Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem i zniknęła gdzieś w głębi recepcji.
– Proszę zaczekać – usłyszał jej głos. – Może pan spocząć.
– Jestem zobowiązany.
Gray odwrócił się w stronę Darby. Pokazał jej podwójne drzwi, prowadzące chyba na jedyny w budynku korytarz. Darby odetchnęła głęboko i nacisnęła klamkę. Za drzwiami znajdowało się coś w rodzaju przestronnego holu, od którego odchodziły trzy sterylnie czyste korytarze. Mosiężna tabliczka umocowana na ścianie wskazywała drogę do sal od osiemnastej do trzydziestej. W korytarzu panowała cisza. Na podłodze leżała gruba wykładzina, a tapety miały kwiatowy deseń.
Za coś takiego można trafić za kratki. Za chwilę napatoczy się na wielkiego strażnika albo grubą pielęgniarkę. Zamkną ją w piwnicy, a potem przyjadą gliny i zaczną ją macać i wypytywać. Grantham będzie przyglądał się bezradnie, jak wyprowadzają ją w kajdankach. Jej nazwisko pojawi się w gazetach, a Tucznik – jeśli nie jest analfabetą – przeczyta o wszystkim i wreszcie ją namierzy.
Gdy skradała się na palcach wzdłuż rzędu zamkniętych drzwi, plaże i piña colady oddalały się w zastraszającym tempie. Sala numer dwadzieścia dwa była zamknięta, tak jak inne. Na drzwiach wisiała tabliczka z nazwiskiem Edwarda L. Linneya i doktora Wayne’a McLatchee. Zastukała.
Dyrektor administracyjny był jeszcze większym osłem niż recepcjonistka. Wyjaśnił Granthamowi przepisy szpitalne regulujące odwiedziny chorych. Tutejsi pacjenci są bardzo schorowanymi i kruchymi istotami. Podstawowym zadaniem szpitala jest dbać o ich ciała i chronić psychikę. Pracujący w klinice lekarze – prawdziwi eksperci w swoich specjalnościach – narzucają ścisły reżim odwiedzin. Wizyty u chorych składa się w soboty i niedziele, a nawet wówczas do pacjentów dopuszcza się wyłącznie najbliższych i przyjaciół, którzy spędzają z chorymi nie więcej niż pół godziny. W tym względzie klinika prowadzi bardzo surową politykę. Delikatna równowaga umysłu chorego z pewnością zostałaby poważnie naruszona przez reportera zadającego dociekliwe pytania. Nawet sprawy nie cierpiące zwłoki muszą w tych okolicznościach poczekać.
Pan Grantham zapytał wobec tego, kiedy pan Linney zostanie wypisany z kliniki.
– Tego rodzaju informacje są objęte tajemnicą lekarską – odparł administrator.
Pan Grantham pozwolił sobie zakpić i stwierdził, że pacjentów najczęściej wypisuje się wtedy, kiedy wygasa ich polisa ubezpieczeniowa, co należy przypisać jego zdenerwowaniu (a w istocie oczekiwaniu na wybuch paniki za zamkniętymi podwójnymi drzwiami).
Uwaga o polisie wyprowadziła administratora z równowagi. Pan Grantham miał czelność zapytać dyrektora, czy osobiście nie pofatygowałby się do pana Linneya i nie spytał go, czy ten zechce odpowiedzieć na dwa krótkie pytania, co nie powinno zająć więcej niż pół minuty.
– Wykluczone – odparł krótko dyrektor. – Byłoby to wbrew przepisom.
Za drzwiami odezwał się cichy głos i Darby weszła do środka. Na podłodze leżał gruby dywan. Wszystkie meble wykonane były z drewna. Chłopak siedział na łóżku w samych dżinsach i czytał grubą powieść. Był bardzo przystojny.
– Przepraszam, czy mogę…? – spytała z nieśmiałym uśmiechem, zamykając za sobą drzwi.
– Wejdź, proszę – odparł radośnie Edward. Po raz pierwszy od dwóch dni ujrzał kogoś spoza personelu medycznego. I to kogoś tak zjawiskowego! Zamknął książkę.
Podeszła do łóżka.
– Nazywam się Sara Jacobs i piszę artykuł dla “Washington Post”.
– Jak się tu dostałaś? – spytał zdziwiony, lecz zadowolony, że jej się udało.
– Po prostu weszłam. Czy zeszłego lata byłeś na praktyce u White’a i Blazevicha?
– Tak, w tym roku również. Zaproponowali mi pracę po absolutorium. Jeśli oczywiście dostanę absolutorium.
Podała mu zdjęcie.
– Czy znasz tego człowieka?
Zerknął na fotografię i uśmiechnął się.
– Taak… Nazywa się… zaraz… zaraz sobie przypomnę… Pracuje w dziale paliw na ósmym piętrze… Cholera, no jak on się nazywa…?
Darby wstrzymała oddech.
Linney przymknął oczy i zastanawiał się. Jeszcze raz spojrzał na zdjęcie i powiedział:
– Morgan… tak… chyba Morgan… Na sto procent.
– Morgan to nazwisko?
– Tak, nie mogę sobie przypomnieć jego imienia. Coś jak… Charles, ale inaczej… Na pewno zaczyna się na C.
– Jesteś pewny, że pracuje w paliwach? – Darby nie pamiętała dokładnie, ilu Morganów było u White’a i Blazevicha, z pewnością jednak więcej niż jeden.
– Tak.
– Na ósmym piętrze?
– Tak. W tym roku pracowałem w dziale likwidatora na siódmym, a paliwa zajmują połowę siódmego i całe ósme.
Oddał jej zdjęcie.
– Kiedy wychodzisz? – spytała. Nie chciała być niegrzeczna i wybiec z pokoju natychmiast po uzyskaniu informacji.
– Mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu. Czy ten gość coś nabroił?
– Nie. Muszę z nim porozmawiać. – Zaczęła się wycofywać w kierunku drzwi. – Czas na mnie. Dzięki… i uważaj na siebie.
– Jasne.
Zamknęła cichutko drzwi i skręciła w stronę foyer. Gdzieś z tyłu odezwał się głos.
– Hej! Do ciebie mówię! Co ty tu robisz?
Darby odwróciła się i stanęła oko w oko z wysokim, czarnym strażnikiem uzbrojonym w pistolet. Na jej twarzy odbiła się bezradność i poczucie winy.
– Co ty tu robisz? – powtórzył, napierając na nią.
– Byłam u brata – odparła. – I niech pan na mnie nie wrzeszczy!
– U jakiego brata?
Wskazała głową drzwi.
– Leży w tej sali.
– Teraz nie ma odwiedzin. To wbrew regulaminowi!
– Miałam ważną sprawę. Już wychodzę.
W drzwiach sali stanął Linney.
– To twoja siostra? – spytał strażnik.
Darby spojrzała błagalnie na chłopaka.
– Jasne, daj jej spokój – odparł Linney. – Już wychodzi.
Odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się do Edwarda.
– Za tydzień będzie u ciebie mama.
– Dobrze – rzekł cicho.
Strażnik cofnął się, a Darby niemal biegiem ruszyła w kierunku podwójnych drzwi. Grantham prawił właśnie administratorowi kazanie o kosztach opieki zdrowotnej. Szybkim krokiem weszła do foyer i ruszyła do wyjścia. Była już niemal na progu, gdy administrator krzyknął za nią:
– Panienko! Halo, panienko! Jak się pani nazywa?
Darby nie zatrzymując się pobiegła do samochodu. Grantham wzruszył ramionami i nonszalanckim krokiem wyszedł z kliniki. Wyjechali z parku pełnym gazem.
– Garcia ma na nazwisko Morgan. Linney od razu go poznał, ale nie mógł sobie przypomnieć jego imienia. Mówił, że jakoś na C… – Zajrzała do notatek z Martindale’a-Hubbella. – Pracuje w paliwach na ósmym piętrze.
Grantham nie zdejmował nogi z pedału gazu.
– Paliwa!
– Tak mówił Edward… – Znalazła go! – Curtis D. Morgan, dział paliw płynnych, dwadzieścia dziewięć lat. Jest jeszcze jeden Morgan w dziale procesowym, ale to wspólnik i ma… zaraz sprawdzę… pięćdziesiąt jeden lat.
– Mamy go! – krzyknął Grantham z ulgą. Spojrzał na zegarek. – Jest za piętnaście czwarta. Musimy się pośpieszyć.
– Nie mogę się doczekać.
Rupert dogonił ich, gdy skręcali z alei prowadzącej do kliniki Parklane. Wypożyczony pontiac zarzucił na skrzyżowaniu. Koła samochodu Ruperta zabuksowały, gdy wcisnął gaz, nie chcąc zgubić śledzonych. Jechał jak wariat i jednocześnie nadawał meldunek.