Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 96
Перейти на страницу:

Przodek posługiwał się starym szwabskim dialektem, który Nicholas opanował specjalnie po to, by móc czytać stare dokumenty, dotyczące historii rodu von Dornów. Ale mówił jedynie to, czego magister mógłby się sam domyślić – najważniejszej swojej tajemnicy nadal nie zdradzał.

Piątego dnia wieczorem magister dotarł do placu Tagańskiego, gdzie stała niegdyś Jauzańska Brama. Od niej w kierunku południowo-wschodnim prowadziły aż cztery stare ulice: Tagańska (dawniej Siemionowska), Marksistów (dawniej Pusta), Woroncowa i Wielkie Kamieniki.

Pierwsza była Tagańska. Nicholas ponuro („smutek długo me serce gniótł”) rozglądał się wokół, odliczając kroki – powinno ich być sześćset trzydzieści, tyle odpowiadało w przybliżeniu pięciuset metrom.

Przy czterysta czterdziestym drugim magister roztargnionym spojrzeniem obrzucił przeciwległą stronę ulicy, gdzie stał zrujnowany parterowy dom, osłonięty zieloną siatką – a więc z pewnością przeznaczony do remontu. Chociaż nie, raczej do rozbiórki. Na oko z końca ubiegłego wieku, a może starszy, ale w tym okresie z pewnością gruntownie przebudowany, a więc nieprzedstawiający żadnej wartości jako zabytek architektury.

Nagle uszu Fandorina dobiegł jakiś cichy dźwięk, jakby ktoś go wzywał z bardzo, bardzo daleka, niepewny, czy zostanie usłyszany. Nicholas spojrzał na dom uważniej – wybite okna, zawalony dach, wyzierające spod odpadającego tynku sczerniałe bale – wzruszył ramionami i poszedł dalej. Do odliczenia pozostało jeszcze sto dziewięćdziesiąt kroków.

Przemierzył tę odległość i zapisał numery domów po prawej i lewej stronie. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie wrócić na plac samochodem, ale w końcu się nie zdecydował.

Przechodząc obok zrujnowanego domu, wsłuchał się uważnie, czy aby dziwny zew się nie powtórzy. Ale nie, docierały tu tylko zwyczajne odgłosy miasta – szum opon, głuchy pomruk ruszającego trolejbusu, strzępy muzyki z parku. A jednak było w tym domu coś dziwnego, nie od razu uchwytnego dla oka. Nicholas obrzucił wzrokiem martwe, ślepe okna, usiłując zrozumieć, co wywołuje takie intrygujące wrażenie.

Ochroniarze wyskoczyli z dżipa, rozejrzeli się wokół i rzucili do angielskiego dryblasa, który nagle się zachwiał i zaczął młócić rękami powietrze.

– Jest pan ranny? Gdzie? – krzyknął jeden, podtrzymując Nicholasa za łokieć, podczas gdy drugi wyrwał spod marynarki pistolet i przesunął spojrzeniem po okolicznych dachach.

– Trzynaście – bezgłośnie niemal wyszeptał magister, obdarzając surowego młodego człowieka idiotycznym uśmiechem. – Trzynaście okien!

– Mój pierwszy błąd: przymiotnik „kamienna” nie był zwykłym, pospolitym określeniem, lecz częścią nazwy własnej. W połowie siedemnastego wieku w pobliżu klasztoru Nowospasskiego – o tutaj – powstała słoboda, którą zamieszkiwali murarze, inaczej zwani też kamiennikami, opłacani ze skarbu państwa. Widzi pan, Fandorin, mamy nawet ulice: Wielkie Kamienniki i Małe Kamienniki. Najprawdopodobniej dlatego Brama Jauzańska, czyli Tagańska, przez jakiś czas zwana była Kamienną, ale ta nazwa nie przetrwała i została zapomniana. Historycy znajdowali się w mieszkaniu Nicholasa. Znów siedzieli przy stole zawalonym mapami, schematami i kserokopiami starych dokumentów, jednak między partnerami doszło do psychologicznej zamiany ról. Może niezbyt wyraźnie się to manifestowało, ale dla obu było oczywiste. Szefem przedsięwzięcia stał się teraz magister, a doktor składał mu sprawozdanie, zmuszony na dodatek się tłumaczyć i usprawiedliwiać.

– Drugi mój błąd jest doprawdy niewybaczalny. Przyjąłem, nie sprawdzając, że sążnie, o których mowa w piśmie, to standardowa miara długości, znana od dawna i szeroko rozpowszechniona od osiemnastego wieku: tak zwany sążeń ukośny, który w 1835 roku zatwierdzono oficjalnie jako równy czterdziestu ośmiu werszkom, czyli dwustu trzynastu centymetrom.

Bołotnikow wstał, szeroko rozstawił nogi, podniósł ręce i rozłożył je. Jego sylwetka przypominała teraz literę X.

– Oto sążeń ukośny: odległość od czubka lewej stopy do czubka prawej dłoni. Dlatego właśnie uznałem, że dwieście trzydzieści sążni to czterysta dziewięćdziesiąt metrów. A tymczasem – wstyd mi, że to przeoczyłem – w siedemnastym wieku częściej bywał w użyciu sążeń prosty: odległość między końcami palców u rąk wyciągniętych poziomo, na boki, o tak. – Maksim Eduardowicz stanął w pozycji rybaka demonstrującego, jak wielką rybę złowił. – To trzydzieści cztery werszki, czyli sto pięćdziesiąt dwa centymetry. Dom, który pan odnalazł, znajduje się w odległości trzystu pięćdziesięciu metrów od dawnej Jauzańskiej Bramy, to znaczy dokładnie dwustu trzydziestu sążni prostych!

Każde kolejne potwierdzenie jego racji wywoływało u Nicholasa falę miłego ciepła w piersi i błogi uśmiech, z którym tryumfator bezskutecznie usiłował walczyć – wargi same się rozciągały, co w niegodny sposób raniło jeszcze dotkliwiej miłość własną Bołotnikowa. A może nie? On sam był tak poruszony i uskrzydlony oszałamiającym sukcesem poszukiwań, że zapomniał chyba o zaszczytach i ambicjach.

– Jedźmy dalej. – Uśmiechnął się w odpowiedzi na uśmiech Nicholasa. – Dzisiejsza Tagańska trzysta lat temu była główną ulicą czarnej Siemionowskiej Słobody. A więc mamy naszą „czarną słobodę”. Wszystko się zgadza, Fandorin, wszystkie zawarte w piśmie wskazówki. A teraz sprawa najważniejsza – dom. Przewertowałem papiery dotyczące zabudowy tego kawałka gruntu i znalazłem coś ciekawego. Niech pan patrzy.

Obaj pochylili się nad ksero nudnego, urzędowego dokumentu z prostokątną pieczęcią.

– Dom numer 15, przeznaczony do rozbiórki i nieprzedstawiający wartości historycznej i kulturowej, postawił w roku 1823 kupiec nazwiskiem Musznikow. W 1846, 1865 i 1895 posesja była przebudowywana. W 1852 i 1890 paliła się. Słowem, zwykła historia zwykłego moskiewskiego domu, żadnego punktu zahaczenia. Ale… – Bołotnikow położył na kserokopii zeszyt ze swoimi notatkami. – Niech pan rzuci okiem, jakie fakty udało mi się odgrzebać. Po pierwsze, nazwisko właściciela. Nie wiadomo dokładnie, który z Musznikowów zbudował ten dom, ale Musznikowowie to dość znana w ubiegłym stuleciu rodzina chłystów [59], którzy, być może, w interesującym nas domu zbierali się na modły i czuwania. Trzynastka u jednego z odłamów tej sekty miała szczególny sakralny sens, czym, oczywiście, należy tłumaczyć nietypową liczbę okien.

– Tak, tak, to świetnie, ale co ma z tym wspólnego von Dorn? – zaniepokoił się Nicholas. – Cornelius żył przecież półtora wieku wcześniej!

– Zaraz, chwileczkę. – Archiwista mrugnął z miną Dziadka Mroza, który za moment wyjmie z worka najwspanialszy prezent. – O siedzibie Musznikowa napisano, że została wzniesiona „z bali drewnianych na fundamentach z białego kamienia, który jedyny ocalał ze stojącej tu wcześniej, również drewnianej, dębowej budowli, strawionej przez ogień w 1812 roku – tak zwanego domu czarownika”. Prawie cała ta część miasta po wkroczeniu Francuzów spłonęła i była odbudowywana stopniowo, co najmniej przez półtora dziesiątka lat.

– Czarownika? – powtórzył Nicholas w obawie, że się przesłyszał.

Bołotnikow uśmiechnął się.

– Tak, czarownika. W jednym z raportów policyjnych tej dzielnicy, datowanych na 1739 rok, trafiłem na przypadkową, pojedynczą wzmiankę o jakimś „domu czarownika, inaczej zwanym domem Walsera”. A w rejestrze pobierających stałe wynagrodzenie z Cudzoziemskiego Prikazu, z roku 1672, następnie zaś w spisach Prikazu Aptekarskiego, dotyczących sporządzania ziołowych nalewek leczniczych, a prowadzonych od 1674, dwukrotnie pojawia się nazwisko „mistrza rzemiosła aptekarskiego, Niemiaszka Adamki Walsera”. Jak pan świetnie wie, mieszkańcy Moskwy w tamtej epoce aptekarza, w dodatku jeszcze innowiercę, musieli uważać za czarownika.

вернуться

[59] Chłystowie – powstała w końcu XVIII w. w Rosji sekta religijna (przyp. tłum.).

1 ... 76 77 78 79 80 81 82 83 84 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)