Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
W tym momencie przyszło mu do głowy coś tak oczywistego, że omal sam sobie nie dał po pysku, że wcześniej o tym nie pomyślał. O jego udziale wiedziało sześciu ludzi: Burdette, Marchant, Harding oraz Surtees, Michaelson i Watson. Ostatnich trzech nie stanowiło zagrożenia, ponieważ nie wiedzieli o żadnym nielegalnym postępku, ale trzej pierwsi mogli stanowić problem, podobnie jak reszta sabotażystów. Zadał sobie sporo trudu, by poza Hardingiem nie spotkać się z żadnym z nich, ale to nie znaczyło, że któryś z pierwszej trójki się nie wygadał, bo wątpił, czy szeroko rozwinięta profilaktyka przyszła w ogóle do głowy takiemu fanatykowi jak Marchant. W końcu obaj z Fitzclarence’em podali mu nazwiska pozostałych uczestników spisku…
Burdette i Marchant stanowili oczywiste zagrożenie, a pozostali prawdopodobne. Śledztwo, nad którym nie miałby kontroli, mogło go obciążyć. Nie do końca, ale zawsze. A skoro zginęły dzieci, to najmniejszy ślad powiązania z tymi, którzy je zabili, nie zostałby nigdy zapomniany. Należało zająć się tym problemem tak na wszelki wypadek, a tak się składało, że znał wręcz idealnego człowieka do wykonania podobnego zadania.
— Tajna sesja? — Edmond Marchant spojrzał zdziwiony na patrona Burdette.
Żadnemu w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało, że Burdette właśnie złamał prawo, informując Marchanta o wezwaniu. Najprawdopodobniej żadnemu z nich nawet to do głowy nie przyszło — w końcu chodziło o prawa ludzkie, nie boskie. Marchant zmarszczył brwi — niepokojąca była zbieżność czasowa, a choć sprawy szły dobrze, szatan był sprytnym i groźnym przeciwnikiem. Co prawda byli wykonawcami woli bożej, a Bóg pokonał diabła, ale to nie znaczyło, że ten się poddał. Przez lata przygotowywał Mayhewa i tę sukę do czekającego ich zadania i na pewno nie podobało mu się, że słudzy Pana przeszkodzili jego planom. Musiał knuć i obmyśliwać, jak je uratować; pozostawało pytanie, gdzie szukać śladów jego machinacji. Bo w to, że takowe istniały, nie wątpił ani przez moment, tylko że jak dotąd mimo usilnych prób nie zdołał ich odnaleźć.
Usiadł wygodniej i potarł górną wargę, co zawsze pomagało mu w myśleniu. Skoro Mayhew zwołał Konklawe, to dysponował czymś, o czym był przekonany, że poskutkuje, a utajnienie sesji sugerowało, że chciał to coś ukryć aż do ostatniej chwili. A to z kolei znaczyło, że oni obaj powinni zachować ostrożność, a jeśli to możliwe, spróbować odkryć co to takiego.
Słuszny gniew ludu na tę nierządnicę szatana wzbierał i jeśli Mayhew z grzesznym Synodem spróbują ją chronić, gniew ten zwróci się także przeciwko nim. Chyba że sądzą, że znaleźli jakiś sposób, by te emocje opadły.
— Czy wiemy cokolwiek o powodach zwołania tej sesji? — spytał, przerywając milczenie.
— Nie — prychnął Burdette. — Mayhew będzie skomlał, żebyśmy się powstrzymali przed złożeniem petycji o postawienie dziwki w stan oskarżenia.
— Tylko dlaczego ten wymóg tajności? — Marchant próbował uporządkować myśli przy okazji pobudzenia rozmówcy do rozpoczęcia analizy sytuacji.
— Bo się boi ludzi.
— Może… ale jeśli ma inne powody? Coś, o czym sądzi, że będzie skuteczne, tylko jeśli zostanie użyte z zaskoczenia?
Burdette przechylił głowę i zaczai mu się przyglądać uważniej.
— O co chodzi, bracie? — spytał powoli. — Podejrzewasz coś konkretnego?
— Nie wiem… — Szatan nie był wszechwiedzący, ale wiedział więcej niż zwykły śmiertelnik, a więc być może… Marchant poczuł serce w gardle, ale zmusił się do zachowania spokoju. — Panie, nadal masz kontakty w ministerstwie sprawiedliwości?
— Tylko kilka — warknął ze złością Burdette. Przed powrotem Mayhewa do władzy kontrolował to ministerstwo, a od tamtej pory Sidemore cicho a skutecznie pozbawiał go tej kontroli, pozbywając się pod rozmaitymi pretekstami (najczęściej zasłużonej emerytury) urzędników, którzy mogli okazać się lojalni wobec patrona Burdette.
— Wobec tego sądzę, że sensowne byłoby, gdybyś, panie, spróbował sprawdzić, jak postępuje śledztwo bezpieki. Dobrze byłoby wiedzieć, jakie dowody zebrali przeciwko nierządnicy, bo to pomogłoby zaplanować wystąpienie przed Konklawe — zaproponował.
Burdette zastanowił się i przyznał mu rację. Co prawda widać było, że zrodziły się w nim wątpliwości, ale jeszcze nie konkretne podejrzenia, toteż pozostał spokojny. Przyjął też bez słowa protestu rozumowanie, które zdecydował mu się przedstawić były ksiądz.
Ten zaś żałował, że musiał uciec się do wybiegu wobec kogoś, kto tak jak on służył Bogu. Burdette był jednak osobą impulsywną i jeśli okazałoby się, że podejrzenia, które przyszły do głowy Marchantowi, nie są zgodne z prawdą, lepiej mu nie sugerować ich istnienia. Najgorsze co mógłby zrobić to zaniepokoić patrona możliwością, której na razie nie dawało się sprawdzić. Taki niepokój tylko by go zżerał i osłabiał wolę w sytuacji, w której znajdowali się o krok od zwycięstwa.
— Sidemore wziął się do roboty, Wasza Miłość — oświadczył zadowolony Prestwick. — Zebrał zespół do sprawdzenia dowodów, ale okazuje się, że zarówno on, jak i planetarna służba bezpieczeństwa potrzebują więcej ludzi niż sądziliśmy.
— Rozumiem… — Benjamin zmarszczył brwi: obaj mieli nadzieję, że wystarczy wtajemniczyć tylko kilku starszych rangą, najbardziej godnych zaufania ludzi w obu urzędach; teraz okazało się, że byli zbytnimi optymistami.
A ministerstwo sprawiedliwości obejmujące całą planetę było duże. I podobnie jak pradawny dinozaur potrzebowało zapasowych mózgów rozsianych po całym ciele, by móc funkcjonować…
— Rozumiem, Henry. Podziękuj mu i jeszcze raz podkreśl konieczność zachowania tajemnicy. Możesz powiedzieć, że mam na tym punkcie obsesję, ale wbij mu w łeb, że to jest najważniejsze.
— Naturalnie, Wasza Miłość.
Benjamin kiwnął głową zadowolony i przerwał połączenie.
Zdawał sobie też sprawę, że pierwszy raz od chwili, gdy dowiedział się o katastrofie, zaczyna z lekkim optymizmem spoglądać w przyszłość.
Był to niebezpieczny objaw, podobnie jak niebezpieczni byli ci, którzy potrafili doprowadzić swoje zamierzenia tak daleko. Jego plany zaś co do jednego były ryzykowne i nie mógł sobie pozwolić na pomyłki wynikające ze zbytniej pewności siebie.
— Witamy na pokładzie okrętu Marynarki Graysona Terrible, wielebny.
— Dziękuję, milady. To przyjemność móc panią zobaczyć, jak zwykle zresztą. — Hanks celowo mówił głośniej niż to było konieczne, ale chciał, by usłyszała go jak największa część załogi zgromadzonej na pokładzie hangarowym.
Miał świadomość, że członkowie załóg byli równie wstrząśnięci zawaleniem się kopuły jak reszta obywateli Graysona. Dyscyplina wojskowa mogła zapobiec okazaniu tego, ale wielu musiało zwątpić w dowodzącą nimi admirał Harrington. Nie winił ich za to, znając aż nazbyt dobrze ludzką naturę, ale chciał, by kordialność jego powitania z nią zapadła przede wszystkim w pamięć i dusze właśnie tych, którzy zwątpili.
— Zechce mi pan towarzyszyć do mojej kabiny? — spytała Honor.
— Będę zaszczycony, milady.
Oboje ruszyli ku windzie, a Hanks obserwował spod oka profil Honor. Wyglądała lepiej niż się spodziewał, ale żal, rozpacz i gniew pozostawiły swoje piętno. Chciał ją pocieszyć, bo choć nie należała do jego kościoła, była dobrą i wartościową niewiastą, nieporównanie lepszą od wielu jego wiernych. I niczym nie zasłużyła sobie na takie traktowanie, jakiego doznawała ze strony tępych czy ambitnych bigotów.