Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Sandra Jernigan? – spytał.
– Nie umiem kłamać – powiedziała z westchnieniem.
– Byłaś cudowna! Rozumiem, że zostałem gońcem.
– Świetnie się do tego nadajesz. Wyglądasz jak podstarzały student prawa wydalony z uczelni za brak postępów w nauce. I nawet jesteś przystojny.
– Masz ładną koszulę – rzucił, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Zapowiada się długi dzień – powiedziała Darby i upiła spory łyk zimnej kawy.
– Na razie idzie nam świetnie. Mam odebrać listę studentów i przynieść ci ją do biblioteki, czy tak?
– Niezupełnie. Dziekanat jest na czwartym piętrze Kolegium McDonough. Zaczekam na ciebie w sali trzysta trzydzieści sześć. To taka mała salka wykładowa pod dziekanatem. Pojedziesz pierwszy. Weź taksówkę i spotkamy się po piętnastu minutach.
– Tak jest, szefowo – powiedział Grantham i wyszedł.
Darby odczekała pięć minut i ruszyła w jego ślady, zabierając ze sobą płócienną torbę.
Krótki kurs taksówką w porannym tłoku trwał dwa razy dłużej, niż powinien. Życie w ciągłym pośpiechu nie sprawiało jej przyjemności, a teraz doszła do tego zabawa w detektywa. Dopiero po pięciu minutach jazdy przypomniała sobie, że może być śledzona. I dobrze! Możliwe, że ciężka praca gromadzącego materiały reportera pozwoli jej zapomnieć o Tuczniku i innych prześladowcach. Dzisiaj i jutro skoncentruje się wyłącznie na zadaniu, a w środę wieczorem odpocznie sobie na plaży.
Postanowili zacząć od wydziału prawa w Georgetown. Jeśli nic nie znajdą, przeniosą się na Uniwersytet Jerzego Waszyngtona. Gdyby i tam zabrnęli w ślepy zaułek, pozostawał jeszcze Uniwersytet Amerykański, choć na sprawdzenie wszystkich trzech uczelni może nie starczyć czasu. Tak czy inaczej, wykona trzy strzały i znika.
Taksówka zatrzymała się przy Kolegium McDonough. Darby, ubrana we flanelową koszulę i z płócienną torbą przewieszoną przez ramię, wyglądała jak jedna ze studentek prawa krążących po dziedzińcu. Weszła po schodach na trzecie piętro i zamknęła za sobą drzwi sali wykładowej. W niewielkim pomieszczeniu prowadzono ćwiczenia w małych grupach, a także rozmowy kwalifikacyjne z osobami przyjmowanymi do pracy w kampusie. Rozłożyła na stole notatki – była studentką przygotowującą się do zajęć.
Po kilku minutach w drzwiach stanął Gray.
– Joan jest urocza – oznajmił, kładąc na stole listę studentów. – Mamy nazwiska, adresy i numery ubezpieczeń. Czy to nie wspaniałe?!
Darby spojrzała na kartkę i wyciągnęła z torby książkę telefoniczną. Znaleźli w niej pięć nazwisk. Zerknęła na zegarek.
– Pięć po dziewiątej. Założę się, że połowa z nich jest teraz na zajęciach. Niektórzy mogą rozpoczynać je później. Zadzwonię do tej piątki i przekonam się, kto z nich siedzi w domu. Ty zajmij się tą dwójką bez telefonów i sprawdź w sekretariacie ich plan zajęć.
Gray rzucił okiem na zegarek.
– Wrócę za piętnaście minut.
Wyszedł pierwszy, Darby za nim. Zeszła na parter i znalazła automaty obok sal wykładowych. Wykręciła numer Jamesa Maylora.
– Słucham? – odezwał się męski głos.
– Chciałabym mówić z Dennisem Maylorem.
– Z Dennisem? To pomyłka. Nazywam się James Maylor.
– Przepraszam. – Odłożyła słuchawkę. Do Jamesa było niedaleko – jakieś dziesięć minut piechotą. Nie zaczynał zajęć o dziewiątej. Jeśli szedł na dziesiątą, będzie w domu przez następne czterdzieści minut. Przynajmniej powinien.
Zadzwoniła do pozostałej czwórki. Dwoje odebrało i potwierdziło nazwiska. Telefon u pozostałej dwójki nie odpowiadał.
Gray czekał niecierpliwie pod sekretariatem na trzecim piętrze. Dorabiająca w sekretariacie studentka próbowała znaleźć kierowniczkę biura, która gdzieś się zawieruszyła. Dziewczyna nie omieszkała poinformować go, że nie jest pewna, czy plan zajęć nie jest objęty tajemnicą służbową. Grantham zapytał ją, czy odbywała praktyki studenckie w Pentagonie.
Kierowniczka sekretariatu wyszła zza rogu i spojrzała na niego podejrzliwie.
– Czym mogę służyć?
– Nazywam się Gray Grantham i pracuję dla “Washington Post”. Próbuję odnaleźć dwoje studentów: Laurę Kaas i Michaela Akersa.
– A o co chodzi? – spytała z przejęciem strażniczka studenckich tajemnic.
– Zupełny drobiazg. Chcę im zadać parę pytań. Czy są teraz na zajęciach? – Na jego twarzy pojawił się ciepły, pełen ufności uśmiech, zarezerwowany dla starszych kobiet. Ta broń rzadko go zawodziła.
– Ma pan jakiś dowód albo coś w tym rodzaju?
– Oczywiście. – Otworzył portfel i machnął jej przed oczami legitymacją służbową – zupełnie jak gliniarz, który wie, że jest gliniarzem, ale nie ma zamiaru afiszować się swoją profesją.
– No cóż… Wydaje mi się, że powinnam zgłosić to dziekanowi, ale…
– W porządku. Gdzie go znajdę?
– No właśnie nie ma go. Wyjechał z miasta.
– Droga pani, proszę tylko o rozkład zajęć. Nie żądam adresów, wyciągów z indeksów ani żadnych świadectw. Nie proszę o dokumenty poufnej bądź osobistej natury.
Kobieta zerknęła na studentkę, która wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: “Nie wiem, o co chodzi”.
– Chwileczkę – wydusiła w końcu kierowniczka i zniknęła za regałem.
Darby siedziała w sali wykładowej, gdy Gray zjawił się wreszcie z wydrukami planów zajęć.
– Akers i Kaas powinni siedzieć teraz na wykładach – powiedział.
Darby spojrzała na rozkład.
– Akers ma kodeks postępowania karnego. Kaas – prawo administracyjne. Oboje będą na zajęciach do dziesiątej. Spróbuję ich znaleźć. – Pokazała Grayowi swoje notatki. – Maylor, Reinhart i Wilson są w domu. Nie dodzwoniłam się do Ratliff i Linneya.
– Do Maylora jest najbliżej. Będę u niego za kilka minut.
– Co z samochodem? – spytała.
– Dzwoniłem do biura Hertza. Podstawią auto na parking “Posta” za piętnaście minut.
Mieszkanie Maylora znajdowało się na drugim piętrze magazynu zamienionego na kwatery dla studentów i innych nieszczęśników dysponujących niewielkim budżetem. Chłopak uchylił drzwi po pierwszym stuknięciu. Nie zdjął łańcucha.
– Szukam Jamesa Maylora – powiedział Grantham tonem starego kumpla.
– To ja.
– Nazywam się Gray Grantham i pracuję dla “Washington Post”. Chciałbym ci zadać parę szybkich pytań.
Maylor zdjął łańcuch i otworzył drzwi. Gray wszedł do dwupokojowego mieszkania. W pierwszym pomieszczeniu najwięcej miejsca zajmował rower.
– O co chodzi? – spytał Maylor. Wydawał się zaintrygowany i chętny do współpracy.
– Dowiedziałem się, że zeszłego lata miałeś praktykę u White’a i Blazevicha.
– Zgadza się. Przez trzy miesiące.
– W jakim dziale?
– Spraw międzynarodowych. Brzmi nieźle, ale to bagno i nudna harówa. Siedziałem głównie w archiwum i pomagałem sporządzać pierwsze szkice umów.
– Kto był twoim przełożonym?
– Nie miałem jednego szefa. O to, żebym miał co robić, martwiło się trzech asesorów. Gość nad nimi nazywał się Stanley Coopman. Jest wspólnikiem.
Gray wyciągnął z kieszeni zdjęcie Garcii.
– Poznajesz tę twarz?
Maylor wziął fotografię i przyjrzał się jej uważnie. Pokręcił głową.
– Chyba nie. Kto to jest?
– Prawnik. Z tego, co wiem, pracuje u White’a i Blazevicha.
– To duża firma. Siedziałem w kącie jednego działu. W sumie zatrudniają ponad czterysta osób, sam pan wie…
– Taak… słyszałem. Jesteś pewny, że go nie znasz?
– Absolutnie. Zajmują dwanaście pięter. Na większości nigdy nie byłem.
Gray schował zdjęcie.