Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Czy znasz innych praktykantów?
– Jasne. Dwie dziewczyny z Georgetown – Laurę Kaas i Joanne Ratliff. Dwóch facetów z Jerzego Waszyngtona: Patricka Franksa i… takiego, co się nazywał Vanladingham; Elizabeth Larson z Harvardu i tę… jak jej było… Amy McGregor z Michigan! Był jeszcze taki jeden z Emory, na którego mówili Moke, ale nie wiem, jak się nazywa, bo go wywalili, zanim się poznaliśmy. Latem mają zawsze mnóstwo studentów na praktykach.
– Chciałbyś u nich pracować po studiach?
– Nie wiem. Nie jestem pewny, czy nadaję się do dużej firmy.
Gray uśmiechnął się i schował notes do tylnej kieszeni spodni.
– Posłuchaj, byłeś tam. Powiedz mi, jak zabrałbyś się do szukania tego faceta?
Maylor zastanawiał się przez chwilę.
– Zakładam, że nie chce pan pójść do firmy i zapytać wprost?
– Zgadza się.
– I ma pan tylko to zdjęcie?
– Aha.
– Sądzę, że któryś z praktykantów na pewno by go rozpoznał.
– Dzięki.
– Czy ten facet ma jakieś problemy?
– Nie. Może coś wiedzieć. Choć mogę się mylić… – Gray otworzył drzwi. – Jeszcze raz dziękuję.
Darby studiowała jesienny rozkład zajęć, wywieszony na tablicy naprzeciw telefonów. Jeszcze nie wiedziała, co zrobi, gdy skończą się rozpoczęte o dziewiątej ćwiczenia. Tablica ogłoszeń wyglądała tak samo jak w Tulane: u góry wisiał przypięty równo pinezkami plan zajęć dla poszczególnych grup; niżej informacje o wymaganych do zaliczenia lekturach i pracach; pod nimi ogłoszenia w sprawie książek, rowerów, pokoi, współlokatorów, a wokół przypięte bezładnie setki niezmiernie ważnych komunikatów o imprezach, meczach i spotkaniach klubowych. Obok Darby stanęła młoda dama z plecakiem. Czytała uważnie ogłoszenia i była bez wątpienia studentką.
– Przepraszam, czy znasz może Laurę Kaas? – zapytała Darby i uśmiechnęła się.
– Jasne.
– Mam dla Laury wiadomość, ale nie wiem, jak ona wygląda. Czy mogłabyś mi ją pokazać?
– Jest na zajęciach?
– Tak, ma prawo administracyjne z Shipem.
Parter zapełnił się nagle studentami wychodzącymi z czterech sal. Dziewczyna z plecakiem wskazała wysoką, postawną studentkę zmierzającą w ich kierunku. Darby podziękowała jej i ruszyła za Laurą Kaas. Tłum przerzedził się. Studenci wychodzili na dwór.
– Przepraszam… Nazywasz się Laura Kaas, prawda?
Rosła dziewczyna przystanęła i spojrzała na nią.
– Tak.
– Jestem Sara Jacobs i piszę artykuł dla “Washington Post”. Czy mogę zadać ci kilka pytań?
– Na jaki temat?
– Zajmie nam to minutę. Czy możemy tu wejść? – Wskazała na pustą salę wykładową. – Latem miałaś praktykę u White’a i Blazevicha.
– Owszem – odparła Laura z ociąganiem. Była podejrzliwa.
Sara Jacobs starała się opanować zdenerwowanie. To było okropne.
– W jakim dziale?
– Podatkowym.
– Lubisz PIT-y, co? – zażartowała, lecz zabrzmiało to żałośnie.
– Lubiłam. Teraz ich nienawidzę.
Darby uśmiechnęła się promiennie, jakby usłyszała najzabawniejszy dowcip. Wyciągnęła z kieszeni zdjęcie i podała je Laurze.
– Czy rozpoznajesz tego człowieka?
– Nie.
– Jest prawnikiem u White’a i Blazevicha.
– Tam są sami prawnicy.
– Nie znasz go?
– Nie. – Laura oddała jej fotografię. – Przez cały czas siedziałam na czwartym piętrze. Musiałabym pracować tam wieki całe, żeby poznać wszystkich. I jeszcze ta rotacja! Wiesz, jak to jest z prawnikami…
Laura spojrzała w bok. Rozmowa dobiegła końca.
– Jestem ci bardzo wdzięczna – powiedziała Darby.
– Nie ma sprawy – rzuciła Laura już od drzwi.
Dokładnie o wpół do jedenastej spotkali się ponownie w sali trzysta trzydziestej szóstej.
Gray złapał Ellen Reinhart przed domem, gdy wychodziła na zajęcia. Praktykę odbywała w dziale procesowym, a jej przełożonym był wspólnik o nazwisku Daniel O’Malley. Większość czasu spędziła w Miami, gdzie toczyło się akurat jakieś postępowanie ugodowe. Przez dwa miesiące nie było jej w waszyngtońskiej centrali firmy. White i Blazevich mieli swoje przedstawicielstwa w czterech miastach, także w Tampa na Florydzie. Nie rozpoznała Garcii i bardzo jej się śpieszyło.
Judith Wilson nie było w mieszkaniu, ale jej współlokatorka powiedziała, że powinna wrócić o pierwszej.
Wykreślili z listy Maylora, Kaas i Reinhart. Poszeptali chwilę i znów się rozdzielili. Gray miał znaleźć Edwarda Linneya, który wedle spisu praktykował u White’a i Blazevicha dwa lata z rzędu. Jego nazwiska nie było w książce telefonicznej, ale mieli jego adres. Mieszkał w Wesley Heights, na północ od kampusu.
O dziesiątej czterdzieści pięć Darby stanęła ponownie przed tablicą ogłoszeń, mając nadzieję, że tym razem spełnią się jej oczekiwania. Akers był facetem i łatwiej będzie go skłonić do rozmowy. Przypuszczała, że jest w sali dwieście jeden, gdzie zapoznawano się z kodeksami postępowania karnego. Po kilku minutach drzwi sali otworzyły się i na korytarz wyległo pięćdziesięciu studentów. Nie mogłaby być reporterką. Nie jest łatwo podchodzić do obcych ludzi i nakłaniać ich do rozmowy. Czuła się niezręcznie i bardzo nieswojo. Pokonała jednak wewnętrzne opory i podeszła do nieśmiałego z wyglądu młodzieńca o smutnych oczach ukrytych za grubymi szkłami okularów.
– Przepraszam – zaczęła. – Czy znasz może Michaela Akersa? Zdaje się, że miał tutaj zajęcia.
Chłopak uśmiechnął się. Miło być zauważonym. Wskazał na grupę studentów idących w stronę wyjścia.
– To ten w szarej bluzie.
– Dzięki. – Machnęła mu ręką na pożegnanie.
Po wyjściu z budynku grupa rozproszyła się. Akers i jeszcze jeden chłopak szli chodnikiem.
– Panie Akers! – krzyknęła.
Zatrzymali się i odwrócili głowy. Gdy ruszyła nerwowo w ich stronę, na twarzach studentów pojawił się uśmiech.
– Czy to ty jesteś Michael Akers? – spytała.
– Owszem, a ty kim jesteś?
– Nazywam się Sara Jacobs i piszę artykuł dla “Washington Post”. Czy możemy porozmawiać w cztery oczy?
– Jasne.
Znajomy Akersa pojął, o co chodzi, i odszedł.
– O czym chcesz rozmawiać? – spytał Akers.
– Czy zeszłego lata miałeś praktykę u White’a i Blazevicha?
– Tak. – Akers był miły. Widać Sara Jacobs przypadła mu do gustu.
– W jakim dziale?
– Nieruchomości. Nuda jak jasna cholera, ale trzeba to było odwalić. Co chcesz wiedzieć?
– Czy poznajesz tego mężczyznę? – Podała mu zdjęcie. – Pracuje w tej kancelarii.
Akers bardzo się starał rozpoznać Garcię. Chciał pomóc i umówić się z reporterką na kawę, ale twarz była mu obca.
– Dosyć podejrzane zdjęcie, nie sądzisz? – spytał.
– Możliwe. Znasz tego gościa?
– Nie. Nigdy go nie widziałem. To strasznie duża firma. Podczas narad wspólnicy noszą plakietki z nazwiskami. Dasz wiarę? Faceci, którzy są właścicielami, nie znają się nawzajem! Jest ich ponad setka.
– Osiemdziesięciu jeden, mówiąc ściśle. Miałeś jakiegoś przełożonego?
– Tak, wspólnika nazwiskiem Walter Welch. Prawdziwy glut. Mówiąc szczerze, nie podobało mi się u nich.
– Pamiętasz innych praktykantów?
– Jasne. Latem jest ich pełno.
– Gdybym potrzebowała paru nazwisk, mogę na ciebie liczyć?
– O każdej porze. Facet ma jakieś kłopoty?
– Nie, ale może coś wiedzieć.
– Za nic w świecie nie chciałbym tam pracować i życzę tym wszystkim palantom, żeby ich wywalili z palestry. To banda zbirów i oszustów. Naprawdę! W życiu nie widziałem takiej zgnilizny. A wszystko przez to, że mieszają się do polityki.