Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Wyruszymy jutro. — Jeżeli Galina dotychczas nie nabrała pewności, że zna Sevannę na wylot, to pomyślałaby teraz, że ta kobieta jest równocześnie rozzłoszczona i potulna. Zielone oczy ciskały błyski. — Ale na wschód. Czyli w przeciwną stronę niźli ziemie opanowane przez Seanchan, wciąż jednak na tereny pogrążone w zamęcie, dojrzałe do łupienia.
Zapadła długa cisza, po czym Therava przytaknęła.
— Na wschód. — Wymówiła te słowa z miękkością jedwabiu rzucanego na stal. — Ale pamiętaj, wodzom klanów nader często zdarza się żałować, że odrzucili rady Mądrej. Ciebie też może spotkać taki los. — Pogróżka obecna w wyrazie twarzy była równie czytelna jak pobrzmiewająca w tonie głosu, a jednak Sevanna tylko wybuchnęła śmiechem!
— To ty pamiętaj, Theravo! Wszystkie sobie zapamiętajcie! Jeśli ja padnę łupem sępów, wy nie unikniecie mego losu! Postarałam się o to.
Pozostałe kobiety wymieniły zaniepokojone spojrzenia, wszystkie oprócz Theravy, Modarry i Norlei, które zmarszczyły brwi.
Galina, wciąż klęcząc, szlochając i na próżno starając się ukoić podrażnioną skórę, nie mogła nie zastanawiać się nad sensem tych pogróżek. Była to uboczna myśl, która przecisnęła się między rozgoryczeniem a litością dla samej siebie. Przyda się wszystko, co mogłaby wykorzystać przeciwko tym kobietom. O ile się odważy. Gorzka myśl.
Nagle dotarło do niej, że niebo ciemnieje. Od północy nadciągały skłębione chmury, przeplecione czernią i szarzyzną, przesłaniając słońce. A z tych chmur spadały tumany płatków śniegu, wirujących w powietrzu. Żaden nie spadał na ziemię — rzadko które choćby docierały na wysokość wierzchołków drzew — a mimo to Galina wytrzeszczyła oczy. Śnieg! Czyżby Wielki Władca z jakiegoś powodu poluzował uścisk, w jakim trzymał świat?
Mądre też wpatrywały się w niebo, z otwartymi ustami, jakby w życiu nie widziały chmur, nie mówiąc już o śniegu.
— Co to jest, Galino Casban? — spytała Therava. — Gadaj, jeśli wiesz! — Nie oderwała wzroku od nieba, dopóki Galina nie powiedziała jej, że to śnieg, na co w odpowiedzi usłyszała śmiech. — Zawsze uważałam, że mężczyźni, którzy pokonali Lamana Zabójcę Drzewa kłamali, gdy opowiadali o śniegu. Przecież to coś nie wyrządziłoby krzywdy nawet myszy!
Galina w porę zacisnęła szczęki i nie wyjaśniła, czym mogą grozić opady śniegu, przerażona drążącym ją natrętnym pragnieniem przypochlebienia się i wyznania prawdy. Przerażenie zaćmiło jednak chwilowe zadowolenie, że zdołała zachować tę informację dla siebie. „Jestem najwyższą z Czerwonych Ajah” — przypomniała sobie. — „Zasiadam w Najwyższej Radzie Czarnych Ajah!” Wszystko to brzmiało jak puste przechwałki. Co za niesprawiedliwość!
— Skoro już skończyłyśmy z tą sprawą — orzekła Sevanna — w takim razie zabiorę gai’shain pod wielki dach i dopilnuję, by odziano ją w biel. Wy możecie zostać i gapić się na śnieg, jeśli tak wam się podoba. — Mówiła tonem gładkim jak masło, nikt by się nie domyślił, że zaledwie kilka chwil wcześniej spacerowała po ostrzach sztyletów. Zapętliła szal na łokciach i poprawiła swoje naszyjniki, jakby nic na świecie nie obchodziło jej bardziej.
— Nie, to my zajmiemy się tą gai’shain — odpowiedziała jej równie gładko Therava. — Przemawiasz jako wódz, więc czeka cię długi dzień pracy, jeśli mamy ruszać jutro w drogę. — W oczach Sevanny znowu na moment pojawił się błysk, ale Therava tylko pstryknęła palcami i ostrym gestem dała znak Galinie, zanim odwróciła się, by odejść. — Idziesz ze mną — rozkazała. — I przestań się boczyć.
Galina, ze spuszczoną głową, podniosła się niezdarnie i potruchtała śladem Theravy oraz pozostałych kobiet. Boczyła się? Mogła się chmurzyć, ale nigdy boczyć! Myśli jej tłukły się po czaszce niczym szczury w klatce, nie znajdując żadnej nadziei na ucieczkę. A przecież taka musiała istnieć! Pod wpływem jednej myśli, która przebiła się na powierzchnię pogrążonej w chaosie świadomości, omal znowu nie wybuchnęła płaczem. Czy szaty gai’shain są bardziej miękkie niż ta drapiąca czarna wełna, którą dotąd musiała nosić? Jakieś wyjście musiało istnieć! Obejrzała się ukradkiem i zobaczyła Sevannę, która wciąż stała w miejscu i odprowadzała je groźnym wzrokiem. W górze kłębiły się chmury, a płatki śniegu opadające na ziemię topniały jak nadzieje Galiny.
12
Nowe sojusze
Graendal bardzo żałowała, że wśród przedmiotów, które zabrała z Illian po śmierci Sammaela, nie ma ani jednego transkrybera, choćby najzwyklejszego. Ten Wiek był tak prymitywny i pozbawiony wygód, że aż niekiedy przerażał. Ale musiała też przyznać, że niektóre rzeczy trafiały w jej gust. Na przykład gromadka stu barwnie upierzonych, śpiewających ptaków zamkniętych w wielkiej bambusowej klatce ustawionej w przeciwległym krańcu komnaty, niemal równie pięknych jak para jej ulubieńców, którzy odziani w przezroczyste szaty czekali przy drzwiach, wodząc za nią wzrokiem, gotowi zaspokajać wszelkie zachcianki. Lampy oliwne nie dawały wprawdzie takiego światła jak kule jarzeniowe, niemniej jednak wspomagane wielkimi lustrami na ścianach stwarzały iluzję barbarzyńskiego przepychu, zwłaszcza pod tym sklepieniem zdobionym motywem w kształcie pozłacanych rybich łusek. Byłoby wygodniej, gdyby mogła załatwić wszystko drogą ustną, a jednak przelewanie słów na papier własną ręką przysparzało przyjemności pokrewnej tej, jaką Graendal odczuwała podczas szkicowania. Krój pisma obowiązujący w tym Wieku okazał się stosunkowo prosty, a i naśladowanie cudzego stylu nie nastręczało większych trudności.
Podpisawszy się zamaszyście — nie własnym imieniem, rzecz jasna — osuszyła gruby arkusz papieru piaskiem, po czym złożyła go i zapieczętowała jednym z sygnetów, których cały rząd — każdy był innej wielkości — tworzył dekoracyjną linię w poprzek stolika do pisania. Tym razem w nieregularnym owalu z niebiesko-zielonego wosku odciśnięte zostały Ręka i Miecz Arad Doman.
— Zawieź to jak najrychlej lordowi Ituralde’owi — rozkazała. — I przekaż jedynie to, co ci powiedziałam.
— Popędzę co koń wyskoczy, moja lady. — Nazran ukłonił się, odbierając list, i pogładził się palcem po cienkich czarnych wąsach wieńczących zwycięski uśmiech. Barczysty i ciemnoskóry, odziany w znakomicie skrojony niebieski kaftan, był przystojny, ale nie dość. — Otrzymałem ten list od lady Tuva, która zmarła od zadanych jej ran, ale zdążyła mi jeszcze przed śmiercią powiedzieć, że była kurierem od Alsalama i że napadł ją Szary Człowiek.
— Dopilnuj, by znalazły się na nim plamy ludzkiej krwi — upomniała go. Wątpiła wprawdzie, by ktokolwiek w tej epoce potrafił odróżnić ludzką krew od zwierzęcej, ale doświadczyła dotąd zbyt wielu niespodzianek, by teraz bezsensownie ryzykować. — Ale nie za wielkie, byle stworzyły odpowiednie pozory i jednocześnie nie zamazały tego, co napisałam.
Mężczyzna znowu się ukłonił, wpijając w nią namiętne spojrzenie czarnych oczu, ale wyprostował się prędko i natychmiast pospieszył do drzwi, stukając obcasami o posadzkę wyłożoną jasnożółtym marmurem. Nie zauważył służących, wpatrzonych w nią z bezgranicznym oddaniem, a może tylko udał, że ich nie zauważa, mimo że kiedyś przyjaźnił się z tym młodym mężczyzną. Jedno dotknięcie Przymusu wystarczyło, by Nazran zaczął jej służyć z niemal takim samym zapałem jak tamtych dwoje, nie mówiąc już o tym, że nabrał przekonania, iż kiedyś zakosztuje ponownie jej wdzięków. Zaśmiała się cicho. Cóż, wierzył, że ich zakosztował, co zresztą miałoby miejsce, gdyby był nieco bardziej urodziwy. Ale wtedy nie nadawałby się do niczego innego. Zajeździ kilka wierzchowców na śmierć, byle tylko dotrzeć do Ituralde’a. Jeśli ten list, dostarczony przez bliską kuzynkę Alsalama, a rzekomo napisany przez samego króla, list, w dostarczeniu którego usiłował przeszkodzić Szary Człowiek, nie przyczyni się do spotęgowania chaosu, tym samym sprzyjając wypełnieniu rozkazów Wielkiego Władcy, to w takim razie już nic chyba go nie zastąpi, oprócz bodaj ognia stosu. Ponadto mógł jednocześnie przyczynić się do realizacji jej celów. Jej własnych.