Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Kobiety za jej plecami zatrzymały się na skraju drzew i o czymś przez chwilę rozmawiały. Posłyszała przypadkiem kilka słów i nastrój znowu jej się odmienił.
— ...ile Aes Sedai walczy dla tych Seanchan — mówiła Tion. — Trzeba to sprawdzić. — Someryn i Modarra mruknięciem wyraziły zgodę.
— A moim zdaniem to nie ma znaczenia — wtrąciła Rhiale. A więc jednak jej przekora komuś się ostatecznie udzieliła. — Moim zdaniem, one nie będą walczyć, chyba że je zaatakujemy. Przypomnijcie sobie, nic nie zrobiły, dopóki nie wystąpiłyśmy przeciwko nim.
— I wtedy poległy dwadzieścia trzy spośród naszych Mądrych — zauważyła kwaśnym tonem Meira. — I nie wróciło ponad dziesięć tysięcy algai’d’siswai. Tutaj mamy niewiele więcej niż jedną trzecią tej liczby, nawet jeśli policzymy Pozbawionych Braci. — Ostatnie dwa słowa wypowiedziała z pogardą.
— To było dzieło Randa al’Thora! — zwróciła im uwagę Sevanna. — Zamiast rozwodzić się nad tym, co nam zrobił, zastanówcie się nad tym, co będziemy mogły z nim zrobić, kiedy już będzie nasz! „Kiedy już będzie mój” — pomyślała. Ostatecznie Aes Sedai jakoś go pojmały i długo trzymały w niewoli, a ona miała coś, czego Aes Sedai nie miały, bo inaczej przecież użyłyby tego.
— Przypomnijcie sobie, że zwyciężałyśmy Aes Sedai, dopóki on nie stanął po ich stronie. Aes Sedai są bez niego niczym!
Po raz kolejny próba podniesienia ich na duchu nie przyniosła efektu. One potrafiły pamiętać tylko o tym, że podczas prób pojmania Randa al’Thora złamano im włócznie i ducha. Modarra miała taką minę, jakby stała nad grobem całego swojego szczepu, i nawet Tion krzywiła się nerwowo, bez wątpienia wspominając, że ona też uciekała niczym przerażona koza.
— Mądre — odezwał się męski głos za plecami Sevanny — przysłano mnie z prośbą, abyście wydały swój osąd.
Na twarze wszystkich bez wyjątku kobiet błyskawicznie powrócił charakterystyczny spokój. To, czego ona nie potrafiła osiągnąć, zapewniła sama jego obecność. Żadna Mądra nie pozwoli, by ktokolwiek, oprócz innej Mądrej, zauważył, że coś ją wytrąciło z równowagi. Alarys przestała gładzić się po włosach, które przerzuciła sobie przez ramię na pierś. Żadna nie rozpoznała mężczyzny, Sevanna miała jednak wrażenie, że skądś go zna.
Przyglądał im się z powagą zielonymi oczyma znacznie starszymi od reszty twarzy. Miał pełne wargi, ale w wykroju jego ust było coś dziwnego, jakby zapomniał, jak się uśmiechać.
— Jestem Kinhuin, z Mera’din, Mądre. Jumai powiadają, że nie należą nam się pełne udziały z tego miejsca, bo nie należymy do nich, ale mówią tak dlatego, bo wówczas sami dostaliby mniej, jako że przypada nas po dwóch na każdego algai’d’siswai z Jumai. Pozbawieni Braci proszą, abyście rozsądziły sprawę, Mądre.
Niektóre z Mądrych, gdy już wiedziały, z kim mają do czynienia, nie potrafiły ukryć swej niechęci do człowieka, który porzucił własny klan i szczep, by przyłączyć się do Shaido, bo nie chciał iść za Randem al’Thorem, mieszkańcem bagien i fałszywym Car’a’carnem. Twarz Tion tylko zobojętniała, ale oczy Rhiale rzucały błyski, a w obliczu Meiry przyczaiła się niemal jawna groźba. Jedynie Modarra okazała zainteresowanie, ale z kolei ona próbowałaby rozsądzić nawet spór zabójców drzew.
— Te sześć Mądrych wysłucha obie strony i wyda swój werdykt — obiecała Sevanna z taką samą powagą.
Pozostałe kobiety spojrzały na nią, z trudem skrywając zdziwienie, że najwyraźniej postanowiła liczyć się z ich zdaniem. Przecież to właśnie dzięki niej Jumai towarzyszyło dziesięć razy więcej Mera’din niźli pozostałym szczepom. Ona naprawdę podejrzewała Caddara, nawet jeśli akurat nie o to, co rzeczywiście zrobił, i pragnęła mieć przy sobie tyle włóczni, ile tylko możliwe. Poza tym zawsze był ktoś, kto mógł umierać zamiast Jumai.
Udała, że ją z kolei dziwi taka reakcja.
— Nie byłoby sprawiedliwe, gdybym sama zdecydowała, skoro chodzi o mój szczep — wyjaśniła im, zanim zwróciła się do zielonookiego mężczyzny. — Mądre wydadzą sprawiedliwy werdykt, Kinhuin. I jestem pewna, że wypowiedzą się na korzyść Mera’din.
Pozostałe kobiety obdarzyły ją twardymi spojrzeniami, a Tion dała nagle znak Kinhuinowi, że ma iść przodem. Jemu jednak dobrą chwilę zabrało oderwanie wzroku od Sevanny. Z bladym uśmiechem — ostatecznie wgapiał się w nią, nie w Someryn — obserwowała ich, jak znikają wśród ludzi kręcących się po terenach majątku. Mimo niechęci do Pozbawionych Braci — oraz jej głośnych przewidywań co do ich decyzji — były szanse, że właśnie tak zadecydują. Tak czy owak, Kinhuin zapamięta, a potem opowie innym z jego tak zwanej społeczności. Jumai miała już w garści, ale każde dodatkowe więzi Mera’din z jej osobą były mile widziane.
Sevanna odwróciła się na pięcie i weszła między drzewa, ale nie skierowała swoich kroków w stronę stajni. Teraz, kiedy została sama, mogła doglądnąć czegoś znacznie ważniejszego niźli sprawy Pozbawionych Braci. Wsunęła dłoń między fałdy spódnicy, tam, gdzie z tyłu opadał na nią szal. Poczułaby, gdyby ukryty tam przedmiot przesunął się o włos, ale po prostu pragnęła poczuć pod palcami jego gładki kształt. Kiedy już go użyje, może nawet jeszcze dzisiaj, żadna Mądra nie ośmieli się uważać jej za gorszą. A któregoś dnia da jej Randa al’Thora. Skoro Caddar kłamał w sprawie jednej rzeczy, to być może kłamał również w związku z innymi.
Zalana łzami Galina Casban wpatrywała się z nienawiścią w Mądre, które odcięły ją tarczą od Źródła. Jakby w ogóle istniała taka potrzeba. W tym momencie nie byłaby w stanie nawet objąć Źródła. Belinde, która siedziała ze skrzyżowanymi nogami na ziemi, między dwoma kucającymi Pannami, poprawiła szal i uśmiechnęła się skąpym uśmiechem, jakby czytała w jej myślach. Twarz miała pociągłą i lisią, włosy i brwi niemal całkiem zbielałe od słońca. Galina żałowała teraz, że nie roztrzaskała jej czaszki, zamiast tylko spoliczkować.
To wcale nie była próba ucieczki, tylko po prostu reakcja na doświadczenia, których zwyczajnie nie mogła już wytrzymać. Jej dni zaczynały się i kończyły uczuciem śmiertelnego zmęczenia, z każdym dniem coraz większego. Nie umiała sobie przypomnieć, jak dawno temu wcisnęli ją w tę szorstką czarną szatę, bo dni płynęły niczym wody wiecznego strumienia. Tydzień temu? Miesiąc?
Może wcale nie tak dawno. Z pewnością nie dawniej. Żałowała, że kiedykolwiek tknęła Belinde. Gdyby tamta nie wepchnęła jej szmaty do ust, żeby uciszyć łkanie, błagałaby, żeby znowu pozwolono jej dźwigać głazy, przenosić sterty kamyków albo o którąkolwiek z tych tortur, jakimi Mądre wypełniały jej czas. Wszystko, byle nie to.
Ze skórzanego worka zawieszonego na grubym konarze dębu wystawała jedynie głowa Galiny. Tuż pod workiem, w mosiężnym koszu jarzyły się węgle, dopalały się powoli i ogrzewały powietrze w jego wnętrzu. Z kciukami przywiązanymi do palców u stóp cała się skręcała od tego niemiłosiernego skwaru, w strumieniach potu zalewającego nagie ciało. Dyszała ciężko, z twarzą oblepioną włosami, i chwytała powietrze rozdętymi nozdrzami w tych momentach, kiedy akurat nie łkała. I może nawet byłoby to lepsze od tej nie kończącej się, bezsensownej, wyczerpującej harówki, na którą ją normalnie skazywały, gdyby nie jedna rzecz. Zanim jej ciało zostało obleczone w ten worek aż po samą szyję, Belinde obsypała ją jakimś miałkim proszkiem i gdy zaczęła się pocić, proszek piekł niczym pieprz nasypany do oczu. Miała wrażenie, że jest nim oblepiona od ramion w dół i, och Światłości, jakże on palił!