Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Tymi słowy powinna przecie znowuż zgromadzić je po swojej stronie, odzyskać ich serca, tak jak to bywało już wcześniej. A jednak nie dostrzegła zmiany na ich twarzach. Na żadnej twarzy.
— Pozostaje jeszcze Car’a’carn — zauważyła spokojnie Tion. — Chyba że zrezygnowałaś z planu jego poślubienia.
— Z niczego nie zrezygnowałam — odparła z irytacją Sevanna. Ten mężczyzna, a co ważniejsze, władza, którą uosabiał, na pewno stanie się kiedyś jej własnością. Nieważne jak. Jakoś. Niezależnie od kosztów, jakie będzie miała ponieść. Spokojniejszym już głosem ciągnęła dalej: — Rand al’Thor na razie raczej się nie liczy. — Przynajmniej dla tych ślepych prostaczek. Mając go w garści, będzie ją stać na wszystko. — Nie zamierzam tu tkwić cały dzień i dyskutować o swoim wieńcu ślubnym. Muszę dopatrzyć spraw, które są rzeczywiście ważne.
Kiedy oddalała się od nich, wędrując przez mrok w stronę wrót stajni, tknęła ją nagle pewna niemiła myśl. Była sama wśród tych kobiet. Jak dalece mogła im teraz ufać? Śmierć Desaine pozostawała aż nadto żywa w jej pamięci; Mądra została... zarzezana... przy użyciu Jedynej Mocy. A uczyniły to między innymi te kobiety, które stały teraz za jej plecami. Od tej myśli skręcił jej się żołądek. Nadstawiła uszu, oczekując cichego szelestu słomy, który by oznaczał; że idą za nią, ale nic nie usłyszała. Stały tak tylko i patrzyły? Nie chciała oglądać się przez ramię. Stawianie równych, niespiesznych kroków kosztowało ją zaledwie odrobinę wysiłku — nie okaże strachu, nie ściągnie na siebie takiej hańby! A jednak kiedy otwarła jedno z wysokich skrzydeł zawieszonych na dobrze naoliwionych zawiasach, nie potrafiła się pohamować i odetchnęła z ulgą.
Przed stajnią krążyła Efalin, w shoufie udrapowanej na szyi, z łukiem na plecach, z włóczniami i tarczą w ręku. Siwowłosa kobieta odwróciła się błyskawicznie, widok Sevanny tylko w nieznacznym stopniu rozproszył niepokój widoczny na jej twarzy. Przywódczyni Panien Shaido, a pozwala sobie okazywać zdenerwowanie! Nie zaliczała się do Jumai, ale przyłączyła się do Sevanny, wykorzystując wymówkę, że to Sevanna przemawia jako wódz, aż do czasu, nim zostanie wybrany nowy wódz Shaido. Sevanna była pewna, że Efalin podejrzewa, iż nigdy do tego nie dojdzie. Efalin wiedziała, przy kim jest władza i kiedy lepiej się nie odzywać.
— Zakopcie go głęboko i zamaskujcie grób — poleciła jej Sevanna.
Efalin przytaknęła, dając znak Pannom otaczającym pierścieniem stajnię, że mają się podnieść; po chwili wszystkie zniknęły w jej wnętrzu. Sevanna przyjrzała się budynkowi z jego spiczastym czerwonym dachem i niebieskimi ścianami, a potem stanęła twarzą do rozciągającego się przed nim pola. Niski kamienny murek, tuż przed stajnią, otaczał krąg twardo ubitej ziemi o średnicy mniej więcej stu kroków. Mieszkańcy mokradeł tresowali tutaj konie. Nie przyszło jej na myśl, by zapytać poprzednich właścicieli, czemu wytyczono go tak daleko od wszystkiego, w otoczeniu drzew tak wysokich, że jej samej nawet jeszcze teraz zdarzało się czasem na nie gapić, ale to odosobnienie służyło dobrze jej celom. To Panny pod dowództwem Efalin pojmały tego Seanchanina. Nikt, kto tu nie trafił, nie wiedział nawet, że on w ogóle istniał. Ani też nikt nie miał się o tym dowiedzieć. Czy inne Mądre gadały? O niej? W obecności Panien? Co mówiły? Nie będzie czekała ani na nie, ani na nikogo!
Wyszły ze stajni dokładnie w tym samym momencie, w którym ruszyła w stronę lasu, i maszerowały tak za nią aż do drzew, kłócąc się o Seanchanina, o Caddara, o to, dokąd posłano pozostałych Shaido. Nie na jej temat, ale z kolei nie robiłyby tego tam, gdzie mogła je słyszeć. A jednak to, co usłyszała, wystarczyło, by wywołać grymas na jej twarzy. Jumai towarzyszyło ponad trzysta Mądrych i wystarczyło, by zeszły się trzy albo cztery, a zaraz zaczynały gadać o tym samym. Gdzie są pozostałe szczepy, czy Caddar to włócznia ciśnięta przez Randa al’Thora, ilu jest tych Seanchan, czy rzeczywiście dosiadają jaszczurek? Jaszczurki! Te kobiety były z nią od samego początku. Kierowała ich ruchami, krok za krokiem, ale one uważały, że pomogły na każdym etapie planu, wierzyły, że znają cel. Jeśli je utraci...
Las ustąpił miejsca wielkiej polanie, która mogłaby ogarnąć pięćdziesiąt takich kręgów jak tamten przed stajnią, i na ten widok Sevanna poczuła, że zły nastrój ją opuszcza. Na północy wznosiły się niskie wzgórza, a góry w odległości kilku lig za nimi były spowite chmurami, wielkie masy bieli przeplecionej ciemną szarzyzną. W życiu nie widziała tylu chmur na raz. A tuż pod ręką, znacznie bliżej, miała tysiące Jumai, którzy uwijali się przy swoich codziennych pracach. Dźwięczały młoty uderzające o kowadła w kuźniach, zarzynano owce i kozy na wieczorny posiłek, ich beczeniu wtórował śmiech uganiających się w zabawie dzieci. Dzięki temu, że mieli więcej czasu na przygotowanie ucieczki ze Sztyletu Zabójcy Rodu, Jumai mogli sprowadzić stada zdobyte w Cairhien i tutaj dodatkowo je powiększyć.
Wielu ludzi rozstawiło swoje namioty, mimo iż wcale nie musieli. Kolorowe konstrukcje wypełniały niemal całą polanę, jak w wielu innych wioskach mieszkańców bagien, w tym wysokie stodoły i stajnie, duża kuźnia i płaskie dachy, które dawały schronienie służbie, wszystkie pomalowane na czerwono i niebiesko i wszystkie skupione wokół samego wielkiego dachu. Budowla ta, zwana tutaj dworem, trzy piętra nakryte dachem wyłożonym ciemnozielonymi dachówkami, o ścianach pomalowanych na jaśniejszą zieleń obrzeżoną żółtą barwą, stała na szczycie rozległego wzgórza usypanego z kamieni na wysokość dziesięciu kroków. Jumai oraz gai’shain wspinali się po długiej rampie, która wiodła do wielkich drzwi budynku, i chodzili po zdobnie rzeźbionych balkonach.
Kamienne mury i pałace, które widziała w Cairhien, nie zrobiły na niej aż takiego wrażenia. Ten został pomalowany niczym wóz Straconych, a mimo to był przepiękny. Powinna była przewidzieć, że dysponując taką liczbą drzew, ci ludzie mogą sobie pozwolić na budowanie wszystkiego z drewna. Czyżby nikt, oprócz niej, nie widział, jak bogaty jest ten kraj? Żaden ze szczepów nigdy nie posiadał tylu odzianych na biało gai’shain, ilu uwijało się tutaj przy obowiązkach, niemal połowa samych Jumai! Nikt już nie narzekał, że robi się gai’shain z mieszkańców bagien. Byli tacy potulni! Obok Sevanny przebiegł odziany w zgrzebną biel mężczyzna o dużych oczach, w ręku ściskał koszyk i tak się gapił na innych ludzi, że aż potknął się o rąbek swojej szaty. Sevanna uśmiechnęła się. To właśnie jego ojciec tytułował siebie panem tego miejsca i odgrażał się, że ona i jej ludzie zostaną jeszcze ukarani za tak odrażający czyn, a jednak teraz nosił biel i harował równie ciężko jak jego syn, podobnie żona, córki i pozostali synowie. Kobiety miały mnóstwo wspaniałych klejnotów i pięknych jedwabi, Sevanna wybierała wśród nich pierwsza. Kraj tak bogaty, że zdawał się wręcz ociekać przepychem.