Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Z bezchmurnego nieba padła błyskawica. Gdy Bert podniósł się z ziemi, ubranie zwisało na nim luźno. Nie potrzebował go zresztą, gdyż cały pokryty był różową sierścią.
Małpa spojrzała na mnie z oburzeniem.
— Czy w ten sposób traktuje się starszego kumpla?
— Bert, ja tego nie zrobiłem. W każdym razie nie chciałem tego zrobić. Wokół mnie cuda po prostu się zdarzają. Nie robię ich celowo.
— Nie tłumacz się. Gdybym miał wściekliznę, ugryzłbym cię.
Po dwudziestu minutach znaleźliśmy się w barze na brzegu jeziora, popijając piwo i czekając na cudotwórczynię, która uchodziła za specjalistkę od zmiany kształtu i wyglądu. Opowiedziałem im, dlaczego znalazłem się w piekle.
— Muszę ją więc odnaleźć. Najpierw trzeba sprawdzić w czeluści, jeśli jest tam. Sprawa jest naprawdę pilna.
— Tam jej nie ma — odrzekł Rod.
— Hę? Mam nadzieję, że potrafisz tego dowieść. Skąd o tym wiesz?
— W czeluści nigdy nikogo nie ma. To tylko pic na wodę, wymyślony dla zastraszenia plebsu. Rzecz jasna, masa prostaczków przybywa po torze balistycznym i pewien ich procent wpadał do czeluści, zanim zarządca ustawił tę wartę, na której staliśmy z Bertem. Jednak upadek do czeluści nie czyni duszy żadnej krzywdy… poza tym, że napędza jej solidnego strachu. To parzy, rzecz jasna, więc dusza wyskakuje na zewnątrz jeszcze szybciej, niż wpadła, ale nie ponosi przy tym żadnej szkody. Kąpiel w ogniu leczy ją tylko z uczulenia, jeśli na nie cierpiała.
(Nikogo nie ma w czeluści! Nikt nie „cierpi katuszy we dnie i w nocy przez wieki wieków” — cóż to byłby za szok dla brata „Bible” Barnaby’ego… i wielu innych, którzy czerpali zyski ze straszenia ogniem piekielnym. Nie przybyłem tu jednak po to, aby dyskutować o eschatologii z dwiema potępionymi duszami, lecz by odnaleźć Margę.)
— Ten „zarządca”, o którym mówicie. Czy to eufemizm na określenie Złego?
Małpa — to znaczy Bert — pisnęła:
— Jeśli masz na myśli Szatana, nazwij go po imieniu!
— O niego mi chodziło.
— Nie. Zarządcą miasta jest pan Ashmedai. Szatan nigdy nie kala się żadną pracą. Po co miałby to robić? Jest właścicielem tej planety.
— To jest planeta?
— A co, myślałeś, że kometa? Spójrz przez okno. Najładniejsza planeta w tej galaktyce. I najlepiej utrzymana. Nie ma tu węży. Nie ma karaluchów. Nie ma pcheł piaskowych. Nie ma trującego bluszczu. Nie ma poborców podatkowych. Nie ma szczurów. Nie ma raka. Nie ma kaznodziejów. I jest tylko dwóch prawników.
— Zupełnie jak w niebie.
— Nie wiem, nigdy tam nie byłem. Mówisz, że właśnie stamtąd przybywasz, to nam opowiedz.
— Hmm… w niebie jest fajnie, pod warunkiem, że jest się aniołem. To nie jest planeta, lecz sztuczna konstrukcja, jak Manhattan. Nie przybyłem tu zachwalać nieba, lecz odnaleźć Margę. Czy powinienem spotkać się z tym panem Ashmedai’em, czy też zwrócić się od razu do Szatana?
Małpa spróbowała zagwizdać, lecz pisnęła tylko jak mysz. Rod potrząsnął głową.
— Święty Alecu, zaskakujesz mnie nieustannie. Jestem tu od roku 1588 i nigdy nie widziałem Właściciela na oczy. Nie przyszło mi nawet do głowy, żeby spróbować się dostać do niego i nie wiem, jakie należy wszcząć starania w tej mierze. Co sądzisz, Bert?
— Sądzę, że napiłbym się jeszcze piwa.
— Gdzie ty je mieścisz? Odkąd uderzyła cię ta błyskawica, nie ma w tobie miejsca na jedną puszkę piwa, a co dopiero trzy.
— Nie twój interes. Zawołaj kelnera!
Poziom naszego dyskursu nie poprawiał się. Każde zadane przeze mnie pytanie przynosiło w efekcie więcej pytań i żadnych odpowiedzi. Przybyła cudotwórczyni i zabrała ze sobą Berta, sadzając go sobie na ramieniu. Bert jazgotał zawzięcie, targując się o cenę. Cudotwórczyni zażądała połowy jego majątku i zażyczyła sobie, by, zanim ona weźmie się do dzieła, Bert podpisał umowę własną krwią. On proponował jej dziesięć procent, przy czym chciał, żebym ja zapłacił połowę tej sumy.
Gdy oboje wyszli, Rod oświadczył, że pora znaleźć dla mnie locum. Zaproponował, że zaprowadzi mnie do dobrego hotelu mieszczącego się w pobliżu.
Zwróciłem uwagę na fakt, że nie mam pieniędzy.
— Nic nie szkodzi, święty Alecu. Wszyscy imigranci przybywają do nas bez grosza. „American Express”, „Diners Club” i „Chase Manhattan” rywalizują o szansę udzielenia im pierwszego kredytu, wiedząc o tym, że ktokolwiek udzieli go imigrantowi, ma wszelkie szanse na to, że będzie on powierzał mu swe oszczędności przez całą wieczność i sześć tygodni.
— Muszą mnóstwo tracić, udzielając w ten sposób niezabezpieczonego kredytu.
— Wcale nie. Tu, w piekle, wszystkie długi są spłacane — prędzej czy później. Nie zapominaj, że tutaj dłużnik nie może nawet umrzeć, aby uniknąć spłaty. Zarejestruj się po prostu na kredyt, zanim nie załatwisz formalności z kimś z wielkiej trójki.
„Sans Souci Sheraton” mieści się przy placu naprzeciwko samego Pałacu. Rod zaprowadził mnie do rejestracji. Wypełniłem kartę meldunkową i poprosiłem o jednoosobowy pokój z łazienką. Recepcjonistka, mała diablica ze ślicznymi różkami, spojrzała na wypełnioną przeze mnie kartę. Jej oczy rozszerzyły się:
— Święty Aleksander?
— Jestem Alexander Hergensheimer, tak jak napisałem. Czasami nazywają mnie świętym Aleksandrem, ale nie sądzę, żeby ten tytuł miał tu zastosowanie.
Przerzucała szybko swe dokumenty, nie słuchając tego, co mówię.
— Już mam, Wasza Świątobliwość. Oto rezerwacja pańskiego apartamentu.
— Co takiego? Nie potrzebuję apartamentu. Poza tym chyba mnie na niego nie stać.
— Na koszt kierownictwa, Wasza Świątobliwość.
XXV
…tak że miał siedemset żon królowych i trzysta nałożnic.
Jego więc żony uwiodły jego same.