Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Doskonale – powiedział, rozkładając ręce szeroko na stole. – Zatem oto, co zrobimy, kiedy bitwa się rozpocznie. Królu Ogunwe, obejmiesz dowodzenie nad wszystkimi wojskami broniącymi fortecy. Madame Oxentiel, masz natychmiast rozesłać swoich ludzi na poszukiwania dziewczynki i chłopca oraz ich dwóch dajmonów. Kiedy ich znajdziecie, chrońcie ich nawet za cenę życia, dopóki znowu się nie połączą. Wówczas, jak rozumiem, chłopiec będzie mógł uciec do innego bezpiecznego świata.
Madame kiwnęła głową. Światło lamp odbiło się w jej sztywnych siwych włosach, błyszczących jak nierdzewna stal, a błękitny jastrząb, którego odziedziczyła po Lordzie Roke, na chwilę rozpostarł skrzydła na kinkiecie przy drzwiach.
– Teraz Xaphania – powiedział Lord Asriel. – Co wiesz o tym Metatronie? Niegdyś był człowiekiem. Czy nadal posiada fizyczną siłę istoty ludzkiej?
– Doszedł do władzy długo po moim wygnaniu – odparła anielica. – Nigdy nie widziałam go z bliska. Ale nie mógłby opanować królestwa, gdyby nie był naprawdę silny, silny pod każdym względem. Większość aniołów unika walki wręcz. Metatron walczyłby z radością i wygrał.
Ogunwe zauważył, że ta koncepcja zrobiła wrażenie na Lordzie Asrielu. Jego spojrzenie rozmyło się na chwilę, a potem równie nagle wyostrzyło i jeszcze bardziej skupiło.
– Rozumiem – powiedział. – Xaphanio, pan Basilides mówił nam, że ich bomba nie tylko otwarła przepaść pod światami, lecz również naruszyła strukturę materii tak głęboko, że wszędzie powstały szczeliny i pęknięcia. Gdzieś w pobliżu musi istnieć droga na skraj przepaści. Chcę, żebyście ją znaleźli.
– Co zamierzasz zrobić? – zapytał ostro król Ogunwe.
– Zamierzam zniszczyć Metatrona. Lecz moje zadanie jest prawie skończone. To moja córka musi żyć, a my musimy ochronić ją przed wszystkimi siłami królestwa, żeby mogła znaleźć drogę do bezpiecznego świata... Ona, ten chłopiec, i ich dajmony.
– A co z panią Coulter? – zapytał król.
Lord Asriel potarł ręką czoło.
– Nie chcę jej męczyć – powiedział. – Zostawcie ją w spokoju i chrońcie, jeśli to możliwe. Chociaż... może traktuję ją niesprawiedliwie. Cokolwiek zrobiła, nigdy nie przestała mnie zdumiewać. Lecz wszyscy wiemy, co musimy zrobić i dlaczego: musimy chronić Lyrę, dopóki nie znajdzie swojego dajmona i nie ucieknie. Możliwe, że nasza republika powstała wyłącznie w tym jedynym celu: żeby jej pomóc. No więc wypełnijmy nasze zadanie jak najlepiej.
Pani Coulter leżała w łóżku Lorda Asriela w sąsiednim pokoju. Słysząc głosy za ścianą, drgnęła, ponieważ nie zasnęła głęboko. Ocknęła się z niespokojnej drzemki roztrzęsiona i zbolała od tęsknoty.
Jej dajmon siedział obok, ale nie chciała przysuwać się do drzwi; chciała po prostu słyszeć głos Lorda Asriela, nie jakieś konkretne słowa. Pomyślała, że oboje są zgubieni. Pomyślała, że wszyscy są zgubieni.
Wreszcie usłyszała stuknięcie drzwi w drugim pokoju i podniosła się z łóżka.
– Asrielu – powiedziała, wchodząc w ciepły blask naftowej lampy.
Jego dajmona warknęła cicho; złocista małpa nisko spuściła łeb, żeby ją ugłaskać. Lord Asriel zwijał wielką mapę i nie odwrócił głowy.
– Asrielu, co się stanie z nami wszystkimi? – zapytała pani Coulter, siadając na krześle.
Przycisnął nadgarstki do oczu. Twarz miał szarą ze zmęczenia. Usiadł i oparł łokieć na stole. Oba dajmony zamarły w bezruchu: małpa przykucnęła na poręczy krzesła, irbisica siedziała wyprostowana i czujna obok Lorda Asriela, bez mrugnięcia obserwując panią Coulter
– Nie słyszałaś? – zapytał.
– Trochę słyszałam. Nie mogłam spać, ale nie podsłuchiwałam. Gdzie jest Lyra, czy ktoś wie?
– Nie.
Wciąż nie odpowiedział na jej pierwsze pytanie i nie zamierzał; wiedziała o tym.
– Powinniśmy byli się pobrać – powiedziała – i sami ją wychować.
Ta uwaga była tak niespodziewana, że aż zamrugał. Jego dajmona wydała najcichszy pomruk z głębi gardła i położyła się z wyciągniętymi łapami, w pozycji sfinksa. Nadal milczał.
– Nie mogę znieść myśli o zapomnieniu – wyznała. – Wszystko, tylko nie to. Dawniej myślałam, że ból byłby gorszy... wieczne tortury... Myślałam, że to dużo gorsze... Ale dopóki zachowujesz świadomość, to jest lepsze, prawda? To lepiej niż nie czuć nic, tylko odejść w ciemność, gdzie wszystko zniknie na zawsze.
Wystarczało jej, że miała słuchacza. Lord Asriel wbił spojrzenie w jej oczy i słuchał z wytężoną uwagą; nie potrzebowała odpowiedzi.
– Tamtego dnia, kiedy mówiłeś o niej z taką goryczą, i o mnie... Pomyślałam, że jej nienawidzisz. Rozumiałam, że mogłeś znienawidzić mnie. Nigdy nie czułam do ciebie nienawiści, ale rozumiałam... Wiedziałam, dlaczego mogłeś mnie znienawidzić. Ale nie rozumiałam, dlaczego nienawidzisz Lyry.
Powoli odwrócił wzrok, a potem znowu na nią spojrzał.
– Pamiętam, jak powiedziałeś coś dziwnego, na Svalbardzie, na szczycie góry, tuż zanim opuściłeś nasz świat – ciągnęła. – Powiedziałeś: „Chodź ze mną, a zniszczymy Pył na zawsze”. Pamiętasz? Ale nie to miałeś na myśli. Chodziło ci o coś dokładnie przeciwnego, prawda? Teraz rozumiem. Dlaczego mi nie powiedziałeś, co naprawdę robisz? Dlaczego mi nie powiedziałeś, że w istocie próbujesz zachować Pył? Mogłeś wyznać mi prawdę.
– Chciałem, żebyś przyłączyła się do mnie – powiedział cicho, ochrypłym głosem. – Myślałem, że będziesz wolała kłamstwo.
– Tak – szepnęła – ja też tak myślałam.
Nie mogła usiedzieć spokojnie, ale nie miała siły wstać. Na chwilę ogarnęła ją słabość, zakręciło jej się w głowie, dźwięki przycichły, pokój pociemniał, ale niemal natychmiast powróciła ostrość postrzegania, jeszcze bardziej bezlitosna niż przedtem, i nic się nie zmieniło.
– Asrielu... – wymamrotała.
Złocista małpa nieśmiało wyciągnęła łapę, żeby dotknąć łapy irbisicy. Mężczyzna patrzył bez słowa, Stelmaria nie drgnęła, wpatrując się w panią Coulter.
– Och, Asrielu, co się z nami stanie? – powtórzyła pani Coulter. – Czy to koniec wszystkiego?
Nie odpowiedział.
Poruszając się jak we śnie, wstała, podniosła plecak leżący w kącie pokoju i sięgnęła do środka po pistolet. Nie wiadomo, co zrobiłaby potem, ponieważ w tej samej chwili rozległ się tupot nóg biegnących po schodach.
Kobieta, mężczyzna i oba dajmony odwrócili się do adiutanta, który wpadł do pokoju i wydyszał:
– Przepraszam, mój panie. Te dwa dajmony... Widziano je niedaleko wschodniej bramy... W postaci kotów... Wartownik próbował z nimi rozmawiać, zabrać je do środka, ale nie chciały podejść bliżej. Dosłownie przed minutą...
Lord Asriel wyprostował się, przeobrażony. Całe zmęczenie w jednej chwili znikło z jego twarzy. Zerwał się na nogi i chwycił płaszcz.
Ignorując panią Coulter, zarzucił płaszcz na ramiona i zwrócił się do adiutanta:
– Natychmiast zawiadom Madame Oxentiel. Przekaż ten rozkaz: Nie wolno straszyć dajmonów, grozić im ani przywabiać. Każdy, kto je zobaczy, powinien najpierw...
Pani Coulter nie usłyszała więcej, ponieważ Lord Asriel zbiegał już po schodach. Kiedy tupot jego nóg również ucichł, jedynym dźwiękiem pozostało syczenie lampy naftowej i skowyt wichru za murami.
Oczy pani Coulter napotkały oczy dajmona. Spojrzenie złotej małpy wyrażało treści równie subtelne i złożone jak zawsze, przez trzydzieści pięć lat wspólnego życia.
– Doskonale – powiedziała pani Coulter. – Nie widzę innego wyjścia. Chyba... chyba zrobimy tak...
Dajmon od razu zrozumiał, co miała na myśli. Skoczył na jej piersi i objęli się mocno. Potem pani Coulter wzięła swój podbity futrem płaszcz, cicho wyszli z komnaty i zeszli po ciemnych schodach.