Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
— Milady, mam pewne pomysły dotyczące taktyki. Delikatny uśmiech zagościł na jej ustach.
— Tak? A więc ta kolacja ma nie tylko towarzyski charakter?
— Postanowiłem zorganizować miły wieczór w zamian za możliwość przedstawienia swoich pomysłów, a w zasadzie jednego pomysłu.
— Dzięki pierożkom jestem wspaniałomyślna. Proszę mówić. Martinez powoli popijał kawę, delektując się jej gorzkim smakiem po słodkim deserze. Ostrożnie odstawił filiżankę na spodek.
— Chciałbym przedstawić argumenty za atakiem na Naxas.
— Zastanawiałam się — powiedziała z uśmiechem — kiedy zaproponuje pan atak na stolicę wroga. Sama się ze sobą o to zakładałam.
— Naksydzi mają pięćdziesiąt okrętów. Wiemy, że czterdzieści trzy uczestniczyły w podboju Zanshaa. Zostaje siedem, przy Magarii i Naxas. Na początku wojny przy Naxas była mała eskadra pięciu statków, i mogę się założyć, że nadal tam jest i że nie została wzmocniona.
— Siły Chen to siedem statków, choć „Niebiański” został uszkodzony przy Protipanu i nie jest w pełni sprawny. Nasze magazyny są o jedną trzecią uszczuplone, ale mamy nową taktykę, silne morale i tradycję zwycięstwa. Jeden atak na Naxas przytłoczy ich i to może być zwycięskie uderzenie.
Michi westchnęła.
— Nie ma pan pojęcia, jak to kusząco brzmi. — Położyła przed sobą na stole dłonie z rozpostartymi palcami. — Ale nie wiemy, czy wrogi rząd jest nadal na Naxas. Równie dobrze mogą być w drodze na Zanshaa.
— Istnieje takie ryzyko — przyznał Martinez.
— Ponadto to nie jest tak, że Naksydzi zupełnie nie wiedzą, gdzie jesteśmy. Mogli wysłać wsparcie na Naxas. Nawet jeśli dotrzemy tam pierwsi i pokonamy te pięć statków, mogą przybyć jakieś siły ratunkowe i będziemy zmuszeni do stoczenia następnej bitwy, a tymczasem nasze magazyny będą opustoszałe po poprzedniej walce.
— Zgoda.
— Oczywiście mogli też ukończyć budowę niektórych statków i wysłać je na Naxas. A nam może nie dopisać szczęście. Co więcej, moje rozkazy wyraźnie mówią, żeby nie lecieć na Naxas.
— To prawda. — Martinez skinął głową. Spojrzała spod grzywki prosto w jego oczy.
— Nie znajduje pan odpowiedzi na te zastrzeżenia?
Martinez czuł, jak w jego przeponie narasta westchnienie, ale je stłumił.
— Nie, milady. — Już wcześniej sam rozważał te wszystkie wątpliwości, które były przecież zasadne.
Michi wydawała się rozczarowana.
— Miałam nadzieję, że pan znajdzie. Od pewnego czasu ja także myślałam o Naxas.
Martinez szukał odpowiednich słów.
— Nie mam żadnych logicznych argumentów — przyznał — tylko wrażenie, że powinniśmy tam ruszyć. Wydaje mi się, że bez większego ryzyka zdołamy zlikwidować ich pięć okrętów. A potem, gdyby Naksydzi się nie poddali, możemy stamtąd odlecieć w drogę powrotną.
Michi znów spojrzała na swoje dłonie.
— Nie. Jest zbyt wiele niewiadomych. Dotychczas nasz rajd był bardzo udany. Jeśli nie powiedzie nam się przy Naxas, nie tylko damy Naksydom zwycięstwo — a nasi i tak w żaden sposób nie mogą się dowiedzieć, co się z nami dzieje — ale również zmienimy plan strategiczny Floty. — Spojrzała na niego ciemnymi oczami, w których widać było rozbawienie. — A ponieważ pan jest niedocenionym autorem strategicznego planu Floty, zakładam, że chciałby go pan utrzymać.
— Tak, milady. — Martinez poczuł skurcz w klatce piersiowej, gdy te rozważania doprowadziły go do nieuniknionych wniosków. — W takim razie — powiedział — czuję się zobowiązany do przedstawienia swojej propozycji: trzeba zrobić Naksydom to, co oni usiłowali zrobić siłom Chen. Przyśpieszyć niektóre pociski do prędkości relatywistycznej i użyć ich do zbombardowania Naxas. Moglibyśmy spuścić im na głowy pierścień.
Michi znów pokręciła głową.
— To by nie zakończyło wojny. To by tylko zaostrzyło sytuację. Naksydzi uważaliby, że powinni zastosować tę samą taktykę, a ja nie chcę, żeby pierścienie wokół Harzapid, Zarafan i Felarusa spadły na planety.
Martinez czuł, jak jego oddech powoli się wyrównuje.
— Przyjmuję to z ulgą. Uważam, że należało wspomnieć o tej możliwości, ale sercem bym jej nie wspierał.
— Właśnie. — Michi upiła kawy. — Gdybym miała zniszczyć w ten sposób naszą cywilizację, wolałabym, żeby to się stało na bezpośredni rozkaz zwierzchnika, a nie w wskutek mojej własnej inicjatywy.
Martinez uśmiechnął się. Czy Michi chętnie wypełniłaby taki rozkaz? — zastanawiał się. W wielu sprawach wykazywała dużą bezwzględność.
Czuł się nieswojo z tą myślą, ale jego umysł rozwijał dalsze koncepty.
— Jeśli nie lecimy do ojczyzny Naksydów, sądzę, że powinniśmy zrobić wszystko, by ich przekonać, że lecimy właśnie do Naxas.
— Ma pan jakiś pomysł, jak przypuszczam.
— W El-Bin są cztery wormhole. Wejdziemy do układu przez wormhol jeden. Jeśli opuścimy go przez wormhol dwa, znajdziemy się na prostej drodze na Naxas, a wormhol trzy zaprowadzi nas w końcu na Seizho przez Felarus. To bardzo długa droga. W istocie użyjemy wormholu cztery, a to zapoczątkuje pętlę, którą wrócimy do Floty Macierzystej.
— Naszym obecnym kursem lecimy prawie prosto od wormholu jeden do wormholu cztery. Troszkę pokluczymy, żeby uniknąć ewentualnych pocisków. Jeśli zamiast tego wykonamy pętlę wokół słońca El-Bin, wróg będzie sądził, że chcemy procować do wormholu dwa i do Naxas. I jeśli rzeczywiście wyślą wsparcie dla swojej macierzystej planety, będą tam lecieć z największym przyśpieszeniem, podczas gdy Naxas nic już nie będzie grozić.
— Zmylić ich jeszcze przez kilka dni — powiedziała cicho Michi. — Tak, przystaję na to.
Potem rozmowa zeszła na drobiazgi. Wreszcie Michi zaczęła ziewać, wstała i podziękowała za kolację. Odprowadził ją do drzwi. Tu go zaskoczyła: otoczyła go w pasie ręką, złożyła głowę na jego ramieniu i wyszeptała:
— Gdyby nie był pan mężem mojej bratanicy i gdyby nie to, że ją bardzo lubię, zrobiłabym teraz z pana cudzołożnika.
Martinez z trudem się powstrzymał, żeby nie otworzyć ust ze zdziwienia.
— Jestem pewien, że byłoby to zachwycające — powiedział wreszcie — ale w imieniu Terzy dziękuję pani.
Uśmiechnęła się do niego spod uniesionych brwi i wyszła. Martinez poczekał, aż drzwi się zamkną, a potem ciężko usiadł na najbliższym krześle.
Wszyscy jesteśmy już za długo na tym statku — pomyślał.
Siły Chen kontynuowały podróż. Weszły do układu El-Bin i wykonały zmyłkowe pracowanie wokół gwiazdy. Wszyscy załoganci, przypięci do foteli, byli nieprzytomni podczas hamowania przy dziesięciu g. Nie od razu było jasne, czy ten manewr zmylił dowództwo Naksydów i czy przekierowali swoje statki. Dopiero w Anicha, dwa układy dalej, siły Chen natknęły się na chmarę uciekających w popłochu statków handlowych. Okazało się, że Naksydzi usuwali swoje statki handlowe z rejonu, gdzie miała się rozegrać ostateczna bitwa przy Naxas.
Siły Chen zniszczyły 131 statków, a kolejne — w następnym układzie, dokąd niektórym udało się uciec.
Wielka rzeź statków przy Anicha była czymś wyjątkowym. Na „Prześwietnym” panowała na ogół rutyna: inspekcje, ćwiczenia, musztry. Oficerowie zapraszali się wzajemnie na kolacje, ale za ich wesołością czaiło się jakieś znużenie. Wszyscy rozumieli, że już zbyt długo są na statku.
Martinez stwierdził, że teraz logi 77-12 są bardzo wiarygodne. Korzystając z nich, wiedział wszystko o statku, a ponieważ „Prześwietny” bardzo dobrze spisywał się na manewrach eskadry, coraz rzadziej przeprowadzał kontrole i miał nadzieję, że załoga jest mu za to wdzięczna. Czasami porzucał galową sztywność, przybywał na inspekcję w wojskowym kombinezonie i czołgał się w kanałach kablowych czy tunelach technicznych, czyli tam, gdzie Fletcher nigdy nie zaglądał z obawy, że pobrudzi sobie srebrne lampasy.