Ciemność, wszechogarniająca czerń napierała na oczy tak mocno, że Lyra niemal czuła ciężar tysięcy ton skał nad głową. Jedyne światło wydzielał luminescencyjny ogon ważki lady Salmakii, lecz nawet ono bladło, ponieważ nieszczęsne owady nie znalazły w tym świecie nic do jedzenia; ważka kawalera zdechła niedawno.
Tak więc Tialys siedział na ramieniu Willa, a Lyra trzymała w dłoniach ważkę Salmakii, która szeptem uspokajała drżące stworzenie i karmiła je najpierw okruchami ciastek, a potem własną krwią. Gdyby Lyra to zobaczyła, ofiarowałaby swoją, ponieważ miała jej więcej; lecz skupiała całą uwagę na wyszukiwaniu miejsca do bezpiecznego postawienia stóp i wymijaniu najniższych fragmentów sklepienia.
Harpia Bez-Imienia zaprowadziła ich do systemu jaskiń, przez które dotrą, jak zapewniała, do najbliższego miejsca w krainie zmarłych, skąd można otworzyć okno do innego świata. Za nimi ciągnęła niekończąca się kolumna duchów. Tunel wypełniały szepty, kiedy przodownicy popędzali maruderów, dzielni zachęcali lękliwych, starzy dodawali nadziei młodym.
– Czy daleko jeszcze, Bez-Imienia? – zapytała cicho Lyra. – Biedna ważka zdycha i wkrótce zostaniemy bez światła.
Harpia zatrzymała się i odwróciła, żeby odpowiedzieć:
– Po prostu idź za mną. Jeśli nie widzisz, zdaj się na słuch. Jeśli nie słyszysz, zdaj się na dotyk.
Jej oczy gorzały płomieniem w ciemnościach. Lyra kiwnęła głową i powiedziała:
– Dobrze, ale nie jestem taka silna jak dawniej i nie jestem dzielna, w każdym razie nie bardzo. Proszę, nie zatrzymuj się. Pójdę za tobą... wszyscy pójdziemy. Proszę, idź dalej, Bez-Imienia.
Harpia odwróciła się i ruszyła dalej. Luminescencja ważki słabła z minuty na minutę i Lyra wiedziała, że wkrótce światło całkiem zgaśnie.
Lecz kiedy kuśtykała po kamieniach, jakiś głos przemówił tuż obok – znajomy głos.
– Lyro... Lyro, dziecko... Odwróciła się uradowana.
– Pan Scoresby! Och, tak się cieszę, że pana słyszę! To naprawdę pan... Nie widzę, tylko... Och, chciałabym pana dotknąć!
W słabiutkim świetle dostrzegła chudą sylwetkę i sardoniczny uśmiech teksańskiego aeronauty i jej ręka sama wyciągnęła się do niego – na próżno.
– Ja też, skarbie. Ale posłuchaj mnie... Oni tam knują przeciwko tobie... nie pytaj mnie w jaki sposób. Czy to jest ten chłopiec z nożem?
Will patrzył na niego, pragnąc zobaczyć starego towarzysza Lyry; lecz teraz jego wzrok przesunął się obok Lee i zatrzymał na duchu stojącym dalej. Lyra od razu rozpoznała tę dorosłą wersję Willa – ta sama wystająca szczęka, ten sam sposób trzymania głowy.
Willowi zabrakło słów, ale jego ojciec przemówił:
– Słuchajcie... nie ma czasu na wyjaśnienia... Zróbcie dokładnie to, co każę. Wyjmij nóż i znajdź miejsce na głowie Lyry, skąd odcięto pukiel włosów.
Mówił naglącym tonem, więc Will nie tracił czasu na pytania. Lyra, z oczami rozszerzonymi niepokojem, podniosła ważkę jedną ręką, a drugą pomacała włosy.
– Nie – zaprotestował Will – zabierz rękę... nic nie widzę.
W słabym blasku zobaczył tuż nad jej lewą skronią kępkę włosów krótszych niż pozostałe.
– Kto to zrobił? – zapytała Lyra. – I...
– Sza – uciszył ją Will i zwrócił się do ojca: – Co mam robić?
– Zetnij te krótsze włosy do gołej skóry. Pozbieraj wszystkie starannie, żeby nie brakowało ani jednego włosa. Potem otwórz inny świat, obojętnie jaki, włóż tam włosy i zamknij go. Zrób to zaraz, natychmiast.
Harpia patrzyła; duchy tłoczyły się jak najbliżej. Lyra widziała w mroku ich blade twarze. Wystraszona i oszołomiona, stała, zagryzając wargi, kiedy Will wykonywał polecenie ojca, przysuwając twarz blisko do czubka noża w nikłym świetle ważki. Wyciął niewielkie zagłębienie w skale innego świata, wsypał tam wszystkie krótkie złociste włoski i włożył skałę z powrotem na miejsce, zanim zamknął okno.
A wtedy grunt zaczął dygotać. Gdzieś bardzo głęboko rozległ się zgrzytliwy, jękliwy hałas, jakby cały środek ziemi obracał się niczym gigantyczny kamień młyński. Ze sklepienia tunelu posypały się małe kamyki. Ziemia nagle przechyliła się na bok. Will chwycił Lyrę za ramię i przywarli do siebie, a skała pod ich stopami zaczęła się poruszać i przesuwać, luźne odłamki obijały im łydki i stopy...
Dwoje dzieci, osłaniając Gallivespian, przykucnęło i zakryło głowy rękami; a potem przez jedną straszliwą chwilę zostali uniesieni w lewo i trzymali się kurczowo jedno drugiego, zbyt wstrząśnięci i przerażeni, żeby krzyczeć. Uszy wypełnił im huk tysięcy ton skał, przewalających się pod nimi.
Wreszcie ruch ustał, chociaż wszędzie wokół nich mniejsze głazy wciąż toczyły się, koziołkując po zboczu, którego tu nie było jeszcze przed minutą. Lyra leżała na lewym ramieniu Willa. Prawą ręką poszukał noża i znalazł go przy pasie.
– Tialys? Salmakia? – zapytał drżącym głosem.
– Jesteśmy cali i zdrowi – odpowiedział głos kawalera przy jego uchu.
Powietrze wypełniał kurz i kordytowy zapach zmiażdżonej skały. Nic nie widzieli, prawie nie mogli oddychać; ważka nie żyła.
– Panie Scoresby? – odezwała się Lyra. – Nic nie widzimy... Co się stało?
– Jestem tutaj – odpowiedział głos Lee w pobliżu. – Chyba bomba wybuchła i nie trafiła.
– Bomba?! – zawołała przestraszona Lyra; ale potem zapytała: – Roger, jesteś tam?
– Tak – rozległ się cichutki szept. – Pan Parry mnie uratował. Spadałem, ale on mnie złapał.