Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 112
Перейти на страницу:

– Szukaj w pobliżu! Jakieś stworzenie pomaga tej kobiecie. Zaatakowało już kilku moich ludzi. Ty widzisz po ciemku. Znajdź je i zabij!

– Coś nadchodzi – oznajmiła czarownica głosem, który dotarł do kryjówki pani Coulter. – Widzę to na północy.

– Nieważne. Znajdź tego stwora i zniszcz! – rozkazał Przewodniczący. – Nie może być daleko. I poszukaj tej kobiety. Ruszaj!

Czarownica wzbiła się w powietrze. Nagle małpa chwyciła panią Coulter za rękę i coś pokazała. To był Lord Roke, leżący na otwartej przestrzeni, na kępce mchu. Jak mogli go nie zauważyć? Ale widocznie coś mu się stało, ponieważ się nie ruszał.

– Idź i przynieś go – rozkazała.

Małpa skuliła się i przemykała od jednego głazu do drugiego, kierując się do małej plamki zieleni wśród skał. Jej złociste futro pociemniało od deszczu i przykleiło się do ciała, dzięki czemu wydawała się mniejsza i mniej widoczna, ale i tak straszliwie rzucała się w oczy.

Tymczasem ojciec MacPhail ponownie odwrócił się do bomby. Inżynierowie z elektrowni dociągnęli już do niej kabel, a technicy dokręcali zaciski i przygotowywali terminale.

Pani Coulter zastanawiała się, co teraz zrobi Przewodniczący, skoro jego ofiara uciekła. Potem ojciec MacPhail obejrzał się przez ramię i zobaczyła wyraz jego twarzy. Była tak napięta i skupiona, że przypominała bardziej maskę niż żywe oblicze. Wargi poruszały się w modlitwie, szeroko otwarte oczy wznosiły się w górę, nie zważając na siekący deszcz; wyglądał całkiem jak ponury hiszpański obraz jakiegoś świętego w męczeńskiej ekstazie. Pani Coulter poczuła nagłe ukłucie strachu, ponieważ dokładnie zrozumiała jego zamiar: zamierzał sam się poświęcić. Bomba zadziała niezależnie od obecności pani Coulter.

Przemykając od skały do skały, złocista małpa dotarła do Lorda Roke.

– Mam złamaną nogę – oznajmił spokojnie Gallivespianin. – Ostatni człowiek na mnie nadepnął. Słuchaj uważnie...

Kiedy złocista małpa go niosła, wyjaśnił dokładnie, gdzie znajduje się komora rezonacyjna i jak ją otworzyć. Właściwie na oczach żołnierzy, krok po kroku, od cienia do cienia dajmon umykał ze swoim drobnym ładunkiem.

Pani Coulter, która obserwowała ich, zagryzając wargi, nagle usłyszała szum powietrza i poczuła mocne uderzenie – w drzewo tuż obok. Sterczała tam drżąca strzała, nie dalej niż na odległość dłoni od lewego ramienia kobiety. Pani Coulter natychmiast rzuciła się w bok, zanim czarownica zdążyła znowu strzelić, i potoczyła się po zboczu w stronę małpy.

A potem wszystko nastąpiło jednocześnie, zbyt szybko: wybuchła strzelanina i kłąb gryzącego dymu wzbił się na zboczu, chociaż pani Coulter nie widziała płomieni. Złocista małpa, widząc swoją panią w niebezpieczeństwie, położyła na ziemi Lorda Roke i skoczyła jej na pomoc dokładnie w chwili, kiedy czarownica spikowała w dół z wyciągniętym nożem. Lord Roke oparł się o najbliższy głaz, a pani Coulter rzuciła się na czarownicę. Mocowały się zawzięcie wśród skał, podczas gdy złocista małpa wyrywała wszystkie igły z gałęzi sosny obłocznej należącej do czarownicy.

Tymczasem Przewodniczący wpychał swoją dajmonę-jaszczurkę do mniejszej ze srebrnych siatkowych klatek. Wyrywała się, skrzeczała i gryzła, ale on strząsnął ją z dłoni i szybko zatrzasnął drzwiczki. Technicy wykonywali ostatnie przygotowania, sprawdzali liczniki i wskaźniki.

Z góry spadła mewa z dzikim wrzaskiem i chwyciła w pazury Gallivespianina. Był to dajmon czarownicy. Lord Roke opierał się zaciekle, ale ptak trzymał go zbyt mocno. Potem czarownica wyrwała się z rąk pani Coulter, złapała postrzępioną sosnową gałąź i skoczyła w powietrze, by dołączyć do swojego dajmona.

Pani Coulter pobiegła w stronę bomby, czując, jak dym atakuje jej nos i gardło: gaz łzawiący. Prawie wszyscy żołnierze padli lub rozbiegli się, kaszląc (skąd się wziął ten gaz? – zadawała sobie pytanie), teraz jednak, kiedy wiatr zaczął go rozwiewać, znowu się gromadzili. Wielki żebrowany brzuch zeppelina wydymał się nad bombą, cumy naprężały się na wietrze, srebrzyste boki ociekały deszczem.

Lecz wtedy gdzieś wysoko rozległ się wrzask tak przeraźliwy, że pani Coulter zadzwoniło w uszach i nawet złocista małpa przywarła do niej w strachu. Sekundę później, wirując w plątaninie białych kończyn, czarnego jedwabiu i zielonych gałęzi, czarownica runęła z nieba prosto do stóp ojca MacPhaila i jej kości głośno chrupnęły o skałę.

Pani Coulter rzuciła się do przodu, żeby zobaczyć, czy Lord Roke przeżył upadek. Ale Gallivespianin był martwy. Jego prawa ostroga tkwiła głęboko w szyi czarownicy.

Sama czarownica jeszcze żyła i jej dygoczące wargi formowały słowa:

– Coś nadchodzi... coś jeszcze... nadchodzi...

To nie miało sensu. Przewodniczący przestępował już nad jej ciałem w drodze do większej klatki. Jego dajmona biegała wzdłuż ścianek mniejszej klatki, srebrna siatka dzwoniła pod jej pazurkami, żałosny głos błagał o litość.

Złocista małpa skoczyła na ojca MacPhaila, ale nie zamierzała atakować: wdrapała się na ramiona mężczyzny, żeby dosięgnąć skomplikowanego serca rurek i przewodów, komory rezonacyjnej. Przewodniczący próbował złapać dajmona, ale pani Coulter chwyciła ramię mężczyzny i zaczęła go odciągać. Nic nie widziała: deszcz zalewał jej oczy, a w powietrzu ciągle unosił się gaz.

I wszędzie dookoła trwała strzelanina: co się działo?

W chybotliwym świetle reflektorów kołysanych wiatrem wszystko wydawało się poruszać, nawet czarne głazy na górskim stoku. Przewodniczący i pani Coulter walczyli zaciekle, bijąc, drapiąc, szarpiąc, ciągnąc, gryząc; on był silny, a ona zmęczona, lecz była również zdesperowana i mogła go odciągnąć, gdyby nie oglądała się na swojego dajmona, który manipulował uchwytami. Czarne ruchliwe łapki obmacywały mechanizm ze wszystkich stron, ciągnęły, przekręcały, sięgały do środka...

Potem pani Coulter otrzymała cios w skroń. Upadła ogłuszona, a Przewodniczący wyrwał się i wgramolił do klatki, zakrwawiony, zamykając za sobą drzwi.

A małpa już otworzyła komorę – szklane drzwiczki na ciężkich zawiasach – i sięgała do środka: tam był lok włosów, tkwiący pomiędzy gumowymi wyściółkami w metalowym zacisku! Pani Coulter podźwignęła się na drżących rękach. Z całej siły potrząsnęła srebrną siatką, patrząc na ostrze, na migające terminale, na mężczynę w środku. Małpa odkręcała zacisk, a Przewodniczący z ponurym uniesieniem na twarzy skręcał razem druty.

Nastąpił silny błysk bieli, ostry trzask i małpa wyleciała wysoko w powietrze. Razem z nią wzniósł się mały złoty obłoczek; czy to były włosy Lyry, czy małpia sierść? Czymkolwiek to było, natychmiast rozpłynęło się w mroku. Pani Coulter na wpół uniosła się z ziemi, spazmatycznie zaciskając prawą rękę na drucianej siatce, w głowie jej huczało, serce waliło jak szalone.

Coś się stało z jej wzrokiem. Spłynęła na nią straszliwa jasność, zdolność widzenia najdrobniejszych szczegółów, i jej oczy skupiły się na jedynym ważnym szczególe we wszechświecie: do gumowej wyściółki zacisku w komorze rezonacyjnej przywarł jeden jedyny ciemnozłoty włos.

Krzyknęła przeraźliwie z rozpaczy i potrząsnęła klatką, resztkami sił próbując strącić włos. Przewodniczący przesunął rękami po twarzy, starł krople deszczu. Poruszył wargami, jakby coś mówił, ale nie słyszała ani słowa. Bezsilnie szarpała za siatkę, a potem rzuciła się całym ciężarem na maszynę, kiedy Przewodniczący połączył druty. Błysnęła iskierka i w całkowitej ciszy lśniące srebrne ostrze runęło w dół.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)