Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Odebrałem drinki i wróciłem do stolika.
— Dzięki — mruknęła, biorąc szklankę, po czym jednym haustem wypiła całą jej zawartość.
— Spokojnie, Saro.
Patrzyła na mnie wojowniczym wzrokiem, jakbym był jeszcze jedną osobą na końcu długiego szeregu ludzi, — który wchodzili jej w drogę i mówili, co ma robić. Zaraz jednak przypomniała sobie, kim jestem — albo przypomniała sobie, że ma udawać, że przypomina sobie, kim — jestem — i się uśmiechnęła. Ja też się uśmiechnąłem.
— Dwanaście lat dojrzewania w beczce — powiedziałem wesoło — przechowywanej na jakimś zboczu w Highland w oczekiwaniu na wielką chwilę, a tu nici z radości, nie zdążyła nawet dotknąć ścianek szklanki. Kto by chciał skończyć tak szybko?
Jak widzicie, gadałem od rzeczy, jednak w tych okolicznościach, czułem się do tego w pewnym stopniu upoważniony. Zostałem postrzelony, pobity, zrzucony z motocykla, uwięziony, okłamany, zastraszony, zaciągnięty do łóżka, wzięty za idiotę i zmuszony do strzelania do ludzi, których nie znałem. Od miesięcy ryzykowałem własnym życiem, a godziny dzieliły mnie od konieczności ponownego narażenia życia swojego oraz innych ludzi; wśród nich znajdowały się osoby, które nawet lubiłem.
A sprawczyni tego zamieszania — nagroda za zwycięstwo w zwariowanym japońskim teleturnieju, w którym uczestniczyłem przez całe życie — siedziała naprzeciwko mnie w bezpiecznym, ciepłym londyńskim pubie, popijając whisky. Tymczasem na zewnątrz ludzie przechadzali się po ulicach, kupowali spinki do mankietów i wygłaszali uwagi na temat wyjątkowo ładnej pogody.
Myślę, że na moim miejscu też gadalibyście od rzeczy.
Wróciliśmy do forda i zaczęliśmy krążyć po ulicach.
Choć Sara nie odzywała się za często, zdążyła mnie zapewnić, że nikt jej nie śledzi. Powiedziałem, że niezmiernie się z tego powodu cieszę, choć nie wierzyłem w to ani przez moment. Jechałem wąskimi jednokierunkowymi uliczkami, pustymi, pełnymi zieleni alejami, przeskakiwałem z pasa na pas na Westway, ale nie dostrzegłem nikogo. Wychodząc z założenia, że koszty nie grają roli, — wjechałem do dwóch kilkukondygnacyjnych parkingów, po czym natychmiast je opuszczałem. Taki manewr to koszmar dla śledzącego samochodu. Znów nic.
Zatrzymałem się i sprawdziłem, czy w fordzie nie zamontowano nadajnika. Przez piętnaście minut obmacywałem zderzaki i nadkola, dopóki nie nabrałem pewności, że nic tam nie ma. Stawałem nawet kilka razy na poboczu i wpatrywałem się w niebo w poszukiwaniu helikopterów policyjnych.
Nic.
Gdybym był hazardzistą, postawiłbym wszystkie pieniądze, że nikt nas nie śledzi.
Samotni w cichym świecie.
Ludzie mówią o „zapadających ciemnościach” albo „zapadającym zmroku”, mnie jednak te określenia nigdy nie wydawały się właściwe. Być może kiedyś na tej samej zasadzie mówiono o spadającym słońcu. Możliwe, tyle tylko, że w takim razie powinien powstać termin „zapadnięcie dnia”. A każdy, kto kiedykolwiek przeczytał jakąś książkę, wie, że dzień nie zapada. Dzień świta. W książkach dni świtają, a noce zapadają.
W prawdziwym życiu noc podnosi się z ziemi. Dzień trzyma się jeszcze kurczowo w górze, jak tylko może najdłużej, jasny i ochoczy, niczym ostatni gość wychodzący z przyjęcia, tymczasem po ziemi rozlewa się ciemność, spowijając mrokiem kostki, na zawsze skrywając upuszczone soczewki kontaktowe i sprawiając, że bramkarze przepuszczają strzały oddane po ziemi.
Noc podniosła się w parku Hampstead Heath, kiedy przemierzaliśmy go z Sarą, czasami trzymając się za ręce, a czasami nie.
Szliśmy w milczeniu, słuchając odgłosu naszych stóp na trawie, błocie i kamieniach. Jaskółki śmigały wśród drzew i krzewów niczym ukradkowi homoseksualiści, podczas gdy ukradkowi homoseksualiści śmigali tu i tam zasadniczo niczym jaskółki. Tej nocy w Heath panował spory ruch. Ale może nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Odniosłem wrażenie, że cały park wypełniają mężczyźni przemieszczający się pojedynczo, dwójkami, trójkami i w większych grupach, oceniając się, sygnalizując, negocjując i przechodząc do rzeczy: podłączając się do siebie nawzajem, aby przekazać lub otrzymać trwający mikrosekundę ładunek elektryczny, który pozwoli im wrócić do domu i spokojnie skoncentrować się na fabule przygód inspektora Morse'a.
Tacy właśnie są mężczyźni, pomyślałem. Tak wygląda nieskrępowana męska seksualność. Nie pozbawiona miłości, ale od niej oddzielona. Szybko, czysto i skutecznie. Faktycznie, zupełnie jak fiat panda.
— O czym myślisz? — zapytała Sara, wpatrując się uparcie w ziemię.
— O tobie — odparłem prawie bez zająknienia.
— O mnie? — zdziwiła się i na chwilę zapadło milczenie. — Dobrze czy źle?
— Och, zdecydowanie dobrze — spojrzałem na nią, ale wciąż szła z opuszczonym wzrokiem i marsową miną. — Zdecydowanie dobrze — powtórzyłem.
Dotarliśmy do stawu, zatrzymaliśmy się przy nim, wpatrywaliśmy się w niego, wrzucaliśmy do niego kamyki i generalnie wyrażaliśmy wdzięczność za jego istnienie zgodnie z prastarym mechanizmem, który przyciąga ludzi do wody. Wróciłem myślami do ostatniego razu, kiedy siedzieliśmy sami na brzegu Tamizy w Henley. Przed Pragą, przed Mieczem, przed wszystkimi innymi wydarzeniami.
— Thomas — odezwała się.
Odwróciłem się i stanąłem przodem do niej, ponieważ nagle nabrałem poczucia, że od dłuższego czasu zastanawiała się nad czymś i wreszcie postanowiła się tym ze mną podzielić.
— Saro.
Nie odrywała wzroku od ziemi.
— Thomas, co myślisz o tym, żebyśmy uciekli?
Zamilkła na chwilę, po czym nareszcie spojrzała na — mnie tymi swoimi pięknymi, wielkimi, szarymi oczami, a ja dostrzegłem w nich desperację, głęboko na dnie oraz na powierzchni.
— Razem — dodała. — Żebyśmy wyplątali się z tego cholerstwa.
Westchnąłem. W innym świecie, pomyślałem sobie, mogłoby nam się udać. W innym świecie, w innym wszechświecie, w innym czasie, jako dwoje zupełnie innych ludzi, faktycznie mielibyśmy szansę zostawić wszystko za sobą, polecieć na jakąś skąpaną w słońcu karaibską wyspę, uprawiać seks i pić sok z ananasów na okrągło przez cały rok.
Jednak w naszym przypadku taki plan był skazany na niepowodzenie. Wiedziałem teraz więcej o sprawach, które nurtowały mnie od dłuższego czasu, i myślałem z odrazą o sprawach, których byłem świadom od dawna.
Wziąłem głęboki oddech.
— Jak dobrze znasz Russella Barnesa? — zapytałem.
Zamrugała.
— Co?
— Zapytałem, jak dobrze znasz Russella Barnesa.
Wpatrywała się we mnie przez chwilę, po czym wybuchła czymś w rodzaju śmiechu, w sposób, w jaki ja robię, kiedy znajduję się w poważnych tarapatach.
— Barnes? — spytała, odwracając wzrok, kręcąc głową i starając się zachowywać tak, jakbym zapytał ją, czy woli pepsi, czy colę. — Co to do cholery ma…
Chwyciłem ją za łokieć, ścisnąłem i obróciłem gwałtownie, aż z powrotem znaleźliśmy się twarzą w twarz.
— Odpowiedz, proszę, do cholery, na pytanie.
Desperacja w jej oczach zmieniła się w panikę. Bała się mnie. Mówiąc szczerze, sam się siebie bałem.
— Thomas, nie mam pojęcia, o czym mówisz.
To mi wystarczyło.
Zgasła ostatnia iskierka nadziei. Skoro okłamała mnie, stojąc tam nad wodą w podnoszącej się nocy, wiedziałem, że miałem rację.