Skrzynia na złoto
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody magistra #1
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
– Niemiec! – wykrzyknął Fandorin. – Cornelius także był Niemcem!
– Otóż to, ale na tym fakty, którymi dysponujemy, wyczerpują się i pozostają jedynie supozycje. Jak to się stało, że od frontu domu, który zbudowano po pożarze, znajdowało się tyle samo okien, ile było w domu aptekarza? Czy to zwykły przypadek?
Magister energicznie pokręcił głową.
– Oczywiście, że nie. Musznikow na pewno kupił działkę ze zgliszczami domu czarownika właśnie dlatego, że chłystowi taka niezwykła liczba okien mogła się wydać dobrą wróżbą. Możliwe, że budynek nie spłonął doszczętnie i resztki fasady zostały. Lub po prostu zachowała się pamięć o domu, który miał diabelski tuzin okien.
– Ja też tak myślę. – Maksim Eduardowicz odsunął papiery na bok, odwrócił się do Fandorina i rzekł dobitnie: – A najistotniejsze dla nas jest to, że Musznikow pobudował się na tych samych fundamentach. To właśnie nasza „solidna podbudowa”, której nie strawił nawet Wielki Pożar. Mam nadzieję, Fandorin, że rozumie pan, co to znaczy? – I dodał głośnym szeptem: – Niepotrzebni nam ani sponsorzy, ani urzędasy. Możemy odzyskać Liberię sami!
Przygotowania zajęły jeszcze całe trzy dni, chociaż poszukiwaczy skarbów dręczyła okrutna niecierpliwość. Nicholasowi udawało się zasnąć dopiero przed świtem – na dwie, trzy godziny, nie dłużej, a Bołotnikow – sądząc po jego zaczerwienionych powiekach i podkrążonych oczach – chyba w ogóle ostatnio nie sypiał.
Skompletowanie potrzebnych narzędzi nie zajęło wiele czasu – Fandorin po prostu wręczył Siergiejewowi spis i tego samego dnia dostarczono na Kijowską dwie lekkie, szwajcarskie łopaty jakiejś wymyślnej konstrukcji, dwa kilofy, lewarek, dwa zwykłe łomy, latarki, drabinkę sznurową i świder elektryczny, na wypadek, gdyby trzeba było wiercić szybiki.
– Będziecie kopać podziemne przejście? – zapytał Władimir Iwanowicz niby to żartem, ale wbił swoje szare oczka w stertę papierów leżącą na stole.
– Tak, chcemy czegoś poszukać – rzucił Fandorin niedbale.
– Jasne. – Pułkownik skinął głową.
Właśnie z powodu Siergiejewa nastąpiła zwłoka. Trzy wieczory zeszły na manewry odwracające uwagę. Partnerzy jechali z całym oporządzeniem na jakieś przypadkowo wybrane ruiny (raz była to opuszczona fabryka w Tekstilszczikach, drugi i trzeci – Zamoskworieczje i Marjina Roszcza) i tam zaczynali oczyszczać teren i kopać.
Pewnego dnia zjawił się Siergiejew we własnej osobie. Pochodził, popatrzył i odjechał.
Nazajutrz pułkownika już nie było, ale zza resztek murów co chwila wyglądali ochroniarze. Kiedy znaleźli się już całkiem blisko, Nicholas ogłosił mobilizację: wręczył młodym ludziom łopaty i kazał im przerzucić z miejsca na miejsce ogromną stertę śmieci. Chłopcy spocili się, ubrudzili swoje eleganckie garniturki, a jednemu cegła uszkodziła nogę w kostce.
Za trzecim razem Fandorin i Bołotnikow trudzili się w zupełnej samotności – ochroniarze stali na zewnątrz obiektu i nie przejawiali zainteresowania wykopkami na wpół obłąkanych historyków. To była wyraźna oznaka, że już nadeszła właściwa pora. Można zaczynać.
Plan ustalili następujący. Przystojniaków Siergiejewa ustawić na rogach domu numer 15, żeby nikt nie wtykał tam nosa – trudna młodzież, alkoholicy, bezdomni kochankowie. Z patrolem milicji, który zainteresuje się światłem latarki, błyskającym w piwnicznym okienku, ochroniarze też na pewno bez trudu się dogadają. Nicholas i Bołotnikow wyważą przegniłe drzwi, zejdą na dół i zaczną działać zgodnie z instrukcjami Corneliusa von Dorna. Jeśli (oby!) uda się coś znaleźć, spróbują dokonać wstępnej, przybliżonej oceny skarbu, ale niczego nie będą wynosić z piwnicy. Co więcej, dla konspiracji pojadą jutro i pojutrze pogrzebać jeszcze w jakichś ruinach i przez ten czas zdecydują, jak obwieścić miastu i światu o niezwykłym, oszałamiającym odkryciu.
Dotarli na Tagańską o drugiej w nocy. Na ulicy nie było żywego ducha, panowała zupełna cisza. Fandorin zerknął w prawo, w lewo, w górę. Zobaczył, że księżyc próbuje podejrzeć poszukiwaczy skarbów zza postrzępionych chmur, ale się przez nie nie przedrze – niebo, w szare i czarne cętki, przypominało marmurowy grobowiec.
Rozstawili ochroniarzy na posterunkach. Przez dziurę w płocie przeleźli na podwórze, a pięć minut później, klucząc pomiędzy stertami desek i gruzu, przedostawali się do piwnicy. Zardzewiałe żelazne drzwi trzeba było wyważyć łomem. Zgrzyt i łoskot niezgranym echem odbiły się od ciemnych ścian, z których zwisały płaty odłażącej farby.
– Tak – nie wiadomo dlaczego szeptem powiedział Fandorin, oświetlając sklepienie piwnicy. – Północno-wschodni róg jest tam.
Archiwista podszedł do ściany i poskrobał ją nożem.
– Wapień, odwieczny moskiewski wapień – oznajmił półgłosem. – I sposób, w jaki go kładziono, dawny. Tak ciosano kamienie jeszcze za Iwana Trzeciego. W Moskwie wiele starych domów stoi na takich fundamentach. Zaprawa na żółtkach jaj z dodatkiem miodu, wosku pszczelego, kurzego pomiotu i Bóg wie czego jeszcze. Trzyma lepiej niż dzisiejsze.
Nicholas, wstrząsany nerwowymi dreszczami, miał wrażenie, że nie pora teraz na wykład z historii architektury. Magister dotarł do dalszego, zwróconego w stronę podwórza rogu piwnicy, odstawił latarnię na bok i chwycił za łopatę. Najpierw trzeba było oczyścić podłogę ze śmieci.
Pieśń o nieuchwytnej Suliko przestała Fandorina prześladować w dniu, w którym przeliczył okna na fasadzie domu numer 15.
Zamiast smętnej gruzińskiej pieśni ludowej przyczepił się teraz do Nicholasa wiersz z książki, którą wyjął z szafy bibliotecznej w gabinecie. Mieszkanie na Kijowskiej Eurodebetbank wynajmował najwyraźniej jako kwaterę dla biznesowych gości, gdyż zestaw literatury był dość specyficzny: najróżniejsze informatory biznesowe, wytworne czasopisma, wydawane na grubym, lśniącym papierze, aż pięć egzemplarzy Rosyjskiej encyklopedii bankowej oraz – nie wiadomo, jakim trafem – samotny tomik z serii „Mistrzowie Rosyjskiej Poezji”. Tą właśnie książeczkę Fandorin kartkował po nocach, zmagając się z bezsennością.
Natrętny wierszyk mówił o miłości sprzed okresu dojrzewania. „Przecudnej urody Lideczka mieszkanką ulicy jest tej” – mamrotał teraz Nicholas od rana do wieczora i widział przed sobą nie jakąś nieznaną dziewczynę imieniem Lida, lecz dom przy Tagańskiej 15, osłonięty zieloną siatką.
Także i teraz magister wymachiwał łopatą w rytm amfibrachu – notabene trzystopowego i kończącego się rymem żeńskim, co odpowiadało metrum klasycznego limeryku. „Z imieniem jej on spać się kładzie… imieniem tym budzi go dzień”. Rytm wiersza odpowiadał idealnie równomiernemu wysiłkowi pracy fizycznej, więc robota szła szparko.
Wreszcie spod zwałów śmieci wyjrzały na wpół przegniłe deski. Widocznie piwnica była kiedyś zamieszkana, skoro położono tu podłogę.
Odrzucili łopaty i wzięli się do łomów. Zerwali jedną warstwę desek, pod którą odkryli drugą, osmaloną.
– Oto ślady pożaru z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego – zauważył Bołotnikow, ocierając spocone czoło. – Czego pan tak wciąż mamrocze? Naprzód, Fandorin, jesteśmy prawie u celu.
Usunęli nadpalone deski.
– Aha! – wykrzyknął podniecony Maksim Eduardowicz, gdy żelazny łom brzęknął dźwięcznie. – Kamienne płyty! A tak się bałem, że pod deskami będzie ziemia! No już, do roboty! Trzeba to oczyścić!
Postawili latarnię nad skrajem jamy, która utworzyła się w kącie. Skruszyli zwęglone niemal deski, odrzucili łopatami spróchniałe szczątki.
Płyta w rogu miała w przybliżeniu wymiary trzy stopy na trzy.