Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak… Jakie niewłaściwe sugestie się tu działy? — dodał piekarz. Wyraźnie świetnie się bawił.
Chyba kogoś zabiję, zanim to się skończy, myślała Glenda. I całkiem możliwe, że ten ktoś to będę ja.
— Czy to pan Nutt? — zdziwił się pedel. — Za pięć minut powinniśmy mieć trening.
Za plecami Glendy znów coś brzęknęło i odezwał się Nutt.
— Nie martw się, Alphonse. Często tak się bawię. Dynamiczne naprężenia, rozumiesz. Pomagają wzmocnić mięśnie.
— Alphonse? — Piekarz spojrzał na pedla ze zdumieniem. — Myślałem, że masz na imię Alfred, w skrócie Alf. Alphonse to quirmskie imię, jeśli już. Nie pochodzisz chyba stamtąd, co? — Jego ton sugerował nie tylko pytanie, ale i oskarżenie.
— A co ci nie pasuje z Alfem jako skrótem od Alphonse’a? — zapytał pedel.
Miał bardzo wielkie dłonie, które nawet u Mustruma Ridcully’ego wzbudziłyby pewne obawy podczas konkursu klepania po ramieniu. W dodatku uszy zaczynały mu czerwienieć, co u tak potężnie zbudowanego mężczyzny nigdy nie jest dobrym znakiem.
— Och, przecież nie mówię, że to brzydkie imię — zapewnił piekarz, z pewnym opóźnieniem korzystając ze swojego bochenka. — Ale nigdy mi nie wyglądałeś na Alphonse’a. Co tylko dowodzi, że nigdy nic nie wiadomo.
— Jestem orkiem — oświadczył spokojnie Nutt.
— Właściwie Alphonse jest całkiem ładnym imieniem — ciągnął piekarz. — To „phonse” trocheje psuje, ale Alf całkiem mi się podoba. — Urwał i zwrócił się do Nutta. — Co to znaczy „orkiem”?
— Orkiem — powtórzył Nutt.
A z daleka, spomiędzy rur centralnego ogrzewania, rozległ się krzyk:
— Aik! Aik!
— Nie bądź głupi, nie ma już czegoś takiego jak orki. Wszystkie wybili setki lat temu. A trudno było je zabić, gdzieś czytałem — oświadczył lokaj.
— W końcowych częściach swej tezy ma pan zasadniczo rację — przyznał Nutt, cały czas przykuty do kanapy. — Mimo to jestem orkiem.
Glenda obejrzała się na niego.
— Mówił pan, że jest pan goblinem, panie Nutt. Przecież mówił mi pan, że jest goblinem.
— Byłem źle poinformowany — odparł Nutt. — Jednakże teraz już wiem, że jestem orkiem. Mam wrażenie, że zawsze o tym wiedziałem. Otworzyłem drzwi, przeczytałem książkę, poznałem prawdę o swojej duszy i jestem orkiem. W dodatku, z nieznanych mi powodów, jestem orkiem dręczonym przez straszną ochotę zapalenia cygara.
— Ale to przecież były te przerażające potwory, które nie przestawały walczyć i chętnie urywały własną rękę, żeby posłużyła im jako broń — oświadczył pedel Nobbs (żadnego pokrewieństwa).
— Był o nich artykuł w „Łukach i Amunicji”.
Wszyscy popatrzyli na ręce Nutta.
— To z pewnością osąd historii — rzekł Nutt. Spojrzał na Glendę. — Tak mi przykro… Okazałem nieposłuszeństwo, ale wszyscy tak postępują. Schnouzentintle tyle mniej więcej stwierdza w swojej książce „Posłuszeństwo nieposłuszeństwa”. No więc zastanawiałem się, co jest w tej szafce, a miałem już pewne doświadczenie z wytrychami. Otworzyłem szafkę, przeczytałem książkę i… — Zadzwoniły łańcuchy, gdy Nutt zmienił pozycję. — Byłem nieposłuszny. Myślę, że wszyscy tak postępują. I bardzo dobrze potrafimy ukrywać przed sobą to, czego nie chcemy wiedzieć. Możecie mi wierzyć. Bardzo dobrze mi się udało ukryć to przed sobą. Ale to się przesącza, rozumiecie, w snach i różnych takich, kiedy tylko opuści się gardę. Jestem orkiem. Nie ma żadnych wątpliwości.
— No dobra, niech będzie, ale skoro jesteś orkiem, to czemu mi nie urywasz głowy? — spytał pedel Nobbs (żadnego pokrewieństwa).
— Życzyłby pan sobie? — spytał Nutt.
— Nie, właściwie to nie.
— Kogo to obchodzi? — wtrącił Trev. — To przecież stare historie. Dzisiaj wszędzie człowiek spotyka wampiry. Mamy trolle, golemy i zombi, i w ogóle różnych ludzi, którzy normalnie się tu zaczepili.
— Chwilunia, chwilunia! — wtrącił lokaj. — Nie urywa ci głowy, bo przecież jest zakuty!
— Dlaczego kazałeś nam się zakuć? — spytała Glenda.
— Żeby nikomu nie urwać głowy. Podejrzewałem prawdę, chociaż nie wiedziałem, co podejrzewam. A przynajmniej wydaje mi się, że tak było.
— To znaczy, że nie możesz uciec i porozrywać nas na strzępy — podsumował pedel Nobbs (żadnego pokrewieństwa). — Bez urazy, ale czy z tego wynika, że nie będziesz nas trenował?
— Przykro mi — odparł Nutt. — Jak pan widzi, miałbym z tym pewne trudności.
— Czy wyście wszyscy powariowali? — Te słowa wygłosiła, co zaskakujące, stojąca w korytarzu Juliet. — To przecież Nutt. Pracuje tutaj, robi świece i różne takie. Nigdy nie widziałam, żeby trzymał czyjąś głowę albo nogę. I piłkę też lubi!
Glenda miała wrażenie, że słyszy bijące głośno serce Treva. Podbiegła do przyjaciółki.
— Mówiłam ci, żebyś poszła do domu! — syknęła.
— Wróciłam, żeby powiedzieć o wszystkim Trevowi. Napisał mi przecież taki śliczny wiersz.
— Ona ma rację — zgodził się mężczyzna w rzeźnickim fartuchu.
— Widziałem go, jak biega tu wszędzie, a żadnej nogi ani ręki nie nosił.
— Fakt — przyznał piekarz. — A poza tym czy nie on przygotował te piękne świece na wczorajszym przyjęciu? Mnie to nie wyglądało orkowo.
— I jeszcze — dodał pedel Nobbs (żadnego pokrewieństwa) — trenował nas wczoraj i ani razu nie powiedział: „Ruszajcie, chłopcy, i pourywajcie im głowy”.
— No tak — przyznał lokaj, który nie zyskiwał sobie przyjaciół, przynajmniej jeśli chodzi o Glendę. — Ale ludzie przecież nie urywają sobie głów jak orki.
— Aik! Aik! Aik! — zabrzmiało w oddali.
— Uczył nas różnych takich rzeczy, co by nigdy człowiekowi na myśl nie wpadły — opowiadał pedel. — Na przykład grania z zawiązanymi oczami. Bardziej filozofia niż piłka, ale wściekle dobry trening.
— Taktyczne myślenie i analiza sytuacji w bitwie są elementami umysłowej kompozycji orka — stwierdził Nutt.
— Widzicie? Ktoś, kto mówi „kompozycja”, nie urwie nam przecież głów!
— Moja była żona używa kompozycji perfum… — przypomniał sobie piekarz.
— Nie, nie, perfumy to już przesada — stwierdził rzeźnik, budząc tym powszechne rozbawienie. — Bycie orkiem to co innego, ale przecież nie chcemy tutaj jakichś dziwaków.
Glenda spojrzała na Nutta. Płakał.
— Przyjaciele, dziękuję wam za pokładane we mnie zaufanie — powiedział.
— Wiesz, tak jakby należysz do zespołu — zapewnił pedel Nobbs (żadnego pokrewieństwa), którego uśmiech zdołał niemal zamaskować zdenerwowanie.
— Dziękuję, panie Nobbs, to dla mnie bardzo ważne.
Nutt wstał. Było to skomplikowane poruszenie.
Pozostało we wspomnieniach Glendy już na zawsze jako rodzaj ukazywanej w zwolnionym tempie sceny rwanych łańcuchów i łamanego drewna. Nutt powstał, jak gdyby przywiązany był pajęczyną. Wirujące kawałki łańcuchów uderzały o ściany. Pękały kłódki. Co do kanapy, chyba żaden jej kawałek nie pozostał złączony z innym — mebel posypał się na posadzkę niczym stosik opałowego drewna.
— Wiejemy, chłopcy!!!
Trzeba by swego rodzaju mikrometru, by ustalić, kto krzyknął to pierwszy, ale stampede, w jakim wypadli na korytarz i pognali za róg, szybko wybuchło i szybko się skończyło.
— A wiesz — odezwał się Trev po kilku chwilach ciszy — w pewnym momencie już myślałem, że bardzo dobrze nam idzie.
— Te kobiety — przypomniała Glenda. — Co to za jedne?