impreza skończona. Wykorzystaj swój głos.
Potrząsa głową.
— Nie przylecą — mówi. Po czym dodaje znacznie ciszej: — Nie przylecą, bo ja tu jestem.
Wzruszam ramionami, ponieważ nic innego nie przychodzi mi do głowy. Mam ochotę powzruszać sobie ramionami. Taki właśnie nastrój zwykł mi towarzyszyć przed skokiem na spadochronie.
— Powiedz, czego chcesz — krzyczy nagle Morderstone i zaczyna szarpać kajdankami. Na jego nadgarstkach dostrzegam jasne, mokre ślady krwi.
Moje biedactwo!
— Chcę zobaczyć wschód słońca — mówię.
Francisco, Cyrus, Latifa, Berhnard i zakrwawiony Benjamin dołączyli do nas, ponieważ dach wydaje się miejscem, w którym w tej chwili przebywają interesujący ludzie. Odczuwają mieszaninę strachu i zdezorientowania, nie są w stanie uchwycić istoty wydarzeń. Stracili swoje miejsce w scenariuszu i mają nadzieję, że ktoś wkrótce poda im numer strony, na którą powinni zajrzeć.
Nie muszę dodawać, że Benjamin zrobił wszystko, co mógł, aby nastawić ich przeciwko mnie. Ale jego wszystko przestało wystarczać, kiedy wróciłem do konsulatu z pistoletem przyciśniętym do szyi Morderstone'a. Wydało im się to dziwne. Osobliwe. Niespójne z szalonymi teoriami Benjamina na temat Zdrady.
Tak więc stoją teraz przede mną, przenosząc wzrok to na mnie, to na Morderstone'a. Wdychają świeże powietrze, a Benjamin cały się trzęsie, plując sobie w brodę, że mnie nie zastrzelił.
— O co tu, kurwa, chodzi, Ricky? — pyta Francisco.
Wstaję powoli, czuję, jak strzela mi w kolanach; robię — krok w tył i podziwiam owoc moich wysiłków.
Odwracam się i macham ręką w stronę Morderstone'a. Ćwiczyłem tę przemowę kilka razy, więc większą część znam już chyba na pamięć.
— Ten człowiek — wyjaśniam im — był kiedyś sprzedawcą broni. — Podchodzę bliżej do drabinki pożarowej, ponieważ chcę, aby wszyscy wyraźnie mnie słyszeli. — Nazywa się Naimh Morderstone, jest dyrektorem naczelnym siedmiu oddzielnych przedsiębiorstw i większościowym udziałowcem kolejnych czterdziestu jeden. Posiada domy w Londynie, Nowym Jorku, Kalifornii, na południu Francji, w zachodniej Szkocji, a w północnym czymśtam z basenem. Wartość netto jego majątku przekroczyła bilion dolarów — w tym miejscu kieruję wzrok na Morderstone'a. — Musiała to być dla ciebie ekscytująca chwila, Naimh. Jak sobie wyobrażam, zjadłeś tego dnia duży kawałek ciasta — ponownie zwracam wzrok na moją widownię. — Co istotniejsze z naszego punktu widzenia, jest samodzielnym właścicielem ponad dziewięćdziesięciu kont bankowych, a z jednego z nich przez ostatnich sześć miesięcy wypłacano nam pensje.
Nikt jakoś nie kwapi się, żeby podskoczyć z wrażenia, więc zadaję ostateczny cios.
— Ten człowiek obmyślił, zorganizował, wyposażył i finansował Miecz Sprawiedliwości.
Zapada milczenie.
Tylko Latifa wydaje z siebie jakiś dźwięk: prycha z niedowierzania, strachu lub złości. Poza tym wszyscy milczą.
Długo wpatrują się w Morderstone'a, a ja przyłączam się do nich. Zauważam teraz, że ma również ślady krwi na karku — prawdopodobnie zbyt brutalnie popędzałem go na schodach — ale poza tym wygląda dobrze. Niby dlaczego nie miałby wyglądać dobrze?
— Gówno prawda — stwierdza Latifa.
— Słusznie — mówię. — Gówno prawda. Panie Morderstone, to wszystko gówno prawda. Zgodzi się pan z tym?
Morderstone również się w nas wpatruje, starając się desperacko wywnioskować, kto z nas jest najmniej szalony.
— Zgodzi się pan z tym? — powtarzam pytanie.
— Jesteśmy ruchem rewolucyjnym — odzywa się niespodziewanie Cyrus.
Zerkam na Francisca, ponieważ prawdę mówiąc, on powinien to powiedzieć. Ale Francisco rozgląda się dookoła, marszcząc brwi; wiem, że zastanawia się nad różnicą między zaplanowaną akcją a prawdziwą akcją. Zażalenie Francisca wiąże się z faktem, iż informacja na ten temat nie znalazła się w broszurce.
— Oczywiście, że jesteśmy — mówię. — Jesteśmy ruchem rewolucyjnym z komercyjnym sponsorem. To wszystko. Ten człowiek — wskazuję na Morderstone'a w najbardziej dramatyczny sposób, w jaki potrafię — wrobił was, wrobił nas wszystkich, wrobił cały świat, żeby kupił od niego broń. — Zaczynają przestępować z nogi na nogę. — Nazywa się to marketingiem. Agresywnym marketingiem. Wytwarza się zapotrzebowanie na produkt w miejscu, gdzie dawniej rosły tylko żonkile. Tym właśnie zajmuje się ten człowiek.
Obracam się, żeby spojrzeć na tego człowieka z nadzieją, że wtrąci się do rozmowy i powie: tak, każde jego słowo to najprawdziwsza prawda. Ale Morderstone najwyraźniej nie ma na to ochoty i w związku z tym zapada długie milczenie. Myśli kłębią się i zderzają w ruchach Browna.
— Broń — odzywa się w końcu Francisco. Ledwo go słychać, zupełnie jakby dzwonił z innego miasta. — Jaka broń?
Teraz. Nadszedł moment, w którym muszę doprowadzić do tego, że zrozumieją. I uwierzą.
— Helikopter — mówię i oczy wszystkich, również Morderstone'a, kierują się na mnie. — Wyślą tu helikopter, żeby nas wszystkich pozabijał.
Morderstone chrząka.
— Nie przyleci — mówi i sam nie wiem, czy próbuje przekonać siebie, czy mnie. — Jestem tu, więc nie przyleci.
Odwracam się do reszty.
— W każdej chwili — wyjaśniam — z tamtej strony może nadlecieć helikopter. — Wskazuję na słońce i zauważam, że jedynie Bernhard kieruje wzrok w tamtym kierunku. Reszta patrzy cały czas na mnie. — Helikopter mniejszy, szybszy i lepiej uzbrojony niż jakikolwiek, który widzieliście. Pojawi się tu naprawdę niedługo i zmiecie nas wszystkich z dachu. Prawdopodobnie zmiecie również dach i dwa górne piętra, ponieważ dysponuje niewiarygodną siłą ognia.