Skrzynia na złoto
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody magistra #1
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
Magister chciał zaoponować, ale Maksim Eduardowicz zamachał na niego niecierpliwie, żeby mu nie przerywał.
– Co się tyczy rogatki srietieńskiej, to leżała za nią Pankratjewska Słoboda, przez którą wiodła droga do wsi Kniaź-Jakowlewskoje, zamiejskiej posiadłości książąt Czerkasskich. O, proszę, widzi pan? – pokazał Bołotnikow jakieś miejsce na planie.
– Nie, te dwie ostatnie bramy odpadają – oświadczył zdecydowanie Nicholas, sunąc oczyma za palcem archiwisty. – Pisząc o Książęcym Dworze, kapitan z pewnością miał na myśli posiadłość Fürstenhof, leżącą w pobliżu rodowego zamku von Dornów.
Bołotnikow aż się wzdrygnął, tak poruszyła go ta wiadomość.
– A więc możliwe, że… – aż się zająknął z podniecenia -…możliwe, że sens całego tego fragmentu: „…kierunku, w jakim się idzie od Skały Theo, naszego przodka, do Książęcego Dworu”, jest dla pana jasny? Co to za kierunek?
„Południowo-wschodni” – omal nie odpowiedział Fandorin, ale się rozmyślił. Jeżeli zdradzi ten ostatni sekret, to bystremu Maksimowi Eduardowiczowi partner nie będzie potrzebny. Biorąc pod uwagę wygórowane ambicje i – mówiąc oględnie – dość elastyczną moralność moskiewskiej gwiazdy archiwistyki, co znalazło wyraz w historii z przesyłką do Londynu, lepiej na razie zachować rezerwę. Dwie północne bramy nie wchodziły w grę, jako że żadna z zamiejskich ulic, prowadzących w kierunku południowo-wschodnim, nie mogła się za nimi zaczynać.
– Nie wiem dokładnie – oświadczył tylko.
– Nie ufa mi pan – rzekł z wyrzutem Bołotnikow. – Coś pan jednak wie, ale nie chce pan powiedzieć. To nieuczciwe i w dodatku utrudni poszukiwania.
– Myślę, że pan także nie mówi mi wszystkiego – odparł dość ostro Nicholas. – Proszę się więc zająć swoją kwerendą w archiwum, a mnie zostawić sprawę bram.
Maksim Eduardowicz spojrzał na niego badawczo i westchnął.
– Cóż, jak pan chce. Ale czy jest pan absolutnie pewien, że obie te rogatki, pokrowska i srietieńska, odpadają?
– Absolutnie.
– No to doskonale! A więc zostają nam tylko dwie – sierpuchowska i kałuska! Na planie są zaznaczone ulice i drogi, które prowadziły od placów przybramnych za czasów Corneliusa von Dorna. Trzy od rogatki kałuskiej, dwie od sierpuchowskiej. Notabene, dzisiejsze trasy – prospekt Lenina, ulica Dońska i Szabotowka w pierwszym wypadku, a Wielka Sierpuchowska i Mała Sierpuchowska w drugim – biegną dokładnie dawnym, historycznym szlakiem. Wystarczy panu jeden dzień na sektor kałuski i jeden na sierpuchowski. Odmierzy pan pięć razy po czterysta dziewięćdziesiąt (no dobrze, może być pięćset) metrów, potem znajdziemy dane architektoniczno-topograficzne, dotyczące tych działek, i wytypujemy tę, która najbardziej pasuje. Jak to się mówi w pańskim kraju, a piece of cake [58]!
Niczego sobie piece of cake! W piątym dniu uprzykrzonego wydeptywania w kółko tych samych chodników Fandorin poczuł, że zaczyna wpadać w rozpacz.
A przecież z początku zadanie wydawało mu się jeszcze łatwiejsze niż Maksimowi Eduardowiczowi. Pamiętając o kierunku południowo-wschodnim, wyeliminował magistrale biegnące na południe i południowy zachód; w rezultacie pozostała do zbadania zaledwie jedna ulica – Wielka Sierpuchowska.
Od placu Kałuskiego, co prawda, prowadziła na południowy wschód również ulica Mytna, ale ta powstała sto lat po śmierci Corneliusa, więc nie wchodziła w rachubę.
Co innego Wielka Sierpuchowska. Już sześćset lat temu wiódł tędy szlak na Sierpuchow, a właśnie w ostatnim ćwierćwieczu XVII stulecia ulica była w pełni zagospodarowana i gęsto zaludniona. Pięćset metrów od miejsca, gdzie stała niegdyś kamienna baszta bramna, magister ujrzał po lewej stronie standardowy gmach, przeszklone betonowe pudło w stylu lat siedemdziesiątych XX wieku. Był to Instytut Chirurgii imienia Wiszniewskiego; po prawej stał czteropiętrowy budynek mieszkalny z umieszczonymi na zewnątrz niebieskimi szybami wind.
Instytut Chirurgii wznosił się na miejscu szpitala kupieckiego, zbudowanego na zgliszczach siedziby należącej niegdyś do strzelca przybocznego Bukina. Fandorin ucieszył się – wreszcie jakiś ślad! Ale Bołotnikow pogrzebał w dokumentach i ustalił, że ten cholerny Bukin pobudował się dopiero w 1698 roku, a co się znajdowało na tym miejscu przedtem (jeśli w ogóle coś było) – nie wiadomo.
Budynek mieszkalny wzniesiono na działce należącej przed stu laty do Towarzystwa Tanich Mieszkań Moskiewskiego Związku Urzędników Państwowych. Co się tam znajdowało wcześniej, nie sposób było ustalić. Maksim Eduardowicz coraz głębiej rył w stertach zakurzonych papierzysk (na samą myśl o tym Fandorin dostawał alergii i zaczynało mu ciec z nosa), a magister przemierzał jedną po drugiej wszystkie historyczne ulice, które prowadziły od dawnych bram Skorodomu w kierunku południowo-wschodnim. Musiał przecież w końcu czymś się zająć.
Po śniadaniu jechał na Sadowoje Kolco. Sprawdzał na planie, gdzie stała rogatka, i zaczynał odmierzać pięćset metrów. Rozglądał się i zapisywał numery domów, żeby wieczorem przekazać informacje Bołotnikowowi. Wzdłuż krawężnika powoli sunął za Nicholasem czarny dżip, a w nim siedzieli, ziewając, dwaj ochroniarze. Kilka razy pojawił się też Siergiejew. Robił parę kroków obok mamroczącego coś pod nosem Anglika, kiwał głową i jechał meldować szefowi – tylko nie wiadomo, o czym.
Gabunija dotrzymywał słowa i więcej się magistrowi nie narzucał, ale Fandorina prześladowała wciąż piosenka o Suliko, tak nielubiana przez Josifa Guramowicza. Od samego rana w takt własnych kroków dźwięczało mu w uszach: „Chciałem znaleźć mej miłej grób…”, i ani rusz nie chciało przestać. To był prawdziwy koszmar.
Któregoś dnia, po długich rozterkach, Nicholas zadzwonił wieczorem do Ałtyn. Odezwać się, oczywiście, nie odważył, po prostu chciał ją usłyszeć.
– Halo! Halo! Kto mówi? – rozległ się w słuchawce zniecierpliwiony głos, a potem nagle padło celne pytanie: – Nika, gdzie jesteś? Czy wszystko z tobą w po…
Zaczął jednak od baszty Pokrowskiej – nie tyle ze względów praktycznych, ile żeby się znaleźć bliżej Corneliusa. Tutaj znajdowała się kiedyś Inoziemska Słoboda – Kukuj! Tę samą drogę Fandorin pokonywał konno, zmierzając na miejsce służby wartowniczej, na musztrę lub do zbrojowni.
„Pomóż mi, Corneliusie – szeptał magister, idąc Nowobasmanną. – Odezwij się, wyciągnij rękę z ciemności, widzisz, jakie trudne przede mną zadanie. Pozwól mi tylko musnąć końce twoich palców, a dalej już poradzę sobie sam. Dlaczego przeciąłeś pismo na dwoje, jedną połowę ukryłeś w Kromiesznikach, a drugą zabrałeś ze sobą?” – pytał Nicholas dalekiego przodka. Ten długo milczał, a potem przemówił – najpierw cicho, ledwie dosłyszalnie, wreszcie nieco głośniej.
„Nie wiedziałem, co mnie czeka w Moskwie – tłumaczył, gładząc podkręconego wąsa. Twarzy nie było widać, tylko te zawadiackie wąsy i złoty kolczyk w prawym uchu. – A także, czy schowek w Kromiesznikach jest bezpieczny. Ukryłem tam wszystko, co miałem najcenniejszego, jednak pisma dotyczącego Liberii nie odważyłem się zostawić w całości. Zbyt wielką tajemnicę zawierało. Jeśli w Moskwie czekałaby mnie śmiertelna kaźń, to lewa połówka zostałaby wśród moich papierów. A o tym, gdzie szukać prawej, szepnąłbym zaufanemu człowiekowi przed straceniem, żeby przekazał wieść memu synowi, kiedy ten podrośnie. Kto mógł przewidzieć, że będzie mi sądzone zginąć nie po chrześcijańsku, oczyszczonemu z grzechów, lecz bez ich odpuszczenia, bez spowiedzi, ze szpadą w ręce, zarąbanemu berdyszami strzelców?”.
[58] To już głupstwo (ang.).