Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 104
Перейти на страницу:

— Dajże mi spokój — zaprotestował Celt. — Trzeba czegoś więcej niż odrobiny słońca, żeby mnie powalić. — Lecz Skaurus zauważył, że postąpił zgodnie z radą lekarza.

Przy doskonałej glebie, obfitości wody i upalnym słońcu nic dziwnego, że tutaj znajdował się spichlerz Imperium. Ziemię okrywał płaszcz roślin uprawnych w rozmaitych odcieniach zieleni. Ciągnęły się tutaj pola pszenicy, prosa, owsa i jęczmienia, i inne, gdzie rósł len i bawełna, którą Gorgidas uparcie nazwał „ziemną wełną”. Sady rodziły figi, brzoskwinie, śliwki i egzotyczne owoce cytrusowe. Jako że żadne z tych ostatnich nie były pospolite na zachodnim obszarze Morza Śródziemnego, Marek miał kłopoty z odróżnieniem jednych od drugich — dopóki nie wgryzł się w cytrynę, sądząc, że to pomarańcza. To go nauczyło.

Winnice występowały tutaj rzadko; przeszkadzała zbyt żyzna gleba i zbytnia obfitość wody. Skaurus nie widział też zbyt wielu drzew oliwnych, aż do chwili, kiedy mniej więcej dzień drogi od Garsavru teren nie zaczaj wznosić się ku płaskowyżowi.

Lud, który uprawiał tę żyzną równinę, okazał się dla trybuna takim samym objawieniem jak jego kraj. Nigdy nie widział ludzi tak cichych, statecznych i pracowitych jak tutejsi. Przywykł do krzykliwych mieszkańców stolicy Videssos, z ich hałaśliwym, nie baczącym na nic sposobem chodzenia, z ich butnym mniemaniem o swej wyższości nad resztą rodzaju ludzkiego i z ich nieustanną huśtawką nastrojów. Niejednokrotnie zastanawiał się, w jaki sposób Imperium potrafiło rozwijać się w dobrobycie przez tak wiele stuleci, mając za budulec tak niesforny materiał.

Ubawiło to Gorgidasa, kiedy powiedział mu o tym którejś nocy. Grecki lekarz zawsze brał udział w nie kończących się rozmowach toczonych wokół ognisk obozowych Rzymian. Rzadko opuszczał obóz po zapadnięciu zmierzchu. Skaurus wiedział, że Gorgidas nie ma kobiety, lecz wykorzystuje towarzystwo legionistów, by nie dopuszczać do siebie uczucia osamotnienia.

Teraz zauważył: — Równie dobrze mógłbyś osądzić Italię według pieczeniarzy tłoczących się w sądach Rzymu. Od chwili, kiedy Videssos ma swoje imperium, imperatorzy psuli mieszkańców stolicy, by zyskać sobie ich przychylność. Zresztą trudno ich za to winić — sądząc z zamieszek sprzed kilku tygodni odpowiedzieliby głową, gdyby przestali rozpieszczać pospólstwo. Nie zapominaj; Imperium trwa już bardzo długo; mieszkańcy stolicy uważają luksus za należne im prawo.

Trybun przypomniał sobie narzekania Katona ponad wiek przed jego urodzeniem, że piękny chłopiec może kosztować więcej niż działka ziemi, a dzban zagranicznego pachnidła więcej niż oracz. Rzym nie mniej polubił przyjemności w ciągu minionych lat. Jak brzmiał ten dowcip o Cezarze powtarzany za Kurionem Starszym? — że jest „mężem wszystkich kobiet i żoną wszystkich mężczyzn”. Skaurus potrząsnął głową, zastanawiając się, jaki będzie Rzym po stuleciach występowania w roli stolicy imperium.

Garsavrowi, do którego armia dotarła dziewiątego dnia od opuszczenia Videssos, daleko było do pozycji imperialnej stolicy. W rzeczywistości miasto było jeszcze mniejsze niż Imbros. Dzięki swemu położeniu u zbiegu rzek stanowiło centrum handlowe dla znacznej części zachodnich ziem. Niemniej jednak, kiedy siły ekspedycyjne rozłożyły się obozem wokół miasta, zwiększyło to ponad dwukrotnie liczbę mieszkańców Garsavru.

Kontury miasta miały w sobie coś dziwnego. Marek nie potrafił dokładnie określić, na czym polega owa osobliwość. Za to Gajusz Filipus nie miał żadnych wątpliwości. — Niech mnie diabli porwą! — powiedział. — To cholerne miasto nie ma murów!

Miał rację; domy Garsavru, jego sklepy i publiczne budowle stały odsłonięte przed otaczającym je światem, bezbronne wobec jakiegokolwiek ataku. Bardziej niż cokolwiek innego, co dotychczas widział w Imperium, unaoczniło to Markowi osiągnięcia Videssos. Imbros, nawet sama stolica, musiały odpierać barbarzyńców z pomocy, lecz kraj, który osłaniały, zaznawał spokoju od tak dawna, że nawet zapomniał o fortyfikacjach.

Ze swym umysłem drapieżcy, Viridoviks natychmiast dostrzegł drugą stronę medalu. — Czy to nie będą rozkoszne chwile dla Yezda, kiedy rzucą się na miasto takie bezbronne i odsłonięte? Doprawdy, grzbiety ich biednych koników nie wytrzymają ciężaru łupów, które stąd wyniosą.

Myśl o wilkach Avshara pustoszących tę spokojną, żyzną krainę wystarczyła niemal, by Skaurus poczuł się fizycznie chory. Jak złośliwe dzieci wpuszczone do garncarni, tak oni mogli w ciągu paru chwil zniszczyć to, czego stworzenie wymagało całych lat i tylko rozkoszowaliby się dziełem zniszczenia.

— Właśnie dlatego nam płacą — rzekł Gajusz Filipus — żebyśmy umierali, aby oni dalej mogli żyć szczęśliwi i tłuści.

Słowa Gajusza Filipusa podziałały na Marka niewiele lepiej niż uwaga Viridoviksa. Nie były też tak do końca sprawiedliwe; Videssańczycy tworzyli bez porównania największą część armii Mavrikiosa, a jeszcze kilka tysięcy rodzimych żołnierzy czekało już tutaj na przybycie Imperatora.

Jednak w cynicznych słowach centuriona kryło się ziarno prawdy. Ludzie Baanesa Onomagoulosa, zmobilizowani żołnierze-chłopi zamieszkujący ten rolniczy okręg, aż nadto wyraźnie przedkładali uprawę roli nad żołnierkę. Ich wierzchowce stanowiły kolekcję ruchomych przynęt na sępy, ekwipunek mieli stary i ubogi, a o musztrze można było powiedzieć tylko tyle, że o niej słyszeli.

Ich dowódca był znowu zupełnie kimś innym; generałem z tej samej szkoły, z której wyszedł Mavrikios Gavras. Skaurus miał okazję przyjrzeć mu się dobrze podczas przeglądu wojska, jaki Imperator zarządził na powitanie nowego kontyngentu dołączającego do jego armii. Onomagoulos przejechał obok Rzymian zmierzając do Mavrikiosa; co jakiś czas spinał konia ostrogą, by wierzchowiec stawał dęba. Nie należał do olbrzymów, jednak sposób w jaki siedział na koniu oraz rysy jego jastrzębionosej twarzy wskazywały, że jest zahartowanym wojownikiem. Dawno już przekroczył czterdziestkę; lata zmiotły większość włosów z jego głowy, lecz ani ich resztki, ani spiczasta bródka nie zostały przyprószone siwizną.

Protokół wymagał, by zatrzymał wierzchowca, zeskoczył z siodła i oddał hołd przed zwróceniem się do Imperatora. Zamiast tego podjechał prosto do Mavrikiosa, który również dosiadł konia, i zawołał: — Gavras, ty stary bękarcie, co się z tobą działo?

Marek oczekiwał, że świat rozpadnie się na kawałki, albo że przynajmniej Halogajczycy stojący u boku Imperatora rozedrą świętokradcę na strzępy. Niektórzy z młodszych gwardzistów sięgnęli do mieczy, lecz Czerwony Zeprin nie spuszczał oczu z Mavrikiosa. Widząc, że Imperator nie jest zły, oficer najemników uczynił szybki gest ręką i jego ludzie odprężyli się.

Gavras uśmiechnął się z przymusem. — Wciąż byłem zajęty — zwykle zbyt zajęty. Może mimo wszystko ty powinieneś mieć tę posadę. — Wysunął się z koniem naprzód i klepnął Onomagoulosa po plecach. Onomagoulos zamierzył się leniwie na Imperatora, który uchylił się, już z szerszym uśmiechem na twarzy.

Trybun nagle zrozumiał bardzo wiele. Dla Baanesa Onomagoulosa Mavrikios Gavras nie był dalekim, wszechwładnym monarchą, lecz równym mu człowiekiem, któremu powiodło się w życiu — jak ktoś, komu poszczęściło się w miłości — i Skaurus pomyślał o Helvis, czując jak ogarnia go przelotna fala żaru. Zastanowił się, jak długo znają się ci dwaj wodzowie i co musieli razem widzieć, że ich przyjaźń oparła się wyzwaniu rzuconemu przez imperatorską pozycję Mavrikiosa.

Baanes spojrzał na Thorisina i zapytał: — A jak ty się masz, szczeniaku?

— Nie najgorzej — odpowiedział Sevastokrata. Jego głos nie był tak ciepły jak głos Mavrikiosa. Marek zauważył, że nie uczynił żadnego ruchu, by dołączyć do Baanesa i Imperatora.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)