Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Dzięki, Michael. – Uśmiechnęła się i odwróciła na pięcie.
Akers z podziwem spoglądał na jej sylwetkę.
– Dzwoń do mnie o każdej porze! – zawołał.
– Dzięki.
Darby weszła do sąsiedniego budynku, gdzie na czwartym piętrze w kilku zapchanych pokojach gnieździła się redakcja “Przeglądu Prawniczego Georgetown”. Znalazła ostatni numer “Przeglądu” i w stopce przeczytała, że Joanne Ratliff pełni funkcję sekretarza. Znała wiele redakcji pism prawniczych i wiedziała, że są do siebie podobne jak dwie krople wody. Kręcili się wokół nich najlepsi studenci, pisujący uczone rozprawy i komentarze. Redaktorzy uważali się za studencką elitę – w istocie zaś byli towarzystwem wzajemnej adoracji, ekscytującym się własną błyskotliwością. Rzadko wynurzali się z pokojów redakcyjnych i w okresie studiów traktowali je jak drugi dom.
Weszła do środka i zapytała pierwszą napotkaną osobę, gdzie może znaleźć Joanne Ratliff. Wskazano jej pokój za rogiem. Drugie drzwi na prawo. Gabinet Joanne był ciasny i zawalony książkami. Przy biurku siedziały dwie kobiety.
– Joanne Ratliff? – spytała Darby.
– To ja – odpowiedziała starsza, która spokojnie mogła mieć ze czterdzieści lat.
– Cześć. Nazywam się Sara Jacobs i piszę artykuł dla “Washington Post”. Czy mogłabym zadać ci kilka szybkich pytań?
Joanne odłożyła długopis na biurko i zmarszczywszy brwi spojrzała na swoją towarzyszkę. To, co robiły, było ogromnie ważne, i nie będą tolerować nie zapowiedzianego gościa! Pracowały w redakcji pisma prawniczego i choć były studentkami, zasługiwały na szacunek!
Darby w normalnych warunkach pokazałaby im język i powiedziała coś uszczypliwego. Przecież była, do cholery, drugą studentką na roku! Takie jak one spisywały od niej prace domowe!
– O czym ma być ten artykuł? – spytała Ratliff.
– Czy mogłybyśmy porozmawiać na osobności?
Redaktorki wymieniły znaczące spojrzenia.
– Jestem bardzo zajęta – odparła Ratliff.
“Ja też – pomyślała Darby. – Sprawdzasz, głupia babo, cytaty do jakiegoś przyczynkarskiego rzygu, a ja próbuję dorwać faceta, który zabił dwóch sędziów Sądu Najwyższego!”
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale nie zajmę ci więcej niż minutę – powiedziała nieszczerze.
Wyszły na korytarz.
– Naprawdę przykro mi, że oderwałam cię od pracy, ale mam niewiele czasu.
– Jesteś reporterką z “Posta”?
Zabrzmiało to raczej jak oskarżenie, a nie pytanie. Znów będzie musiała kłamać. Ale dała sobie dyspensę na oszustwa i kłamstwa na dwa dni. Potem wyjedzie na Karaiby i dalej niech łże Grantham.
– Tak. Czy ostatniego lata pracowałaś u White’a i Blazevicha?
– Owszem. Dlaczego pytasz?
Zdjęcie, szybko! Ratliff wzięła fotografię do ręki i przyjrzała się Garcii.
– Rozpoznajesz tego mężczyznę?
– Nie sądzę. Kim on jest? – Joanne potrząsnęła z godnością głową.
Z tego babsztyla będzie doskonała prawniczka! Umie zadawać pytania. Przecież gdyby Darby wiedziała, kim jest Garcia, nie stałaby w tym ciasnym korytarzyku, nie udawała reporterki z “Posta” i przede wszystkim nie rozmawiała z tą wyniosłą krową!
– Jest adwokatem. Pracuje dla White’a i Blazevicha – odpowiedziała, siląc się na uprzejmość. – Myślałam, że może go znasz.
– Niestety. – Ratliff oddała jej fotografię.
– No cóż, dziękuję. Jeszcze raz przepraszam…
– Nie ma za co – odpowiedziała Ratliff i zniknęła za drzwiami.
Nowy pontiac od Hertza zatrzymał się na rogu. Darby wskoczyła do auta i ruszyli. Miała już dosyć wydziału prawa w Georgetown!
– Nie mam dobrych wieści – zaczął Grantham. – Linneya nie było w domu.
– Rozmawiałam z Akersem i Ratliff. Bez rezultatu. Pięcioro na siedmioro nie widziało Garcii. Została nam jeszcze dwójka.
– Jestem głodny. Co powiesz na lunch?
– Powiem: tak.
– Czy to możliwe, żeby pięciu praktykantów pracowało w firmie przez trzy miesiące i ani razu nie widziało młodego, przystojnego prawnika?
– Owszem, nie tylko możliwe, ale bardzo prawdopodobne. Pamiętaj, że szukamy po omacku. A nasi studenci, oprócz czterystu prawników, widywali sekretarki, aplikantów, urzędników kancelaryjnych, urzędników biurowych, kopistów, gońców i setki osób z personelu pomocniczego. W sumie z tysiąc twarzy. Prawnicy trzymają się razem i rzadko wychodzą poza swój dział.
– To znaczy, że działy są całkowicie od siebie odseparowane?
– Właśnie. Człowiek zajmujący się bankami na drugim piętrze może przez pół roku nie widywać swojego znajomego z działu procesowego na dziesiątym. Chyba że ma do niego jakąś sprawę. Jednak z reguły wszyscy są bardzo zajęci i nie mają czasu na pogaduszki.
– Myślisz, że pomyliliśmy się co do firmy?
– Mogliśmy pomylić się zarówno co do firmy, jak i co do studentów.
– Pierwszy, z którym rozmawiałem, Maylor, podał mi dwa nazwiska praktykantów z Uniwersytetu Jerzego Waszyngtona. Może zajmiemy się nimi po lunchu? – Grantham zwolnił i zatrzymał się nieprzepisowo obok rzędu małych budynków.
– Gdzie jesteśmy?
– Niedaleko placu Mount Vernon, w centrum. Siedziba “Posta” jest sześć przecznic dalej. A za rogiem są małe delikatesy.
Gdy weszli do środka, delikatesy zapełniały się wygłodniałymi urzędnikami. Darby usiadła przy stole pod oknem, a Grantham stanął w kolejce i zamówił kanapki. Minęło już pół dnia i choć nie bardzo podobała jej się reporterska robota, cieszyła się, że jest zajęta, dzięki czemu nie pamięta o mrocznej stronie swojej sytuacji.
Gray przyniósł na tacy kanapki i mrożoną herbatę. Zaczęli jeść.
– Czy tak wygląda twój typowy dzień pracy? – spytała.
– Trzeba jakoś zarabiać na chleb. Węszę rano, pisuję po południu, a wieczorami weryfikuję to, co napisałem.
– Ile masz spraw tygodniowo?
– Trzy, cztery… czasami żadnej. Jestem wybredny, poza tym są jeszcze moi przełożeni. To, co robimy teraz, to zupełnie co innego.
– Co będzie, jeśli nie dobierzemy się do Mattiece’a? Co wtedy napiszesz?
– Wszystko zależy od tego, w którym miejscu trzeba się będzie zatrzymać. Już teraz moglibyśmy puścić historię Callahana i Verheeka, ale gra jest niewarta świeczki. Oczywiście nie umniejszam tragizmu ich śmierci, ale zabójstwo twoich przyjaciół jest wierzchołkiem góry lodowej, a my chcemy opisać całą górę.
– Słowem, polujesz na grubego zwierza.
– Tak wyszło. Jeśli uda nam się zweryfikować twoją hipotezę, upolujemy rekina.
– Już masz przed oczami te tytuły… Przyznaj się…
– Przyznaję się. Czuję skok adrenaliny. To będzie największa historia od czasów…
– Watergate?
– Niezupełnie. Afera Watergate zaczęła się od drobiazgów, które z czasem połączyły się w jedną wielką całość. Woodward i Bernstein miesiącami szukali tropów, zanim zdołali ułożyć pełny obraz sprawy. Rozmawiali z wieloma ludźmi, a każdy opowiadał inną część historii. My, moja droga, mamy do czynienia z czymś zupełnie innym. Nasza afera jest o wiele większa, a prawdę zna jedynie niewielka grupa wtajemniczonych. Watergate zaczęło się od nieudanego włamania, my natomiast mamy do czynienia z mistrzowsko zaplanowaną zbrodnią, za którą kryją się bardzo bogaci i bardzo sprytni ludzie.
– Nie zapominaj, że naszą sprawę również próbuje się zatuszować.
– Tym także się zajmiemy. Gdy połączymy Mattiece’a z zabójstwem sędziów, opublikujemy naszą historię. Szydło wyjdzie z worka i w ciągu jednej nocy rozpocznie się tuzin niezależnych dochodzeń. To miasto będzie wyglądać jak po bombardowaniu, zwłaszcza gdy ujawnimy bliskie stosunki prezydenta z Mattiece’em. Kiedy ucichnie hałas, zajmiemy się administracją i spróbujemy dociec, kto o czym wiedział i od kiedy.