Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Pod koniec jednej z takich kolacji znajomy admirał przemysłu, lekko zamroczony kilkoma kieliszkami claretu, opowiedział Woolfowi zasłyszaną plotkę. Plotka była z gatunku nieprawdopodobnych i Woolf oczywiście w nią nie uwierzył. Tak naprawdę go rozbawiła. Tak bardzo, że postanowił powtórzyć ją pewnej bardzo ważnej osobie podczas jednej z regularnych nocnych rozmów telefonicznych. Połączenie zostało przerwane, zanim zdążył dojść do puenty.
W dniu, w którym Aleksander Woolf postanowił stanąć do walki z kompleksem wojskowo-przemysłowym, wszystko się zmieniło. Dla niego, dla jego rodziny i dla jego firmy. Sprawy ulegały zmianie szybko i definitywnie. Zbudzony ze snu kompleks wojskowo-przemysłowy podniósł wielką, leniwą łapę i pacnął go, jakby był jedynie zwykłym człowiekiem.
Anulowali istniejące kontrakty i wycofali się z negocjacji dotyczących przyszłych. Doprowadzili do bankructwa jego dostawców, skłonili do odejścia jego pracowników, oskarżyli go o uchylanie się od płacenia podatków. W ciągu kilku miesięcy wykupili akcje jego firmy i sprzedali je w ciągu kilku godzin, a kiedy to nie zdało egzaminu, oskarżyli go o handel narkotykami. Wyrzucili go nawet z St Regis za to, że nie uzupełnił kawałka darni wyszarpniętego podczas uderzenia.
Aleksander Woolf nie przejmował się niczym, ponieważ wiedział, że doznał objawienia. Sytuacja martwiła jednak jego córkę, a bestia o tym wiedziała. Bestia wiedziała, że językiem ojczystym Aleksandra Woolfa był niemiecki i że wychowano go w wierze w Amerykę; że w wieku siedemnastu lat sprzedawał wieszaki z furgonetki, mieszkając samotnie w suterenie w Lowes w stanie New Hampshirr Po śmierci rodziców nie dostał w spadku nawet dziesięciu dolarów. Tak zaczynał Aleksander Woolf i do takiego życia był gotów wrócić. Aleksander Woolf nie traktował biedy jako czegoś mrocznego i nieznanego, czego należałoby się obawiać. Na żadnym etapie życia.
W przeciwieństwie do Sary. Ona przez całe życie mieszkała w dużych domach z dużymi basenami, jeździła dużymi samochodami i korzystała z wysokiej jakości usług stomatologicznych, a widmo biedy budziło jej śmiertelne przerażenie. Strach przed nieznanym uczynił ją bezbronną, a bestia o tym wiedziała.
Pewien człowiek złożył jej propozycję.
— Co teraz zrobimy? — zapytała.
— Na dziś już wystarczy — odparłem.
Szczękała zębami, co uświadomiło mi, jak długo tam siedzieliśmy. I jak wiele zostało mi jeszcze do zrobienia.
— Lepiej zawiozę cię do domu — powiedziałem, podnosząc się z ławki.
Zamiast wstać razem ze mną, skuliła się jeszcze bardziej z rękami skrzyżowanymi na brzuchu. Wyglądało, jakby cierpiała. Bo cierpiała. Zaczęła mówić niesłychanie cichym głosem i musiałem przykucnąć, aby ją usłyszeć. Im niżej się schylałem, tym bardziej opuszczała głowę, unikając mojego spojrzenia.
— Nie karz mnie — powiedziała. — Nie karz mnie za śmierć ojca, Thomas, ponieważ sama muszę sobie z tym poradzić.
— Nie karzę cię, Saro — odparłem. — Po prostu zawiozę cię do domu, to wszystko.
Podniosła głowę i spojrzała na mnie, a ja zobaczyłem w jej oczach nowy rodzaj strachu.
— Ale dlaczego? — zapytała. — Przecież teraz… możemy zrobić, co tylko zechcemy. Wyjechać, gdzie tylko zechcemy.
Spuściłem wzrok. Jeszcze tego nie rozumiała.
— A gdzie chciałabyś wyjechać? — zapytałem.
— To przecież nie ma znaczenia — powiedziała, jej głos stawał się mocniejszy wraz z rosnącą desperacją. — Chodzi o to, że możemy. Mój Boże, Thomas, wiesz przecież… mieli nad tobą władzę, ponieważ zagrozili, że coś mi zrobią, a jednocześnie mieli władzę nade mną, ponieważ zagrozili, że zrobią coś tobie. Tak to ustawili. Ale to już przeszłość. Możemy odejść. Zniknąć.
Potrząsnąłem głową.
— Obawiam się, że sytuacja się skomplikowała — powiedziałem. — Jeżeli kiedykolwiek było inaczej.
Zamilkłem i przez chwilę zastanawiałem się, ile powinienem jej powiedzieć. W sumie nie powinienem jej mówić nic. Ale pieprzyć to.
— Teraz już nie chodzi tylko o nas. Jeżeli odejdziemy zginą inni ludzie. Przez nas.
— Inni ludzie? — zdziwiła się Sara. — o czym ty mówisz? Jacy inni ludzie?
Uśmiechnąłem się, aby poprawić jej humor, żeby się tak nie bała, a także dlatego, że wszyscy oni stanęli mi przed oczami.
— Saro — powiedziałem. — Ty i ja…
Głos mi się załamał.
— Tak? — zapytała.
Wziąłem głęboki oddech. Nie dało się tego powiedzieć — w inny sposób.
— Musimy zrobić to, co do nas należy — dokończyłem.
Rozdział 23