Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Podzieliliśmy się na dwa zespoły. Jasna karnacja i oliwkowa karnacja.
Francisco, Latifa, Benjamin i Hugo zostali Oliwkami, a Bernhard, Cyrus i ja stworzyliśmy grupę Bladawców.
Być może brzmi to trochę staroświecko. Wręcz szokująco. Być może wyobrażaliście sobie, że organizacje terrorystyczne dają wszystkim zatrudnionym równe szanse rozwoju i że różnice związane z kolorem skóry zwyczajnie nie mają wpływu na naszą pracę. No cóż, w idealnym — świecie zapewne tak właśnie powinni postępować terroryści. Ale w Casablance sprawy mają się inaczej.
Osoby o jasnej karnacji nie powinny chodzić ulicami Casablanki.
Oczywiście mogą, jeżeli są gotowe stanąć na czele tłumu pięćdziesięciorga truchtających za nimi dzieciaków, które wołają, krzyczą, wytykają ich palcami, śmieją się i próbują im sprzedać amerykańskie dolary, dobra cena, najlepsza cena, mam też haszysz.
Turysta o jasnej karnacji musi przystać na te warunki. Nie ma innego wyjścia. Musi się uśmiechać, kręcić głową i mówić la, shokran — wywołuje to wybuchy jeszcze większego śmiechu, wrzaski, wytykanie palcami, co z kolei przyciąga kolejnych pięćdziesięcioro dzieci, które dołączają do korowodu, a wszystkie, o dziwo, również oferują najlepszą cenę za amerykańskie dolary. Ogólnie rzecz biorąc, taki turysta musi się bawić, jak tylko potrafi najlepiej. Bo przecież jest gościem, wygląda obco i egzotycznie, prawdopodobnie ma na sobie krótkie spodenki i idiotyczną hawajską koszulę, więc dlaczego u diabła nie mieliby go wytykać palcem? Dlaczego przejście trasy o długości czterdziestu pięciu metrów do sklepu z tytoniem zabiera czterdzieści pięć minut, zatrzymuje ruch we wszystkich kierunkach i ma spore szanse trafić do popołudniowych wydań marokańskich gazet? Po to przecież jedzie się za granicę. Żeby znaleźć się za granicą.
Z takim nastawieniem podróżują turyści.
Z drugiej strony, jeżeli jedzie się za granicę, aby za pomocą kilku karabinów maszynowych zająć budynek amerykańskiego konsulatu, uwięzić konsula i jego podwładnych, zażądać dziesięciu milionów dolarów okupu i natychmiastowego uwolnienia dwustu trzydziestu więźniów sumienia, a następnie uciec prywatnym odrzutowcem, wysadziwszy budynek w powietrze przy użyciu sześćdziesięciu kilogramów plastiku C4 — jeżeli kiedykolwiek — korciło was, aby wypełniając formularz imigracyjny, taki właśnie powód wpisać w rubryce „Cel wizyty”, ale tego nie zrobiliście, ponieważ jesteście świetnie wyszkolonymi zawodowcami, którym nie zdarzają się podobne wpadki — to wtedy, szczerze mówiąc, możecie obejść się bez wszystkich atrakcji związanych z gapiącymi się i wytykającymi was palcami dziećmi na ulicy.
Zatem Oliwki zajęły się obserwacją, a Bladawce przygotowaniami do ataku.
Zajęliśmy opuszczony budynek szkoły w dzielnicy Hay Mohammedia. Możliwe, że kiedyś pełniła funkcję luksusowego, zielonego przedmieścia, ale czasy świetności miała już za sobą. Trawę dawno temu zadeptali robotnicy stawiający domy pokryte blachą falistą, przydrożne rowy służyły za kanały, a drogi mogły zostać w przyszłości zbudowane. Inszallah.
Była to biedna okolica, zamieszkana przez biednych ludzi, gdzie jedzenie było niedobre i trudno dostępne, a o świeżej wodzie starzy ludzie opowiadali wnukom w długie zimowe wieczory. Nie żeby w Hay Mohammedia mieszkało wielu starych ludzi. Rolę starca odgrywał tam zazwyczaj czterdziestopięciolatek bez zębów, których brak zawdzięczał upiornie słodkiej herbacie miętowej, gdyż picie jej stanowiło wyznacznik wysokiej stopy życiowej.
Szkoła mieściła się w dużym dwupiętrowym budynku z trzech stron otaczającym cementowe boisko, gdzie dzieci musiały kiedyś grać w piłkę, odmawiać modlitwy albo pobierać lekcje, jak sprawiać kłopoty Europejczykom. Dookoła terenu szkoły ciągnął się czteroipółmetrowy mur, który można było przejść jedynie przez bramę ze stall prowadzącej prosto na boisko.
W takim miejscu mogliśmy spokojnie przygotowywać akcję, ćwiczyć i odpoczywać.
I gwałtownie sprzeczać się ze sobą.
Zaczęło się od błahostek. Nagłe wybuchy irytacji z powodu palenia, tego, kto wypił całą kawę, a kto będzie siedział dziś z przodu w land roverze. Stopniowo atmosfera zaczęła się jednak pogarszać.
Początkowo przypisywałem to zwykłemu zdenerwowaniu, ponieważ bawiliśmy się w znacznie poważniejszą grę niż kiedykolwiek wcześniej. Przy niej Mürren wydawało się pestką obraną z miąższu.
W Casablance w roli miąższu występowała policja, i to chyba jej można przypisać narastające napięcie, dąsy i sprzeczki. Policjantów widziało się wszędzie. Pojawiali się w tuzinie kształtów i rozmiarów, w tuzinie różnych mundurów, które oznaczały tuzin różnych uprawnień i jurysdykcji. Problem policji można podsumować stwierdzeniem, że wystarczyło spojrzeć na nich w sposób, który by im się nie spodobał, a mogli ci spierdolić życie na zawsze.
Przy wejściu do każdego komisariatu w Casablance stało dwóch mężczyzn z pistoletami maszynowymi.
Dwóch mężczyzn. Z pistoletami maszynowymi. Dlaczego?
Gdyby ktoś obserwował ich przez cały dzień, przekonałby się, że przez ten czas nie łapali żadnego przestępcy, nie tłumili żadnych zamieszek, nie odpierali żadnej inwazji obcego państwa — tak naprawdę nie robili żadnej rzeczy, która w jakikolwiek sposób przyczyniałaby się do polepszenia życia przeciętnego Marokańczyka.
Oczywiście ten, kto zdecydował o wydaniu pieniędzy na pensje dla tych ludzi — ten, kto zarządził, aby zamówić mundury zaprojektowane przez mediolański dom mody oraz panoramiczne okulary przeciwsłoneczne — wyjaśniłby zapewne: „Dlatego właśnie nieprzyjaciel na nas nie najechał, że przed każdym komisariatem policji postawiliśmy dwóch ludzi z pistoletami maszynowymi — w koszulach za małych o dwa numery”. Na takie dictum musielibyśmy zwiesić głowę i wycofać się tyłem z biura, ponieważ trudno polemizować z tego rodzaju logiką.
Marokańska policja jest przejawem państwa. Wyobraźcie sobie państwo jako dużego gościa w barze, a ludność jako mniejszego gościa w tym samym barze. Duży gość odsłania wytatuowany biceps i mówi do mniejszego gościa: „to ty rozlałeś moje piwo?”
Marokańska policja jest tym tatuażem.
A dla nas zdecydowanie stanowiła problem. Za dużo odmian, za dużo przedstawicieli każdej odmiany, za dużo ciężkiego uzbrojenia, za dużo wszystkiego.
Może właśnie dlatego stajemy się nerwowi. Może dlatego pięć dni temu Benjamin — człowiek o łagodnym głosie, człowiek, który uwielbia szachy i chciał kiedyś zostać rabinem — może właśnie dlatego Benjamin nazwał mnie zasranym sukinsynem.
Siedzieliśmy w stołówce przy postawionym na kozłach stole, przeżuwając tajine mozolnie ugotowaną przez Cyrusa i Latifę. Nikt nie miał specjalnej ochoty na rozmowę. Bladawce spędziły dzień, konstruując naturalnej wielkości makietę fasady konsulatu; byliśmy zmęczeni i śmierdzieliśmy drewnem.
Makieta stała za nami, przypominając dekoracje do szkolnego przedstawienia, i od czasu do czasu ktoś podnosił wzrok znad jedzenia i przyglądał jej się badawczo, zastanawiając się, czy kiedykolwiek zobaczy prawdziwy budynek ambasady. Albo kiedy już go zobaczy, czy zobaczy jeszcze później cokolwiek innego.
— Ty zasrany sukinsynu! — krzyknął Benjamin, zrywając się na równe nogi z zaciśniętymi pięściami.
Zapadło milczenie. Dopiero po chwili wszyscy się zorientowali, na kogo patrzył.
— Jak mnie nazwałeś? — zapytał Ricky, prostując się nieznacznie na krześle; człowiek powolny w gniewie, ale kiedy już przyszło co do czego, straszliwy jako wróg.