Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaWstrząsnął nią spazm przerażenia. Nie widziała, że duchy rzuciły się za nią i próbowały ją chwycić, ale przemknęła przez nie jak kamień przez mgłę; nie słyszała że Will woła jej imię tak głośno, że otchłań odpowiada echem. Całą jej istotę wypełnił potworny strach. Staczała się coraz szybciej, w dół i w dół, i niektóre duchy nie mogły na to patrzeć: zakryły oczy i głośno krzyczały.
Will skamieniał z przerażenia. Widział, jak Lyra zsuwa się coraz niżej; wiedział, że nie może nic zrobić i że musi patrzeć do końca. Nie słyszał własnego rozpaczliwego jęku podobnie jak ona. Jeszcze dwie sekundy... jeszcze sekunda... dotarła do krawędzi, nie mogła się zatrzymać, spadała...
Z ciemności wyleciała nagle ta sama istota, której szpony niedawno zraniły czoło Lyry, harpia Bez-Imienia, skrzydlaty stwór o kobiecej twarzy; i te same szpony zamknęły się na nadgarstku dziewczynki. Razem poleciały w dół, dodatkowy ciężar okazał się niemal zbyt wielki, ale silne skrzydła harpii uderzały nieprzerwanie, szpony trzymały mocno i powoli, mozolnie, powoli, mozolnie harpia wyniosła dziecko z otchłani i złożyła omdlałą, bezwładną Lyrę w wyciągniętych ramionach Willa.
Chwycił ją mocno, przycisnął do piersi i poczuł na żebrach dzikie łomotanie jej serca. Nie była wtedy Lyrą, a on nie był Willem; nie była dziewczyną, a on nie był chłopcem. Byli jedynymi istotami ludzkimi w tej ogromnej otchłani śmierci. Przywierali do siebie, a duchy otaczały ich, wyszeptując pocieszenia, błogosławiąc harpię. Najbliżej znalazł się ojciec Willa oraz Lee Scoresby; jakże pragnęli również objąć Lyrę. Tialys i Salmakia dziękowali harpii Bez-Imienia, wychwalali ją pod niebiosa, nazywali zbawicielką ich wszystkich, błogosławili jej poświęcenie i odwagę.
Jak tylko Lyra mogła się poruszyć, wyciągnęła drżące ręce do harpii, zarzuciła jej ramiona na szyję i obsypała pocałunkami jej wyniszczoną twarz. Nie mogła wykrztusić słowa. Wstrząs odebrał jej zdolność mówienia, próżność, całą pewność siebie.
Leżeli nieruchomo przez kilka minut. Kiedy strach nieco ustąpił, ruszyli znowu; Will mocno trzymał dłoń Lyry w zdrowej ręce i sprawdzał każde miejsce, zanim postawił na nim stopę. Wędrówka była tak powolna i nużąca, że dosłownie konali z wyczerpania, ale nie mogli się zatrzymać, nie mogli odpocząć. Kto mógłby odpoczywać nad tą straszliwą przepaścią?
– Spójrz przed siebie. Tam chyba jest wyjście... – powiedział Will po godzinie mordęgi.
Miał rację: stromizna złagodniała i mogli nawet wdrapać się wyżej, dalej od krawędzi. A z przodu: czy to nie uskok w ścianie skalnej? Czy to naprawdę wyjście?
Lyra spojrzała w błyszczące oczy Willa i uśmiechnęła się.
Wdrapywali się coraz wyżej i z każdym krokiem coraz bardziej oddalali się od skraju przepaści. W trakcie wspinaczki stwierdzili, że grunt staje się coraz stabilniejszy, uchwyty na ręce coraz bezpieczniejsze, kamienie pod stopami coraz mniej chybotliwe i już niegrożące skręceniem kostki.
– Chyba już weszliśmy dość wysoko – powiedział Will. – Spróbuję nożem i zobaczę, co znajdę.
– Jeszcze nie – sprzeciwiła się harpia. – Jeszcze trzeba iść. To złe miejsce do otwarcia. Lepsze miejsce wyżej.
Wędrowali w milczeniu: ręka, stopa, ruch, próba, ręka, stopa... Palce mieli obtarte do żywego mięsa, biodra i kolana drżały od wysiłku, w głowach im szumiało z wyczerpania. Wspięli się ostatnie kilka metrów do podnóża skały, gdzie wąski przesmyk prowadził w cień.
Lyra patrzyła piekącymi oczami, jak Will wyjął nóż i zaczął szukać odpowiedniego miejsca w powietrzu, dotykając ostrzem, cofając się, znowu dotykając.
– Ach!
– Znalazłeś otwartą przestrzeń?
– Chyba tak...
– Will – powiedział duch jego ojca. – Zaczekaj chwilę, posłuchaj mnie.
Will odwrócił się i opuścił nóż. Podczas tej morderczej wędrówki nie miał czasu myśleć o ojcu, ale cieszyła go jego obecność. Nagle uświadomił sobie, że rozstają się po raz ostatni.
– Co się stanie, kiedy wyjdziesz na zewnątrz? – zapytał. – Po prostu znikniesz?
– Jeszcze nie. Pan Scoresby i ja mamy pomysł. Niektórzy z nas zostaną tutaj trochę dłużej i potrzebujemy ciebie, żebyś nas wpuścił do świata Lorda Asriela, bo przyda mu się nasza pomoc. Co więcej – ciągnął poważnie, spoglądając na Lyrę – musicie sami tam wrócić, jeśli chcecie odzyskać wasze dajmony. Ponieważ one tam odeszły.
– Ale, panie Parry – odezwała się Lyra – skąd pan wie, że nasze dajmony odeszły do świata mojego ojca?
– Za życia byłem szamanem. Nauczyłem się widzieć. Spytaj aletheiometr... potwierdzi to, co powiedziałem. Ale jedno zapamiętaj o dajmonach – mówił z naciskiem. – Człowiek, którego znałaś jako sir Charlesa Latroma, musiał co jakiś czas wracać do własnego świata; nie mógł mieszkać na stałe w moim. Filozofowie z gildii Torre degli Angeli, którzy podróżowali pomiędzy światami od ponad trzech stuleci, odkryli tę samą prawdę, a w rezultacie ich świat uległ osłabieniu i zepsuciu. Mnie przytrafiło się coś podobnego. Byłem żołnierzem, oficerem w piechocie morskiej, a potem zarabiałem na życie jako badacz i odkrywca; cieszyłem się znakomitym zdrowiem i doskonałą kondycją. Potem przez przypadek opuściłem własny świat i nie mogłem znaleźć drogi powrotnej. Wiele dokonałem i wiele się nauczyłem w świecie, do którego trafiłem, ale po dziesięciu latach od mojego przybycia zapadłem na śmiertelną chorobę. Przyczyna jest następująca: twój dajmon może żyć w pełni tylko w świecie, gdzie się urodził. Gdzie indziej w końcu zachoruje i umrze. Możemy podróżować, jeżeli znajdziemy przejścia do innych światów, ale żyć możemy tylko we własnym. Wielkie przedsięwzięcie Lorda Asriela w końcu upadnie z tego samego powodu: musimy zbudować republikę niebios tutaj, gdzie jesteśmy, ponieważ dla nas nie ma innego miejsca.
Will, mój chłopcze, ty i Lyra możecie teraz wyjść na krótki odpoczynek, potrzebujecie tego i zasłużyliście na to; ale potem musicie wrócić w ciemność ze mną i panem Scoresbym na tę jedną ostatnią podróż.
Will i Lyra wymienili spojrzenia. Potem on wyciął okno – i to był dla nich najpiękniejszy widok w życiu.
Nocne powietrze wypełniło ich płuca, świeże, czyste i chłodne. Oczy ujrzały olśniewające gwiaździste sklepienie, połyskującą wodę gdzieś w dole i zagajniki potężnych drzew, wysokich jak zamki, rozrzucone tu i tam po rozległej sawannie.
Will powiększył okno, na ile zdołał, przechodząc po trawie w lewo i w prawo. Poszerzył je tak, że sześć, siedem, osiem duchów jednocześnie mogło wychodzić z krainy zmarłych ramię przy ramieniu.
Pierwsze duchy zadrżały z nadzieją i fala podniecenia przeszła po całym długim szeregu; małe dzieci i wiekowi rodzice spoglądali z jednakowym podziwem i zachwytem na pierwsze gwiazdy, które widzieli od wieków, wypełniające blaskiem ich biedne wygłodzone oczy.
Pierwszym duchem, który opuścił krainę zmarłych, był Roger. Zrobił krok do przodu, obejrzał się na Lyrę i zaśmiał ze zdziwieniem, kiedy zaczął się rozpływać w nocy, powietrzu, świetle gwiazd... A potem znikł, pozostawiając po sobie spontaniczny mały wybuch radości, który przypominał Willowi bąbelki w kieliszku szampana.
Inne duchy ruszyły za nim, a Will i Lyra upadli wyczerpani na trawę ciężką od rosy, każdym nerwem swoich ciał błogosławiąc słodycz żyznej gleby, nocnego powietrza, gwiaździstego nieba.