Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #1
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-837-X
- Переводчик: Jacek Kozerski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:
0 to chodzi, to czarodzieje są często zbyt zajęci ratowaniem własnej skóry, by znaleźć spokojną chwilę potrzebną dla utkania magii.
— I musicie pamiętać — ciągnął kapłan — że obie strony będą miały swoich magów. Zwykle kończy się to tym, że nawzajem neutralizują swoją robotę i rozstrzygnięcie pozostawiają wam, uzbrojonym brutalom. Krótko mówiąc, nie macie się czego bać. Sądzę, że moi koledzy z Akademii i ja zdołamy całkiem skutecznie zaszachować naszego biegłego w czarnej magii przyjaciela Avshara, a być może i dać mu więcej, niż się spodziewa.
Nepos mówił z pewnością siebie. Jednak mimo wszystkich zapewnień kapłana o niewielkiej przydatności czarów w bitwie, Marek nie potrafił zapomnieć gadających zwłok w zbrojowni w nadmorskim murze Videssos, ani powstrzymać się przed przypominaniem sobie złowieszczych pogłosek krążących wokół imienia Avshara w związku z jego nadnaturalnym powodzeniem w dotychczasowych walkach. Jego dłoń osunęła się na rękojeść niezawodnego galijskiego miecza. Tu przynajmniej znajdowało się coś, na co mógł liczyć, że nie dopuści do niego okropieństw czarnej magii.
XI
Pierwsze oznaki tego, że Videssos jest krajem, na który dokonano napaści, pokazały się po kilku dniach marszu na wschód od opuszczenia Amorionu. Sznur splądrowanych, spalonych wiosek mówił wyraźniej niż jakiekolwiek słowa, że przeszli tędy rabusie z Yezd. O tym samym świadczyły porzucone zagrody oraz złupiony klasztor i jego spustoszone pola. Niektóre ślady zniszczenia były bardzo świeże; para wygłodzonych psów wciąż wałęsała się w pobliżu klasztoru, czekając na swych panów, którzy nigdy już nie mieli wrócić.
Zniszczenia, jakie koczownicy spowodowali poza klasztorem, nie były większe od zniszczeń, jakich mógł spodziewać się każdy kraj znajdujący się w stanie wojny. Jednak dla boga Imperium Yezda zarezerwowali szczególną furię. Mała kaplica przy kwaterach mieszkalnych mnichów została złośliwie zbezczeszczona. Obrazy wiszące na jej ścianach podarto na strzępy, a ołtarz porąbano i użyto na rozpałkę. Jako ostatni akt zniewagi, rabusie wprowadzili tam swoje konie.
Jeśli Yezda sądzili, że taką taktyką wzbudzą grozę w swych przeciwnikach, to się pomylili. Videssańczycy mieli już wystarczające powody, by nienawidzić swych zachodnich sąsiadów. Teraz taka sama nienawiść została wszczepiona najemnikom, którzy czcili Phosa, ponieważ Mavrikios dopilnował, aby wszyscy jego żołnierze zajrzeli do sprofanowanej kaplicy. Imperator słowem nie skomentował tego, co tam zobaczyli. Żaden komentarz nie był potrzebny.
Zniszczenia poruszyły Marka z jeszcze jednego powodu. Już dawno zdecydował, że Yezd jest wrogiem, z którym warto walczyć. Kraj, który przyznawał tak wysokie stanowiska komuś takiemu jak Avshar, nie był krajem, w którym przyzwoici ludzie mogli mieć nadzieję na życie w pokoju.
Trybun nie uświadamiał sobie jednak jednej rzeczy — jak silne było Yezd. Imperialna armia znajdowała się niewiele dalej niż w połowie drogi do zachodniej granicy Videssos, a jednak kraj nosił już ślady ciosów, jakie koczownicy zadawali Imperium. A to, co ujrzeli dzisiaj, stanowiło tylko najsłabsze, najodleglejsze dotknięcie Yezda. Jak będzie wyglądał ten kraj po jeszcze pięciu dniach marszu na zachód, albo dziesięciu? Czy tam w ogóle cokolwiek będzie rosło?
Tej nocy nikt z Rzymian nie narzekał z powodu wznoszenia zwykłych polowych fortyfikacji; z kanałem, ziemnym przedpiersiem i palisadą. Nie dostrzeżono śladu Yezda, lecz cała imperialna armia zakładała obóz tak, jakby znajdowała się we wrogim kraju.
Skaurus ucieszył się, że tej nocy na jego grupę legionistów wypadła kolej na odwiedziny u kobiet. Gdy wraz ze swymi ludźmi przechodził do obozu kobiet, przyglądał się z ukosa miejscowym wyobrażeniom tego, jak powinien wyglądać warowny obóz. Zawsze to robił.
To prawda, namioty kobiet otaczało coś w rodzaju palisady, lecz wyglądała nie lepiej niż inne tego rodzaju dzieła Videssańczyków. Było w niej zbyt wiele dużych, na chybił trafił przyciętych pni drzew — jeśliby tylko dwóch lub trzech żołnierzy wroga wpadło na to, by wyciągnąć jeden pień spośród jego towarzyszy, w palisadzie utworzyłby się wyłom. Rzymianie natomiast mieli obowiązek noszenia po kilka żerdzi, które każdej nocy ustawiali w palisadę, przeplatając ich rozgałęzienia. Trudno je było wydobyć z ziemi, a nawet gdyby któraś została wyrwana, nie pozostawiało to luki na tyle dużej, by mógł się przez nią przecisnąć człowiek. Skaurus kilkakrotnie zwracał na to uwagę Videssańczykom; za każdym razem wydawali się zainteresowani, lecz nie zrobili nic, by to zmienić.
W ciągu pięciominutowego spaceru nerwowi wartownicy sześć razy wzywali Rzymian do opowiedzenia się. — Pomyśl trochę, głupcze! — warknął Marek do ostatniego z wzywających go wartowników. — Czy nie wiesz, że Yezda walczą konno?
— Oczywiście, panie — odpowiedział urażonym tonem wartownik. Skaurus zawahał się, a potem przeprosił. Możliwe były wszelkiego rodzaju podstępy, a ostatnią rzeczą, jaką powinien robić, to kpić z czujności żołnierzy. Nerwy miał bardziej rozstrojone, niż przypuszczał; tej nocy bardzo potrzebował spokoju, jaki mogła mu dać Helvis.
Jednak niełatwo przychodziło mu znaleźć ów spokój, choć Helvis posłała Malrika, by spał z przyjaciółmi, jakich zdobył podczas marszu. Skaurus od tak dawna nie miał zwyczaju zwierzać się komukolwiek ze swych trosk — a w szczególności kobiecie — że nie wspomniał ani słowem o dręczących go niepokojach i rozmawiał tylko o przebytej tego dnia drodze i innych nieistotnych sprawach. Helvis bez trudu wyczuła jego niepokój, lecz Skaurus otoczył się tak twardą skorupą, że nie potrafiła rozpoznać jego przyczyn.
Nawet ich miłość tej nocy nie zdołała przynieść Rzymianinowi ulgi, której tak pragnął. Zbyt mocno zamknął się w sobie, by móc wiele z siebie dać, i to, co uchodziło za kochanie, przyniosło ze sobą nieznane zupełnie przedtem uczucia niepewności i braku spełnienia. Czując się tym gorzej, że spodziewał się poczuć lepiej, trybun zapadł w niespokojny sen.
Potem zobaczył siebie na galijskiej polanie, którą pamiętał aż nadto dobrze, pośrodku małego oddziału legionistów — w chwili, gdy Celtowie zaczynali rzeź. Jak oszalały rozejrzał się wokół siebie. Gdzie był Videssos, Imperator, spieczona równina, którą on i pozostali przy życiu tej właśnie nocy przemierzali? A czy w ogóle ktokolwiek przeżył? Czy Imperium nie było tylko wytworem fantazji oszalałego ze strachu człowieka?
Oto zbliżył się Viridoviks, wymachując długim mieczem, bliźniaczo podobnym do miecza Skaurusa. Trybun uniósł swoją klingę, by sparować cios albo taki miał zamiar, lecz dłoń, którą wyciągnął ku górze, była pusta. Klinga Celta runęła w dół…
— Co się stało, kochanie? — Jego policzka dotykała ręka Helvis, a nie paląca stal miecza. — Rzucałeś się we śnie i mnie zbudziłeś, a potem krzyknąłeś wystarczająco głośno, żeby obudzić połowę obozu.
Marek przez kilka chwil leżał na plecach, zanim odpowiedział. Noc była niemal tak samo upalna, jak poprzedzający ją dzień, lecz jego pierś i ramiona pokrywał zimny pot. Spoglądał na sufit namiotu, w myślach wciąż widząc błyski światła pochodni odbijające się od celtyckiej klingi.
— To był sen — powiedział, bardziej do siebie niż do Hel vis.
— Oczywiście — odpowiedziała, ponownie dotykając pieszczotliwie jego policzka. — To był tylko zły sen.