Skrzynia na złoto
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody magistra #1
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
Chociaż nie! Nie całą!
– Kłamstwo! – oburzył się magister, przypomniawszy sobie o drugim ważnym dowodzie. – Gdyby był pan aż tak zainteresowany poszukiwaniem Liberii, nie pojechałby pan na tenisa! Nie, doskonale pan wiedział, że zostanę zabity, a tekst już wkrótce znajdzie się w pańskich rękach. Jest pan mordercą! Nie, jeszcze gorzej – wspólnikiem mordercy. Zaplanował pan wszystko z zimną krwią!
Fandorinowi pociemniało w oczach z wściekłości; przypomniał sobie żarcik killera „szkoda ptaszka” i swój upadek z dachu, przechylił się przez oparcie i chwycił Bołotnikowa za klapy. Niby człowiek cywilizowany, zdecydowany zwolennik political correctness, a tu nagle taki wybuch! To właśnie szkodliwy wpływ barbarzyńskich moskiewskich miazmatów.
W chwilę później Nicholas oprzytomniał i puścił Bołotnikowa, ale do wozu z obu stron wdarli się już ochroniarze, którzy najwidoczniej potrafili widzieć nawet przez przyciemnione szyby. Jeden założył Bołotnikowowi nelsona, drugi unieruchomił mu ręce.
– Puśćcie mnie! – wychrypiał na wpół uduszony archiwista. – Pański dokument nie był mi potrzebny! Mam fotograficzną pamięć! Specjalnie się tego uczyłem! Wystarczy mi popatrzeć na stronę tekstu przez dwadzieścia sekund i zapamiętuję ją. Chce pan, to zaraz zacytuję cały ten dokument. „Spisane ku pamięci synkowi Mikicie, gdy ten-ci do roztropności dojdzie, a mnie Pan do się powoła, do Moskwy wrócić nie zezwalając, bo jeźli sam nie pojmiesz, jak oną rzecz znajść…”.
Fandorin gestem dał znać młodym ludziom, że wszystko w porządku, pomoc nie jest potrzebna, i ich stalowy uścisk natychmiast osłabł. Drzwi samochodu trzasnęły, koledzy historycy znów zostali sami.
– A więc nikomu pan o mnie nie wspominał? – zapytał z naciskiem Nicholas, znów przestawszy cokolwiek rozumieć. – Słowo honoru?
– Komu?! – wykrzyknął Bołotnikow, trzymając się za obolałą szyję. – A przede wszystkim po co? Moim zdaniem, pan jednak nie uświadamia sobie w pełni, co to znaczy znaleźć Liberię. To odkrycie, z którym w naszej dziedzinie nic się nie może równać! Światowa sława, nie-wy-o-bra-żal-ne pieniądze i wdzięczność przyszłych pokoleń! Dlaczego miałbym się z kimś tym dzielić? Zanim wysłałem do pana czasopismo, zdobyłem wszelkie możliwe informacje na pański temat, przeczytałem wszystko, co pan opublikował, i doszedłem do wniosku, że z naukowego punktu widzenia nie jest pan dla mnie zagrożeniem. Zajmował się pan faktograficzną dłubaniną, nie było w pańskich pracach rozmachu ani interesujących koncepcji.
Nicholasowi kąciki ust opadły w smętnym grymasie. Ten też to samo! Ale Bołotnikow nie zauważył, że rozjątrzył w duszy magistra – naukowca „małego kalibru” – niegojącą się ranę.
– Nigdy nie zajmował się pan Liberią. Prawdopodobnie coś niecoś jedynie pan o niej słyszał. Interesował się pan historią własnego rodu – i chwała Bogu za to. Ale teraz widzę, że pana nie doceniłem. Był pan absolutnie świadom wagi sprawy i potrafił zyskać sobie potężnych sojuszników. Nie pytam, kim są ci ludzie, niech mi pan powie tylko jedno – czy są powiązani z jakimiś instytucjami naukowymi? – spytał z przestrachem archiwista.
Fandorin nie mógł powściągnąć uśmiechu.
– Nie, to osobistości z zupełnie innej branży.
– Bogu niech będą dzięki! – ucieszył się Maksim Eduardowicz. – A więc spośród grona historyków wiemy o Liberii tylko my dwaj? W takim razie nic jeszcze nie jest stracone! Widzi pan, Fandorin, w Rosji jest pan człowiekiem obcym, cudzoziemcem, no i, co tu dużo mówić, w porównaniu ze mną dyletantem.
Nicholas znowu się skrzywił, ale nie zaprzeczył.
– Niech pan nie wydaje mnie na pastwę tych gangsterów! – ciągnął Bołotnikow. – Szukajmy Liberii razem, co pan na to? Doskonale znam topografię siedemnastowiecznej Moskwy, źródła, mam szerokie kontakty w środowisku pracowników muzealnych, architektów, nawet archeologów amatorów, co kopią na własną rękę. Obejdziemy się bez żadnych komisji! Jeżeli my nie znajdziemy Liberii, to znaczy, że nikt jej nie znajdzie. Niech pan nie będzie pazerny – zaszczytów i pieniędzy starczy na dwóch. Nie dopuścimy – znowu przeszedł na szept, obejrzawszy się na ochroniarzy – żeby chciwi kombinatorzy rozszarpali pomiędzy siebie księgozbiór i po cichutku, tom za tomem, wyprzedawali go na międzynarodowych aukcjach. Liberia Iwana cenna jest przede wszystkim jako kompletna kolekcja. Niech pan nie myśli, że cały ten czas siedziałem z założonymi rękami, jestem już dosyć zaawansowany w działaniach. Beze mnie nie będzie panu łatwo. Błagam, niech pan mnie nie eliminuje z poszukiwań! Wolałbym umrzeć.
Trudno wytrzymać spojrzenie człowieka, który patrzy na ciebie z takim lękiem i nadzieją zarazem. Fandorin odwrócił wzrok, westchnął i powiedział:
– Dobrze, Maksimie Eduardowiczu. Zwłaszcza że nawet nie miałbym możliwości panu przeszkodzić w poszukiwaniach. Popracujmy razem. Rzeczywiście wątpię, bym mógł się obejść bez pańskiej wiedzy i doświadczenia. Tylko proszę pamiętać, że wdaje się pan w bardzo niebezpieczne przedsięwzięcie. Oprócz mnie i pana wie o Liberii jeszcze ktoś trzeci.
– Aha! Czyli tak jak przypuszczałem! – jęknął archiwista. – Któryś z historyków? Blumkin? Gołowanow?
– Nie. Potężny mafioso, przedsiębiorca, ksywa Siwy.
Bołotnikow od razu się uspokoił.
– No trudno. Pewnie coś usłyszał o bibliotece Iwana Groźnego, kiedy działała komisja, i postanowił zgarnąć szmal. Przez jakiś czas kręcili się koło mnie podejrzani osobnicy i obiecywali „góry zielonych”, jeśli się podejmę wykonania pewnego zlecenia. Sądziłem, że chodzi o kradzież dokumentów archiwalnych, i zdecydowanie odmówiłem. Możliwe, że to byli emisariusze pańskiego Szarego.
– Siwego – poprawił magister. – To oczywiste. Musieli przewąchać, że interesuje się pan Liberią, i postanowili pana śledzić.
– Do diabła z nimi! – rzucił beztrosko Maksim Eduardowicz, wzruszając ramionami. Zdumiewające, jak łatwo ten człowiek przechodził od desperacji do absolutnej pewności siebie. – Widzę z tego, że ma się kto za nami ująć. A więc, sir, przejdźmy do rzeczy. Od czego zamierza pan zacząć?
– Od tego, na czym pan skończył. Jakie są wyniki pańskich wstępnych poszukiwań?
Bołotnikow, jak się okazało, istotnie nie tracił czasu. W ciągu ostatniego tygodnia – dysponując już pełnym tekstem – opracował drobiazgowy plan działania, przy tym zadziwiająco prosty i logiczny.
– Po pierwsze, miejsce, gdzie znajduje się kryjówka, zostało zaszyfrowane. Po drugie, dom o trzynastu czy ilu tam oknach, oczywiście, od dawna nie istnieje. Podziemną komorę przykrywa teraz kilka warstw kulturowych. Ale Liberia nadal pozostaje tam, gdzie była, to nie ulega kwestii – gdyby została odnaleziona, to książki ze spisu Dabiełowa ponad wszelką wątpliwość wypłynęłyby w bibliotekach lub prywatnych kolekcjach – są zbyt cenne, by mogło być inaczej. Nawet najmniej wartościowa osiągnęłaby dzisiaj cenę dziesiątków, nie, setek tysięcy dolarów. A jeśli weźmie się pod uwagę, że zarówno cesarze bizantyjscy, jak i carowie moskiewscy mieli zwyczaj umieszczać stare rękopisy w drogocennych oprawach, gęsto wysadzanych rubinami, szafirami i perłami… – Maksim Eduardowicz znaczącym gestem potarł palcem wskazującym o kciuk. – Sam pan rozumie. Nie, nie, Fandorin, Liberia wciąż spoczywa pod ziemią, w swoim ałtyn-tołobasie.
Partnerzy rozmawiali na Kijowskiej, u Nicholasa. Nawet nie zauważyli, że okna w sąsiednich domach najpierw zaświeciły się, a potem pogasły. Czas wyciął jedną ze swoich ulubionych sztuczek: nagle się zatrzymał. Zdawało się, że dopiero przed chwilą rozłożyli na stole materiały zabrane z mieszkania Bołotnikowa, przed chwilą wydrukowali kilka egzemplarzy pisma w różnym powiększeniu, a tymczasem świt był już blisko.