Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
Wtedy rozległ się wrzask. Dobiegał z plątaniny rur pod stropem.
Chuda kobieta w długiej czarnej szacie — może czarownica, pomyślała Glenda zdumiona jej nagłym pojawieniem — zeskoczyła na kamienie i rozejrzała się jak kot.
Nie, raczej jak ptak, uznała Glenda. Szarpanymi ruchami.
A potem otworzyła usta i krzyknęła:
— Aik! Aik! Niebezpieczeństwo! Niebezpieczeństwo! Strzeżcie się!
Rzuciła się w stronę kanapy, ale Trev stanął jej na drodze.
— Głupiec! Ork wyje ci oczy!
Teraz był to duet, gdyż następna kreatura spłynęła z mroku na czymś, co mogło być wydętą peleryną, a mogło skrzydłami.
Obie przesuwały się bez przerwy, każda w innym kierunku, usiłując zbliżyć się do kanapy.
— Nie bójcie się! — zaskrzeczała jedna z nich. — Jesteśmy po waszej stronie! Mamy was bronić!
Drżąca Glenda zdołała w końcu wstać. Założyła ramiona na piersi. W tej pozie zawsze czuła się lepiej.
— A za kogo wy się uważacie, że tak sobie spadacie spod sufitu i wrzeszczycie na ludzi? W dodatku gubicie pióra. To obrzydliwe. Przecież… jesteśmy blisko pomieszczeń, gdzie przygotowuje się jedzenie!
— Tak jest! Spadajcie stąd — poparł ją Trev.
— Nieźle z nimi rozmawiasz — mruknęła cicho Glenda. — Na pewno długo nad tym myślałeś.
— Nie rozumiecie — tłumaczyła kreatura. Obie miały naprawdę dziwaczne twarze, jakby ktoś zrobił ptaka z kobiety. — Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo! Aik!
— To znaczy wy? — spytała Glenda.
— Ork! — odpowiedziała krzykiem. — Aik!
W cieniu przed otwartą szafką dusza Nutta przewróciła kartkę. Poczuł kogoś obok swojego łokcia, obejrzał się i spojrzał prosto w twarz Lady.
— Dlaczego powiedziałaś mi, żebym nie otwierał książki?
— Ponieważ chciałam, żebyś ją przeczytał. Musiałeś sam odnaleźć prawdę dla siebie. W ten sposób wszyscy szukamy prawdy.
— A jeśli prawda jest straszna?
— Myślę, że na to znasz już odpowiedź, Nutt.
— Odpowiedź brzmi: straszna czy nie, to nadal prawda.
— A potem? — spytała Lady takim tonem, jakby zachęcała zdolnego ucznia.
— A potem prawdę można zmienić — odpowiedział Nutt.
— Pan Nutt jest goblinem — oświadczył Trev.
— Taa, akurat — odparła kreatura.
Fraza ta zabrzmiała niesłychanie egzotycznie w ustach istoty, której twarz z każdą chwilą stawała się bardziej ptasia.
— Jeśli krzyknę, przybiegnie tu mnóstwo ludzi — zagroziła Glenda.
— I co zrobią? — zapytała kreatura.
I co zrobią? — zastanowiła się Glenda. Będą stali dookoła, powtarzali „Ale o co chodzi?” i zadawali te same pytania co my. Przesunęła się trochę, kiedy jeden ze stworów znów spróbował przedostać się do kanapy.
— Ork będzie zabijał — odezwał się trzeci głos.
Kolejna kreatura opadła na podłogę tuż przed Glenda. Jej oddech cuchnął padliną.
— Pan Nutt jest delikatny i uprzejmy, nigdy nikogo nie skrzywdził — powiedziała Glenda.
— Kto na to nie zasłużył — dodał pospiesznie Trev.
— Ale teraz ork wie, że jest orkiem — oświadczyła kreatura.
Wszystkie trzy przesuwały się do przodu i do tyłu w upiornym kontredansie.
— Nie wydaje mi się, żeby wolno wam było nas dotknąć — uznał Trev. — Naprawdę nie sądzę, żebyście mogły nam coś zrobić.
Usiadł nagle obok Nutta i przyciągnął do siebie Glendę.
— Mają pazury — zauważyła niegłośno Glenda. — Widzę ich pazury.
— Szpony — poprawił ją Trev.
— O czym ty mówisz?
— Te wielkie z przodu to szpony, te z tyłu to pazury, służą do przytrzymywania zdobyczy. Wszyscy się mylą.
— Oprócz ciebie — mruknęła. — Tak nagle zostałeś ekspertem od okropnych ptakopodobnych stworów?
— Nic nie poradzę. Czasami coś tak wpada mi do ucha.
— Musimy was ochraniać — oświadczyła jedna z ptasich kobiet.
— Nie potrzebujemy ochrony przed panem Nuttem! To nasz przyjaciel! — zawołała Glenda.
— A ilu twoich przyjaciół ma szpony?
— A czym mamy się martwić tutaj, na uniwersytecie, który ma takie wielkie i grube mury? Poza tym roi się tu od magów!
Jedna z kobiet wyciągnęła szyję, aż jej twarz znalazła się o kilka cali od twarzy Treva.
— Powinniście się martwić, bo jest tu z wami ork!
Brzęknęły łańcuchy. Nutt poruszył się odrobinę.
— Pracujecie dla kogoś, prawda? — domyślił się Trev. — Macie takie małe główki. Nie zmieści się w nich tyle mózgu, żebyście same coś takiego wymyśliły. Magowie wiedzą, że tu jesteście?
Glenda wrzasnęła. Nigdy jeszcze nie wrzeszczała tak na poważnie, z samej głębi swej zgrozy. Nieostrożne zacięcie się w palec się nie liczyło, zresztą nie było aż tak głośne. Wrzask rozbrzmiewał echem w korytarzach i odbijał się w piwnicach, aż dzwoniły krypty[17].
Glenda wrzasnęła po raz drugi, a że płuca nabrały wprawy, tym razem efekt był jeszcze głośniejszy. Z obu stron rozległo się tupanie biegnących stóp.
Co dodało jej pewności.
Nie była przekonana, czy pewności dodaje też cichy brzęk i szuranie metalu sugerujące, że zerwał się łańcuch.
Kreatury natychmiast wpadły w panikę i równocześnie próbowały wzlecieć. Były niezgrabne jak czaple, tylko wzajemnie sobie przeszkadzały.
— I nie wracajcie tu! — krzyknęła, kiedy zniknęły w mroku. Potem zwróciła się do Treva. Serce waliło jej mocno. — Co to jest ork?
— Nie wiem. Myślę, że to jakiś dawny potwór.
— A te stwory?
— Wiem, że to głupio brzmi — przyznał Trev — ale widziałem jedną taką wczoraj w nocy. On chyba uważa je za… przyjaciółki.
Rzeźnicy, piekarze, lokaje i pedle wybiegali z ciemnych korytarzy, a wśród nich był też pedel Nobbs (żadnego pokrewieństwa), który miał na sobie tylko oficjalny kapelusz, siatkowy podkoszulek i krótkie spodenki, o wiele za obcisłe i za krótkie jak na człowieka rozmiaru pedla Nobbsa (żadnego pokrewieństwa).
Popatrzył na Glendę, a potem rzucił gniewne spojrzenie Trevowi. Tacy jak Trev w opinii pedla Nobbsa (żadnego pokrewieństwa) byli automatycznie wrogami.
— Krzyczała panienka? — zapytał. — Co się tu dzieje?
— Przepraszam. Wygłosiłem niewłaściwą sugestię — powiedział Trev.
Zerknął na Glendę, a jego mina mówiła „Ratuj!”.
— Obawiam się, że niesłusznie poddałam się podszeptom dziewczęcej skromności — wyznała, przeklinając go wzrokiem.
— To musiała być naprawdę dziwaczna sugestia — stwierdził piekarz, który najwyraźniej uważał, że niezwykle długi bochenek chleba będzie poręcznym narzędziem w walce, ale uśmiechał się przy tym. Uśmiech był dobry.
Jeśli nie dojdzie do niczego gorszego niż chichoty i uśmieszki, wszyscy będziemy zadowoleni. Trudno będzie im potem zapomnieć, ale jednak będzie dobrze.
— Po co ten gość jest przykuty do łóżka? — spytał pedel.
17
Wbrew powszechnemu przekonaniu ludzie nie przybiegają, kiedy usłyszą wrzask. Ludzie nie działają w taki sposób. Ludzie patrzą na innych ludzi i pytają: „Słyszałeś ten wrzask?”, bo pierwszy wrzask to mógł być sam pytający, wrzeszczący w głębi własnej głowy, albo huk z końskiego gaźnika.