Zaginiona Ewangelia
- Автор: Уоллес Ирвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zaginiona Ewangelia». Краткое содержание книги:
– Ależ Karl – powiedział Randall – przecież musi być jakiś sposób, żeby im uświadomić, że drukujesz właśnie najważniejszą Biblię w historii drukarstwa.
– Nie ma szans – odrzekł Hennig. – Zaraz do tego dojdę. Po pierwsze, kiedy profesor Deichhardt zwrócił się do mnie, nie powiedział mi, co będzie zawierała Biblia, którą chciał u mnie drukować. Poinformował tylko, że jest radykalnie odnowiona i niezwykle ważna. Początkowo nie chciałem przyjąć jego zlecenia, bo uznałem, że za mało na tym zarobię. Nie chciałem odkładać na bok zyskownej roboty, nieważne, że niskiego lotu, nie zależało mi na prestiżu. Deichhardt się jednak uparł ze względu na moją przeszłość. I wiesz, co zrobił?
Randall pokręcił głową.
– Zobowiązał mnie do zachowania tajemnicy – ciągnął niemiecki drukarz – i zaaranżował mi prywatne spotkanie z profesorem Trautmannem we Frankfurcie. Byłem pod wrażeniem, bo Trautmann to jeden z naszych najwybitniejszych teologów. Podczas spotkania wręczył mi maszynopis i poprosił, żebym przeczytał go na miejscu, w jego obecności. Był to niemiecki przekład Pergaminu Petroniusza i Ewangelii świętego Jakuba. – Hennig zerknął na Randalla. – Czytałeś te teksty?
– Tak, niedawno.
– Czy wstrząsnęły tobą tak samo jak mną?
– Głęboko poruszyły.
– W moim przypadku to było duchowe przebudzenie – powiedział Hennig. – Wręcz nie wierzyłem, że taka duchowa przemiana mogła przydarzyć się mnie, żądnemu zysku biznesmenowi. A jednak tak się stało. Mój system wartości przewrócił się do góry nogami. Ach, cóż to była za oczyszczająca duszę noc! Nie miałem wątpliwości, co powinienem zrobić. Przyjąłem tę robotę, zgodziłem się wydrukować specjalną edycję kaznodziejską. Oznaczało to rezygnację z innych, bardziej zyskownych, lecz mało godziwych zleceń. Oznaczało to znacznie mniejszy zarobek. I oznaczało też, że muszę na razie zapomnieć o Heldze.
– Ale to nie wystarczyło twoim pracownikom? – zapytał raczej retorycznie Randall.
– Nie, ponieważ większość w ogóle nie wie, że podjąłem się znów godziwej drukarskiej roboty. Inspektor Heldering przyjechał tu specjalnie z Amsterdamu i wprowadził bardzo surowe zasady bezpieczeństwa. Mogłem zatrudnić do tego zadania tylko niewielką liczbę weteranów, którzy zostali zobowiązani do zachowania pełnej tajemnicy. Cała reszta pracowników nie ma pojęcia, że wróciłem do najlepszych tradycji sztuki drukarskiej, że poświęciłem lwią część moich zysków tylko po to, żeby wziąć udział w historycznej religijnej przygodzie.
– I strajk w przyszłym tygodniu jest nieunikniony?
– Jeszcze nie wiem – odrzekł Hennig z tajemniczym uśmiechem – ale za kilka minut będę wiedział. Jesteśmy pod Meinzer Hof. Wejdźmy na ostatnie piętro, do restauracji, i poznajmy odpowiedź.
Zaintrygowany Randall wszedł za Niemcem do hotelu i wjechali windą na ósme piętro.
Sala restauracyjna była jasna i pogodna, z przeszkloną ścianą dającą wspaniały widok na Ren. Maître d'hôtel powitał ich głębokim ukłonem i poprowadził szybko do stolika pod oknem, przy którym siedział krępy, grubo ciosany mężczyzna o zmierzwionej rudej czuprynie, zagłębiony w lekturze jakichś papierów.
– Herr Zoellner, mein Freund! – zawołał Hennig. – Ich will schon hoffen dass Sie noch immer mein Freund sind? Ja, ich bin da, ich erwarte ihr Urteil.
Mężczyzna zerwał się z krzesła.
– Es freut mich Sie wieder sehen zu können, Herr Hennig.
– Lecz przedtem, Herr Zoellner, proszę poznać Amerykanina, który będzie reklamował pewną szczególną książkę z naszej drukarni. To jest Herr Randall… a to Herr Zoellner, przewodniczący Związku Zawodowego Papieru i Druku, krajowego związku drukarzy. Powitałem go jako mojego przyjaciela – wyjaśnił Randallowi – i powiedziałem, że oczekuję na jego werdykt. – Wskazał gestem krzesło Zoellnerowi i podsunął drugie Randallowi. – No to jak będzie, Herr Zoellner – spojrzał na szefa związku. – Jak brzmi wyrok? Życie czy śmierć dla Karla Henniga?
Twarz Zoellnera rozjaśnił szeroki uśmiech.
– Herr Hennig, es bedeutet das Leben! – wykrzyknął radośnie. – Będzie pan żył, my wszyscy będziemy żyli dzięki panu. To dobra wiadomość. – Uniósł plik kartek i ciągnął z ożywieniem: – Propozycja, którą pan przedstawił naszemu związkowi, to najlepszy kontrakt między pracodawcą i pracownikami, za mojej pamięci. Podwyżki płac, zasiłek chorobowy, fundusz emerytalny, nowe urządzenia rekreacyjne… Herr Hennig, informuję pana z przyjemnością, że władze związku wyraziły zgodę i w tym tygodniu przedstawią te propozycje naszym członkom, którzy powinni je przyjąć jednomyślnie.
– Jestem zachwycony – wychrypiał Hennig. – A więc zapominamy o strajku? Działamy dalej wspólnie?
– Ja, ja, wspólnie – promieniał Zoellner, skłaniając z szacunkiem głowę. – Będzie pan bohaterem, może nie bardzo bogatym, ale bohaterem. Co się stało, że zmienił pan nastawienie?
– Przeczytałem pewną książkę, nic więcej – odparł Karl Hennig z uśmiechem. – Widzisz, Steve? – zawrócił się do Randalla. – Stałem się taki sentymentalny, że aż mnie mdli. Wyobraź sobie tylko, praktycznie z dnia na dzień przeobrazić się z diabła w świętego Henniga! Ale nagle zapragnąłem dzielić się z innymi. Może jestem idiotą, ale szczęśliwym.
– Kiedy podjąłeś tę decyzję? – dopytywał się Randall.
– Zaczęła kiełkować chyba tej nocy, gdy przeczytałem pewien maszynopis. Ale przemiana wymagała czasu. Być może dokonała się dopiero w zeszłym tygodniu, kiedy ten kryzys w drukarni osiągnął apogeum i kiedy przeczytałem sobie ponownie fragmenty tekstu. To mnie uspokoiło i pomogło podjąć decyzję. Postanowiłem, że wolę być raczej drugim Gutenbergiem niż krezusem i casanową. A więc mamy pokój, to cudownie. Trzeba to uczcić. – Hennig zadzwonił widelcem o szklankę, żeby przywołać kelnera. – Spełnimy toast bocksteinem z regionu Saary, to białe wytrawne wino i ma tylko osiem procent alkoholu. Jesteśmy tak podekscytowani, że tyle nam wystarczy.
Spokojny posiłek w hotelowej restauracji trwał ponad dwie godziny. Po wyjściu Zoellnera Hennig zadzwonił po porsche z kierowcą, by odwieźć Randalla do Frankfurtu.
Podczas jazdy niemiecki drukarz rozprawiał z humorem o krytym basenie o olimpijskich wymiarach, jaki zamierzał wybudować dla swoich pracowników. Mówił ze smutkiem o swym uczuciu do aktorki Helgi. Opowiadał o swoich upodobaniach i wspomniał o własnej loży w miejscowej operze. W pewnej chwili wskazał na mijaną właśnie winnicę, z której pochodziło pyszne mogunckie wino. Później zwrócił uwagę Randalla na ciche miasteczko – stare ceglane domy, wąskie uliczki, strzelista wieża kościoła, nieduży rynek, strzeżony przez figurę świętego ze świeżymi kwiatami w rękach, nazywało się Hockheim i mieszkali w nim jacyś jego krewni. Po wjechaniu na autostradę porsche pomknęło szybciej i Hennig zamilkł.