Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Patrzcie – powiedział duch Johna Parry'ego. – Ale trzymajcie się skały i nie wykonujcie żadnych ruchów.
Kurz opadał i skądś dochodziło światło: dziwny blado-złoty blask, jakby padał na nich drobny świetlisty deszcz. To wystarczyło, żeby napełnić strachem ich serca, ponieważ blask oświetlał miejsce leżące po lewej, gdzie wszystko spadało – czy raczej spływało jak rzeka przez próg wodospadu.
Była to rozległa czama pustka, przypominająca szyb wykuty w najgłębszej ciemności. Złote światło spływało do niego i gasło. Widzieli drugi brzeg, znacznie dalej, niż Will mógł dorzucić kamieniem. Po prawej osypisko surowych głazów, zamarłych w chwiejnej równowadze, wznosiło się stromo w pylisty mrok.
Dzieci i ich towarzysze tkwili uczepieni nawet nie półki – ledwie kilku występów na skraju przepaści. Jedyna droga prowadziła do przodu, w poprzek zbocza, wśród potrzaskanych skał i chybotliwych głazów, które – zdawało się – runą w dół od najlżejszego dotknięcia.
Za nimi, w miarę jak kurz opadał, coraz więcej duchów wpatrywało się w przepaść ze zgrozą. Kuliły się na zboczu, nie śmiejąc się ruszyć, jak sparaliżowane. Tylko harpie nie okazywały strachu; wzbiły się w powietrze i szybowały wysoko, przeprowadzały rekonesans, z tyłu dodawały otuchy tym tkwiącym jeszcze w tunelu, z przodu szukały drogi wyjścia.
Lyra sprawdziła aletheiometr: był cały. Tłumiąc lęk, rozejrzała się, odnalazła wzrokiem twarzyczkę Rogera i powiedziała:
– No dobrze, wszyscy tu jesteśmy, nic nam się nie stało. I teraz przynajmniej widzimy. Więc chodźmy dalej. Możemy iść tylko po krawędzi tego... – wskazała przepaść. – Więc po prostu musimy iść do przodu. Przysięgam, że Will i ja nie ustaniemy. Więc nie bójcie się, nie poddawajcie, nie ociągajcie. Powiedzcie innym. Nie mogę oglądać się za siebie przez cały czas, bo muszę patrzeć pod nogi, więc ufam wam, że pójdziecie za nami, zgoda?
Mały duch kiwnął głową. I tak w milczeniu pełnym przerażenia kolumna zmarłych rozpoczęła wędrówkę skrajem otchłani. Jak długo to trwało, nie wiedzieli ani Will, ani Lyra, lecz żadne z nich nigdy nie miało zapomnieć tej strasznej i niebezpiecznej przeprawy. W dole panowała ciemność tak głęboka, że zdawała się wsysać wzrok i wywoływała u patrzących upiorne zawroty głowy. Starali się patrzeć prosto przed siebie, na tę skałę, tę niszę, ten występ, to osypisko żwiru; ale otchłań kusiła, przyciągała wzrok i mimo woli wciąż tam spoglądali, czując, że tracą równowagę, świat kołysze się przed oczami i okropne mdłości podchodzą do gardła.
Od czasu do czasu żywi oglądali się za siebie i widzieli nieskończony szereg zmarłych wychodzących ze szczeliny, przez którą przeszli; matki przyciskały do piersi twarzyczki niemowląt, wiekowi ojcowie człapali powoli, małe dzieci czepiały się kobiecych spódnic, więksi chłopcy i dziewczynki w wieku Rogera szli ostrożnie i wytrwale, tak wielu ich... A wszyscy podążali za Lyrą i Willem z nadzieją, w stronę otwartej przestrzeni.
Lecz nie wszyscy im ufali. Tłoczyli się tuż za nimi i dzieci czuły zimne dłonie w sercach i wnętrznościach, słyszały złośliwe szepty:
– Gdzie jest ten górny świat? Jak długo jeszcze?
– Boimy się!
– Niepotrzebnie tu przyszliśmy... w krainie zmarłych przynajmniej mieliśmy trochę światła i trochę towarzystwa... Tu jest dużo gorzej!
– Źle zrobiliście, że przybyliście do naszej krainy! Powinniście zostać we własnym świecie i zaczekać na swoją śmierć, zanim przyszliście nam szkodzić!
– Jakim prawem nas prowadzicie? Jesteście tylko dziećmi! Kto wam dał pozwolenie?
Will chciał się odwrócić i przepędzić ich, ale Lyra przytrzymała go za ramię.
– Oni są wystraszeni i nieszczęśliwi – powiedziała. Potem przemówiła lady Salmakia i jej czysty, spokojny głos rozniósł się daleko w wielkiej pustce:
– Przyjaciele, bądźcie dzielni! Trzymajcie się razem i nie ustawajcie! Droga jest trudna, ale Lyra ją odnajdzie. Cierpliwości, nie martwcie się, wyprowadzimy was stąd, bez obawy!
Lyra sama doznała otuchy, słysząc te słowa, bo taki był zamiar lady Salmakii. I wędrowali dalej z mozołem.
– Will – odezwała się Lyra po kilku minutach – słyszysz ten wiatr?
– Tak, słyszę – odparł. – Ale go nie czuję. I coś ci powiem o tej dziurze tam w dole. To taka sama dziura, jak wtedy, gdy wycinam okno. Ten sam rodzaj krawędzi. Taka krawędź jest wyjątkowa – kto raz jej dotknie, już nigdy nie zapomni. I widzę ją tam, gdzie skała opada w ciemność. Ale ta wielka przestrzeń w dole nie jest zwykłym światem. Różni się od innych światów. Nie podoba mi się. Chciałbym ją zamknąć. – Nie zamknąłeś wszystkich okien, które zrobiłeś?
– Nie, bo niektórych nie mogłem. Ale wiem, że powinienem. Źle się dzieje, jeśli zostają otwarte. A takie wielkie okno... – Wskazał w dół, nie chcąc patrzeć. – To nie w porządku. Coś złego się stanie.
Podczas gdy oni rozmawiali, trochę dalej odbywała się inna rozmowa: kawaler Tialys konwersował po cichu z duchami Lee Scoresby'ego i Johna Parry'ego.
– Więc co mówisz, John? – zagadnął Lee. – Że nie powinniśmy wyjść na powietrze? Człowieku, każda moja cząstka aż piszczy, żeby dołączyć do reszty żywego wszechświata!
– Tak, moja też – przyznał ojciec Willa. – Ale wierzę, że ci z nas, którzy nawykli do walki, mogą się powstrzymać i możemy wziąć udział w bitwie po stronie Asriela. A jeśli wybierzemy właściwy moment, nasz udział może się okazać decydujący.
– Duchy? – rzucił Tialys, bez powodzenia próbując ukryć sceptycyzm. – Jak możecie walczyć?
– Nie możemy zrobić krzywdy żywym istotom, to prawda. Lecz armia Asriela zmierzy się także z innymi istotami.
– Upiory... – podpowiedział Lee.
– Właśnie o tym myślałem. Atakują dajmony, prawda? A nasze dajmony dawno odeszły. Warto spróbować, Lee.
– No, jestem z tobą, przyjacielu.
– A ty, panie – zwrócił się duch Johna Parry'ego do kawalera: – Rozmawiałem z duchami twojego ludu. Czy pożyjesz dostatecznie długo, żeby jeszcze zobaczyć świat, zanim umrzesz i powrócisz jako duch?
– To prawda, nasze życie trwa krótko w porównaniu z waszym. Przeżyję jeszcze kilka dni – oznajmił Tialys – a lady Salmakia może trochę dłużej. Lecz dzięki tym dzieciom nie pozostaniemy wiecznie na wygnaniu jako duchy. Jestem dumny, że im pomagam.
Wędrowali dalej. Ohydna przepaść ziała u ich stóp i jeden fałszywy krok, jeden niedbały chwyt, jeden obluzowany kamień groziły upadkiem w dół – pomyślała Lyra – tak głęboko, że człowiek umarłby z głodu, zanim dotarłby do dna, a potem jego biedna dusza spadałaby bez końca w czarną otchłań, bez szans na pomoc, bo żadne ręce nie sięgną tam i nie uratują ofiary, świadomej i spadającej przez wieczność...
Och, to byłoby znacznie gorsze niż martwy szary świat, który opuścili.
Dziwne zjawisko zaszło wtedy w jej umyśle. Myśl o spadaniu wywołała zawrót głowy i Lyra zachwiała się na skraju przepaści. Will był za daleko, żeby mogła chwycić jego rękę; ale w tamtej chwili bardziej pamiętała o Rogerze i mały ognik próżności zapłonął przelotnie w jej sercu. Pewnego razu na dachu Kolegium Jordana, tylko żeby go nastraszyć, pokonała zawrót głowy i przeszła po krawędzi kamiennej rynny.
Obejrzała się, żeby mu o tym przypomnieć. Przecież była Lyrą Rogera, odważną i pełną wdzięku; nie musiała pełzać jak robak.
Ale szepczący głos małego chłopca powiedział:
– Lyro, uważaj... Pamiętaj, że nie umarłaś jak my...
I wszystko stało się tak powoli, ale nie mogła tego powstrzymać: ciężar jej ciała przesunął się, kamienie uciekły jej spod nóg i bezradnie zaczęła się ześlizgiwać. W pierwszej chwili to ją rozzłościło, potem rozśmieszyło. Jak głupio! – pomyślała. Lecz ponieważ nie miała się czego przytrzymać, bo kamienie nie dawały jej oparcia i coraz szybciej zjeżdżała ku krawędzi, zgroza uderzyła w nią jak obuchem. Spadała. Nic nie mogło jej zatrzymać. Już było za późno.