Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaLord Roke opuścił się na rękach po gęstym futrze wewnątrz płaszcza, aż dotarł do obrąbka na wysokości kolan kobiety. Tam zawisnął i rozejrzał się dookoła.
Zainstalowano reflektor, który rzucał jaskrawy blask na mokre skały. Lecz kiedy Lord Roke spojrzał w dół, szukając cieni, zobaczył, że blask zaczyna kołysać się na boki w podmuchach wiatru. Usłyszał okrzyk i światło nagle zgasło.
Natychmiast opadł na ziemię i popędził przez zacinający deszcz ze śniegiem w stronę sierżanta, który skoczył do przodu, żeby złapać przewracający się reflektor.
W zamieszaniu Lord Roke wskoczył na nogę przebiegającego obok wielkiego mężczyzny, chwycił się kamuflującej bawełny wojskowych spodni – ciężkiej i przemoczonej na deszczu – i wbił ostrogę w ciało tuż nad butem.
Sierżant wydał zdławiony okrzyk i upadł niezdarnie, chwytając się za nogę. Nie mógł złapać tchu, próbował wezwać pomoc. Lord Roke zeskoczył z padającego ciała.
Nikt niczego nie zauważył: wycie wiatru, ryk silników i bębnienie gradu zagłuszyły okrzyk mężczyzny, a ciemność skryła upadek. Lecz w pobliżu byli inni, więc Lord Roke musiał działać szybko. Podbiegł do przewróconego człowieka z boku, gdzie pęk kluczy leżał w kałuży lodowatej wody, i przerzucał wielkie stalowe trzpienie, grube jak jego ramię i w połowie tak długie jak on, aż znalazł ten owinięty czarną taśmą. A potem musiał walczyć z zapięciem kółka, wystawiony na ryzyko trafienia gradem, śmiertelnym dla Gallivespianina. Lodowe kulki były wielkie jak jego dwie pięści.
– Nic panu nie jest, sierżancie? – zapytał nagle ktoś nad jego głową.
Dajmona żołnierza warczała i obwąchiwała sierżanta, który jakby zapadł w stupor. Lord Roke nie mógł czekać: skok, cios ostrogą i drugi mężczyzna upadł obok sierżanta.
Ciągnąc, napierając, szarpiąc, Lord Roke wreszcie otworzył kółko na klucze. Potem musiał zdjąć sześć innych kluczy, zanim dostał się do tego z czarną taśmą. Teraz w każdej chwili mogli znowu zapalić światła, ale nawet w półmroku musieli zauważyć dwóch nieprzytomnych mężczyzn...
Właśnie unosił klucz, kiedy rozległ się krzyk. Lord Roke z całej siły pociągnął masywny trzpień i, wlokąc ciężar za sobą, skrył się za kamieniem w ostatniej chwili, zanim załomotały wojskowe buty i głosy zawołały o światło.
– Postrzał?
– Nic nie słyszałem...
– Oddychają?
Potem zapłonął reflektor, zamocowany na nowo. Lord Roke został przyłapany na otwartej przestrzeni, równie widoczny jak lis w przednich światłach samochodu. Stał bez ruchu, strzelając oczami na lewo i prawo, i dopiero kiedy się upewnił, że wszyscy patrzą tylko na dwóch mężczyzn tak tajemniczo powalonych, zarzucił sobie klucz na ramię i pobiegł, omijając kałuże i głazy, prosto do pani Coulter.
Sekundę później otworzyła swoje kajdanki i bezgłośnie opuściła je na ziemię. Lord Roke wskoczył na skraj jej płaszcza i wspiął się na ramię.
– Gdzie jest bomba? – zapytał tuż przy jej uchu.
– Właśnie ją wyładowują. Tam, na ziemi, w wielkiej skrzyni. Nie mogę nic zrobić, dopóki jej nie wyjmą, i nawet wtedy...
– Dobrze – powiedział – uciekaj. Ukryj się. Zostanę tutaj i popilnuję. Uciekaj!
Zsunął się na jej rękaw i zeskoczył. Pani Coulter bez słowa odsunęła się od światła, najpierw powoli, żeby nie zwrócić uwagi strażnika, a potem skuliła się i pobiegła w smaganą deszczem ciemność na zboczu, poprzedzana przez złocistą małpę, która rozpoznawała drogę.
Za sobą słyszała nieprzerwany ryk silników, zdumione okrzyki i silny głos Przewodniczącego, który próbował zaprowadzić porządek w tym chaosie. Przypomniała sobie długi, dotkliwy ból i halucynacje, na które cierpiała po ukłuciu ostrogą kawalera Tialysa, i pożałowała dwóch mężczyzn.
Wkrótce jednak wspięła się wyżej po mokrych głazach i widziała w dole tylko drżący blask reflektora, odbity od wielkiego krągłego brzucha zeppelina; a potem światło znowu zgasło i słyszała tylko ryk silników, daremnie usiłujących zagłuszyć wiatr i szum wodospadu.
Inżynierowie z hydro-anbarycznej elektrowni usiłowali przeciągnąć kabel zasilający do bomby nad krawędzią wąwozu.
Problem pani Coulter nie polegał na tym, jak ujść z życiem z tej sytuacji; to była drugorzędna kwestia. Problem polegał na tym, jak wydostać włosy Lyry z bomby, zanim ją zdetonują. Lord Roke spalił włosy z koperty po jej aresztowaniu i rozrzucił popioły na nocnym wietrze; a potem dostał się do laboratorium i widział, jak umieścili mały ciemnozłoty loczek w komorze rezonacyjnej. Dokładnie znał położenie komory i wiedział, jak ją otworzyć, ale jaskrawe światło i błyszczące powierzchnie w laboratorium, nie wspominając o ciągle wchodzących i wychodzących technikach, uniemożliwiły mu działanie.
Więc musieli usunąć włosy już po uzbrojeniu bomby.
Zadanie okazało się jeszcze trudniejsze ze względu na to, co Przewodniczący zamierzał zrobić z panią Coulter. Energia bomby pochodziła z przecięcia więzi pomiędzy człowiekiem a dajmonem, co oznaczało ohydny proces rozdzielenia: siatkowe klatki, srebrna gilotyna. Ojciec MacPhail chciał przerwać stałe połączenie pomiędzy nią a złotą małpą i wykorzystać energię uwolnioną w ten sposób do unicestwienia jej córki. Ona i Lyra zginą z powodu jej własnego wynalazku. Przynajmniej stosownie, pomyślała.
Lord Roke był jej jedyną nadzieją. Lecz podczas szeptanej narady w zeppelinie zdradził jej tajemnicę swoich trujących ostróg: nie mógł używać ich często, bo z każdym ukłuciem jad robił się słabszy. Potrzebował całego dnia, żeby w pełni odtworzyć skuteczność trucizny. Wkrótce jego główna broń straci moc rażenia i wtedy pozostanie im tylko siła umysłów.
Pani Coulter znalazła schronienie pod skalną przewieszką, obok korzeni świerka uczepionego krawędzi wąwozu, skąd mogła się rozejrzeć.
Z tyłu i powyżej, na skraju przepaści, wystawiona na pełną siłę wiatru, stała elektrownia. Inżynierowie instalowali oświetlenie, żeby łatwiej doprowadzić kabel do bomby; słyszała niedaleko ich głosy wykrzykujące rozkazy i widziała za drzewami chybotliwe światła. Sam kabel, gruby jak męskie ramię, odwijano z gigantycznej szpuli umieszczonej na ciężarówce w górze zbocza i powoli opuszczano po skałach w takim tempie, że powinien dotrzeć do bomby za pięć minut lub nawet szybciej.
Przy zeppelinie ojciec MacPhail zebrał żołnierzy. Kilku stało na straży, spoglądając w deszczową ciemność z karabinami w pogotowiu, podczas gdy inni otwierali drewnianą skrzynię zawierającą bombę i przygotowywali ją do podłączenia kabla. W blasku reflektorów Pani Coulter widziała wyraźnie ociekającą deszczem, niezgrabną maszynerię, lekko przechyloną na skalnym podłożu. Słyszała trzaski wysokiego napięcia i buczenie reflektorów, których przewody kołysały się na wietrze w górę i w dół, rozpryskując deszcz i rzucając cienie na skalne zbocze niczym groteskowe skakanki.
Pani Coulter przerażająco dobrze znała część sprzętu: druciane klatki, srebrne ostrze gilotyny. Reszta aparatury nic jej nie przypominała; nie dostrzegała żadnej prawidłowości w cewkach, cylindrach, rzędach izolatorów, plątaninie rurek. Jednak gdzieś w tym chaosie znajdował się mały loczek włosów, od którego wszystko zależało.
Po lewej stronie zbocze opadało w ciemność, a daleko w dole błyskał bielą i grzmiał wodospad w Saint-Jean-les-Eaux.
Nagle rozległ się krzyk. Jeden z żołnierzy upuścił karabin, zatoczył się do przodu i upadł na ziemię, kopiąc, rzucając się i jęcząc z bólu. W odpowiedzi Przewodniczący wzniósł oczy w niebo, przyłożył ręce do ust i wydał przenikliwy wrzask.
Co on robi?
Po chwili pani Coulter już wiedziała. Ni mniej, ni więcej, tylko czarownica sfrunęła z nieba i wylądowała obok Przewodniczącego, który zawołał, przekrzykując wiatr: