Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]
Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]

Электронная книга - «Krolowa Zimy [The Snow Queen-pl]». Краткое содержание книги:

Planeta Tiamat należy do konfederacji skolonizowanych przez ludzkość światów, zwanej Hegemonią. Faktyczną władzę dzierży technokracja z planety Kharemough. Tiamat jest cywilizacyjnie zacofana, pokryta w większości oceanem, z osadnictwem rozlokowanym na licznych archipelagach. Na Tiamat występuje jednak wielkie bogactwo — woda życia, wyciąg z krwi merów — morskich zwierząt. Jej zażywanie pozwala przedłużać życie.
Ze względów astronomicznych Tiamat ma tylko dwie pory roku, trwające po około 150 lat — Lato i Zimę. Podczas Lata rządzą Letniacy, lud zabobonny, odrzucający technikę, a Zimą Zimacy, lud współpracujący z Hegemonią i bezlitośnie eksploatujący swoją planetę. W czasie lata Tiamat, z powodu bliskości czarnej dziury, jest niedostępna dla statków kosmicznych i transport wody życia urywa się.
Nadchodzi czas zmiany warty. Ustępująca Królowa Zimy nie zamierza ustąpić i nie chce się pogodzić ze swoją rytualną śmiercią na zakończenie Zimy. Sprawia, że kilka kobiet Letniaków urodzi jej klony… Spisek ma doprowadzić do przedłużenia jej panowania.

Zdobyła nagrody Hugo i Locusa w 1981.
Nominowana do nagrody Nebula w 1981.
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 138
Перейти на страницу:

Ale dobro i zło, a nawet czas, nic nie znaczą dla merów, nie są pojęciami, które by Moon rozpoznała wśród układu ich spraw. Pozostawione w spokoju żyły setki, może nawet tysiące lat. W ich mózgu pierwszeństwo miały inne czynniki — żyły dla chwili, dla ulotnego piękna bąbelka unoszącego się ku światłu i znikającego, dla aktu tworzenia, stawania się. Nie potrzebowały i nie pragnęły żadnych trwałych rzeczy, bo pieśń, taniec, działanie są dziełami sztuki, takimi jak kwiat czy życie, piękniejszymi jeszcze przez swą przemijalność. Namacalne, materialne, było dla nich równie mało przydatne i doniosłe, co sam czas. Wedle miar ludzkich życie ich jest wieczne i spędzają je hedonistycznie, pochłonięte zmysłowymi pieszczotami ruchu w wodzie, przepływami ciepła i zimna, prądów i pływów, oszałamiającym rozdarciem między morzem a powietrzem, płynnym żarem pragnień, kojącym naciskiem lodowatego mrozu.

Gdyby nawet znalazł się tłumacz, dzięki któremu mogłaby się z nimi porozumieć, to i tak znalazłaby niewiele wspólnych słów. Mimo to, znajdując się wśród nich, chociażby w grubej skórze skafandra płetwonurka, czuła, jak rozpływa się osłaniająca jej umysł sztywna pokrywa doznań, wartości, celów. Mogła odsuwać na bok wspomnienia ostatnich przejść, niepewność przyszłych zdarzeń, pozwalać, by teraz splotło się w jednej pianie z zawsze i jutro. Zobaczyła okrążającego ją gorliwie mera, który opiekował się nią jak matka; wiedziała, iż wszyscy są jej przyjaciółmi, członkami rodziny, kochankami, poczuła, że stała się cząstką ich bezczasowego świata… Cicho, z pewnym wahaniem zaczęła wplatać swój głos w harmonię pieśni merów.

Poczuła podpływającego do niej Silky'ego, jego macki przesuwające się po gładkiej tkaninie na jej ramionach, okrążające przewód dostarczający powietrze z butli tlenowej, pociągające… — Silky! — Gniewny protest umilkł, gdy zacisnęła zęby na regulatorze, broniąc się przed wyrwaniem go z ust. Starając się obronić zapas powietrza, uniosła ręce oplecione nowymi mackami, szarpnęła niezgrabnie nogą w płetwie. Po chwili ujrzała, że obok walczy para obcych, zobaczyła nóż wysuwający się z pochwy na ramieniu fałszywego Silky'ego, migający między jego mackami jak jadowity kieł węża, rozdartego między dwiema ofiarami. Kopnęła go i odrzuciła, wcześniej jednak ostrze wybrało ofiarę i spostrzegła wypływającą z ramienia Silky'ego ciemną chmurę krwi.

Złapała przyjaciela, spróbowała uciec z nim poza zasięg zabójcy. Spokojne wody zakotłowały się jednak nagle od kształtów, mery z kolonii na brzegu rzuciły się do morza, wraz z innymi utworzyły jedną, opanowaną paniką masę. Rzucały się wokół niej, uderzały mocno płetwami, głowami, ciałami, siniaczyły i kaleczyły. Trzymała kurczowo bezładne, chwytające się macki Silky'ego, wlokła go przez chaos. W jasnej wodzie nad sobą ujrzała jednak spływającą w dół ciężką sieć i czarną plamę podwójnego kadłuba dziwnego statku prującego powierzchnię zatoki. Następne postacie, które wyglądały jak Silky, lecz nim nie były, kierowały opadaniem sieci. Otoczyła ją jak chmura, wpędzając na powrót w dziką klaustrofobię… Łowy. Nie — nie tutaj, nie tutaj…

Trudno jednak było zaprzeczać zaciskającemu palce na jej szyi niemożliwemu faktowi, iż w dole mery szalały z bólu i oszołomienia wywołanego wydawanymi przez obcych dźwiękami że wszystkie zginą. Puściła Silky'ego, zobaczyła, jak kiwnął głową i przetkał macki przez oczka sieci, podczas gdy zgięła się w pół i wyjęła nóż z pochwy na nodze. Zaczęła z całej siły ciąć włókna siatki; ustępowały pod szalonymi szarpnięciami jej ostrza, aż puściły na tyle, że mogli się przedostać.

Przepłynęła przez otwór, ciągnąc za sobą Silky'ego, zdążając w ostatniej chwili, bo sieć opadła na szalejące mery. Została jednak przy dziurze, rwała ją nadal i szarpała, poszerzając przejście.

— Tu! Tu! Wyjście, wyjście, wyjście! — przekrzykiwała ich falujące jęki, niemal łkając z wściekłości. Spanikowane mery głuche były jednak na głosy rozsądku; parę, które się wydostało, zostało wypchnięte przez kotłowaninę. W gotującej się masie szukała swej merzej matki, lecz nie mogła jej znaleźć. Cięła dalej, klnąc i dysząc z wysiłku. Mimo to mery tonęły, bezradnie ulegały mordercom, nie mogła ich uratować…

Obok Silky szarpał sieć, poruszał się niezdarnie ze względu na ranę lub dźwięki oszałamiające mery. Spojrzawszy na niego, dostrzegła dwa Psy opadające z góry, chwytające go w macki, odrywające od sieci…

Inne macki szarpnęły ją od tyłu, niemal oślepiły, wyrwały nóż, który próbowała zwrócić przeciwko napastnikowi. Zakryły jej maskę jak wijące się węże, ponownie znalazły przewód z powietrzem, wyrwały z ust regulator. Mroźna woda przedostała się do wnętrza maski, strach podwoił jej siły, lecz żywe więzy Psa nie dawały punktu oparcia, tonęła mimo swej zwiększonej mocy…

Dopiero gdy wysunęła głowę nad powierzchnię, gdy bolące płuca rozwarły się wreszcie w oddechu wpuszczającym powietrze, a nie ostatnią, śmiertelną porcję wody, dopiero wtedy uświadomiła sobie, że nie jest trzymana i topiona, że jeszcze jej nie załatwili.

Zachwiała się ze zdumienia, gdy jej płetwy zaplątały się w wodorostach; starła z oczu palące łzy oceanu, ujrzała przed sobą skraj wody i brzeg. Dwa Psy wyprowadziły ją na ląd; na wpół wlekły, na wpół niosły po kamienistej plaży kolonii merów. Była teraz pusta i Psy rzuciły Moon na ziemię, gdzie leżała, dławiąc się i kaszląc. Usłyszała, jak na twarde kamienie opada inne ciało, ujrzała rozciągniętego obok Silky'ego. Uniosła się na łokciu, by go dotknąć, obejrzeć rany, ale nie była w stanie; dotknęła jedynie jego ramienia w niepewnej zachęcie.

Usiadła, wmuszając każdy rwany oddech w przeciążone płuca, ściągnęła zaparowaną maskę i poczuła na twarzy rwący wiatr. Po jakimś czasie wyszły na plażę następne postacie, wlokąc na płyciznę obfite żniwo ciał merów, by przystąpić tam do ich oprawiania. Moon wbiła pięści w piasek plaży, łkała cicho, lecz nie nad sobą.

Pracy Psów przyglądała się stojąca na brzegu dziwna postać, czarna jak widmo, o ludzkiej sylwetce i rogatej głowie legendarnej istoty. Widziała, jak macha ręką i pokazuje; wiatr niósł jego ledwo słyszalny, bezdźwięczny głos — głos człowieka. Pierwsze mery zostały wywleczone na brzeg, Psy klękały przy każdym, błyskały nożami i po sierści cicho jak westchnienie zaczynała spływać krew, wypełniać wiadra. Pozbawione wdzięku, obrabowane z życia, odarte z radości i piękna, ciała leżały jak ścierwa na zajmowanej od pokoleń plaży, czekały na ucztę padlinożernych ptaków.

Moon zamknęła oczy, niezdolna do patrzenia. Poczuła mdłości i morderczą nienawiść. Położyła dłoń na ciężkim otoczaku, zaciskając ją coraz bardziej, uklękła. Obok podniósł się Silky, skoczył na nogi jednym nagłym ruchem, pochylił się nad nią. Usłyszała jego głos, nie zrozumiała, co mówi, wyczuła jednak, jak głęboko go rani widok braci tnących jego przyjaciół. Ruszył, zataczając się lekko, nim zdołała do niego dołączyć. Podszedł do nieludzkiej postaci w czerni i otaczającej go sfory Psów.

— Silky… — Z trudem wstała, zerwała płetwy, chwyciła kamień i ruszyła za nim.

Człowiek w czerni ledwo rzucił na nich okiem.

— Zatrzymać ich. — Machnął od niechcenia ręką, a trzy Psy zastąpiły drogę Silky'emu, otoczyły go bez wahania. Wybuchły obce głosy i pomruki, zaczęła się walka. Macki skakały do głów i srebrnych oczu, pokazały się ponownie srebrzyste noże…

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 138
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)