Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 96
Перейти на страницу:

Co jeszcze mówił Andreas?

„Jeśli jest ci źle, pamiętaj, że zły czas kiedyś minie, i nie upadaj na duchu. Nie zdarza się tak, żeby człowiek doznawał cierpień naprawdę nie do zniesienia – miłosierny Bóg zawsze się nad nim zlituje i zabierze jego duszę do siebie. A dopóki tego nie czyni, trzeba być silnym”.

Cornelius zebrał więc wszystkie siły, by opanować strach.

„I cóż z tego, że w tej kamiennej kieszeni nie można się podnieść? – powiedział sobie. – A gdybym leżał w łóżku, czybym się podnosił? Nie. Więc i tu będę po prostu odpoczywał do rana”.

Próbował sobie wyobrażać, że ma nad głową nie ślepy mur, lecz bezkresny przestwór i wysokie nocne niebo. Jeśli nie wstaje, to nie dlatego, że nie może – po prostu nie chce. Czuje się naprawdę bardzo dobrze. Było gorzej, gdy wlekli go ulicą, kopali i bili, a teraz ma przynajmniej spokój i wcale nie jest tak twardo, rzucono przecież wiązkę słomy na podściółkę.

Rano, kiedy powloką go na przesłuchanie, rozciągną na kole i zaczną łupić skórę knutem, ta kamienna kieszeń wyda mu się rajem…

Nie, o tym nie należało myśleć – na myśl o katowni najgorszy wróg rodzaju ludzkiego zaatakował Corneliusa z okrutną siłą, ścisnął mu serce i boleśnie zatopił w nim pazury.

Oby tylko ranek przyszedł jak najpóźniej!

Adam Walser miał szczęście; można powiedzieć, że mu się upiekło. Pewnie jeszcze przed świtem, gdy tylko nocne straże zejdą z dróg, wyruszy z Moskwy, by znaleźć się od niej jak najdalej. Zabierze ze sobą swego ukochanego Zamoleusa, a resztę książek zostawi. No, weźmie może jeszcze podniszczonego Arystotelesa, nie przedźwiga się.

Język zna dobrze. Naciągnie kaftan, walonki, czapę z kociego futra – będzie wyglądał jak Moskowita. Bez przeszkód dotrze do granicy. Bóg czuwa nad słabymi. A tam, w Europie, ziszczą się wszystkie marzenia aptekarza. Zamieni rtęć w grudki złota i będzie żył jak bogacz.

Von Dorn poczuł taką gorycz w sercu na myśl o niesprawiedliwości losu, że aż zapłakał. Co ma mówić na przesłuchaniu? Przyznać się, kim jest, czy lepiej cierpieć męki w milczeniu? Na to, że kanclerz go wybroni, nie ma co liczyć – za zabójstwo w siedzibie metropolity bojar Matfiejew sam odda swego adiutanta w ręce kata… Krzyknąć: „Wszystko powiem!”? Wyznać prawdę o kryjówce, o Liberii? I tak wyjdzie na to, że Korniej Fondorin jest złodziejem. Ukradł własność cara i wiedział, co kradnie. Za takie przestępstwo, mówił Walser, odrąbują rękę, a potem wieszają winnego na żelaznym haku. Trzeba się najpierw dowiedzieć, jak Moskowici karzą za zabójstwo mnicha, i wtedy dopiero rozważyć, czy krzyknąć: „Wszystko powiem!”, czy zamilczeć.

Ta myśl uspokoiła Corneliusa. Najważniejsze przecież to podjąć decyzję, a potem niech się dzieje wola boża.

Wiercił się chwilę na twardym podłożu (słoma niewiele pomagała), zadygotał z ciągnącego od kamienia zimna i nawet nie zauważył, kiedy usnął.

Nazajutrz odsunięto szyber już dobrze po południu. Zdrętwiałego von Dorna wyciągnięto za nogi z kamiennej kieszeni i powleczono pod pachy z jednej piwnicy do drugiej, tyle że nie zimnej, lecz buchającej żarem, gdyż w kącie izby przesłuchań płonął ogień, a niski mężczyzna w koszuli z podwiniętymi rękawami i w skórzanym fartuchu rozgrzewał w płomieniach jakieś żelazne narzędzia.

Cornelius najpierw popatrzył na rozżarzone kleszcze, na zwisającą z sufitu linę, a dopiero potem odwrócił się do stołu, przy którym siedział diak o bladej twarzy i wąskich wargach, z kozią bródką, i młodziutki pisarczyk gapiący się na aresztanta ciekawie – widać służba w katowni była dla niego nowością.

Strachu nie ma, powiedział sobie von Dorn i zacisnął zęby, żeby nie szczękały. Jest ból, ale ból to tylko zwykłe mrowienie podrażnionych nerwów. Kiedy zaczną się tortury, będzie krzyczał, nic innego i tak nie może zrobić.

– Co, złodzieju, wesoło ci? – Diak uśmiechnął się krzywo. – Dowiedziałeś się o carskiej łasce? Już ja wam, gadułom przeklętym, powyrywam te długie ozory – zwrócił się tym razem nie do Corneliusa, lecz do więziennych dozorców, którzy go przyprowadzili.

Ci zaczęli przysięgać, że o niczym nie pisnęli ani słowem, ale diak machnął tylko na nich ręką, żeby zamilkli.

– Z woli Boga wszechmogącego nasz potężny car i wielki książę Aleksy Michajłowicz, opuszczając ziemski padół i przenosząc się do królestwa niebieskiego, zanim oddał duszę Panu (tu diak przeżegnał się trzy razy), nakazał odpuścić dłużnikom płatności, uwolnić skazanych za ciężkie przestępstwa i nawet zabójcom miłosierdzie okazać…

Cornelius wstrząsnął się. A więc car umarł! Przed śmiercią zaś najwidoczniej wróciła mu świadomość i – zgodnie z rosyjską tradycją – ogłosił amnestię dla skazanych za długi i przestępstwa kryminalne, żeby szczerze, z serca modlili się za Aleksego, który wkrótce stanie przed tronem Pańskim. No cóż, wcale nie takie głupie są te moskiewskie obyczaje!

– …Ale twoja radość jest przedwczesna. Zanim jego cesarska mość wyzionął ducha, nakazał surowo, aby nie puszczać w niepamięć przewinień tych złoczyńców, którzy pozbawili życia sługę bożego, jako że zgrzeszyli nie przed ziemskim władcą, lecz przed królem niebieskim. I polecił was, podłych wyrzutków, którzyście zabili popa lub mnicha, karać nie miłosiernie, jak ongii – przez łamanie kołem, jeno bezlitośnie – wbijać na pal, przedtem połamawszy wszystkie kości. Bierzcie go, gołąbeczki. Słyszeliście, jaka jest ostatnia wola cara? – Diak podniósł palec dla przydania wagi swoim słowom. – Powiedział: „na najsroższe męki”. A więc tak ma być.

Rozdział trzynasty

Chciałem znaleźć mej miłej grób…

Praca z szefem departamentu bezpieczeństwa Eurodebetbanku, Władimirem Iwanowiczem Siergiejewem, była czystą przyjemnością.

Ów postawny, elegancki pan, zawsze w tweedach, ze szczoteczką krótko przystrzyżonych wąsików, przypominał angielskiego dżentelmena z gatunku tych, którzy przenieśli się do krainy cieni wraz z rozpadem imperium brytyjskiego. Podobieństwo wzmocnił dodatkowo fakt, że przy pierwszym spotkaniu z Nicholasem Władimir Iwanowicz jakby mimochodem przeszedł na angielski, którym mówił niemal bez akcentu, tyle że nadużywając nieco amerykanizmów. Potem, co prawda, rozmawiali po rosyjsku, ale od czasu do czasu ekspułkownik wtrącał jakiś wyszukany obcojęzyczny zwrot.

Dla Nicholasa znaleziono dom nieopodal Dworca Kijowskiego, gdzie mieszkało wielu cudzoziemców i niezupełnie swojska powierzchowność magistra mniej rzucała się w oczy. Dwa niewielkie pokoje (gabinet i sypialnia) zostały wyposażone we wszystko, czego potrzeba do pracy i wypoczynku. Jedzenie dostarczano Nicholasowi z restauracji, a kiedy musiał wyjść do miasta, znajdował się pod stałą dyskretną opieką młodych ludzi w tradycyjnych garniturach. Dwóch szło parę kroków za nim, a niemal tuż przy krawężniku jechał powoli dyżurny samochód – najczęściej jakiś ogromny, terenowy model z przyciemnionymi szybami.

Władimir Iwanowicz przyjeżdżał codziennie rano, punktualnie o dziewiątej – i również codziennie dzwonił wieczorem, pytając, czy nie ma jakichś nowych zleceń. Te, które otrzymywał, załatwiał sprawnie i szybko. Nie zadawał zbędnych pytań, nie wnikał w istotę badań, które prowadził Nicholas. Jeśli wszyscy oficerowie KGB byli równie skuteczni, myślał niekiedy Fandorin, to dziw, doprawdy, że sowieckie imperium tak łatwo się rozpadło. Widocznie pułkownik Siergiejew musiał być jednym z najlepszych.

Raz odwiedził Nicholas siedzibę banku przy Gniezdnikowskim Zaułku i wypił kawę (bez koniaku) we wspaniałym gabinecie Josifa Guramowicza. Bankier próbował podpytać Fandorina, czy „sprawa” posuwa się naprzód, ale on odpowiedział wymijająco i podziękował za zaproszenie na kolację, usprawiedliwiając odmowę nawałem pracy.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)