Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Шпионские детективы » Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]

Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:

Podczas wycieczki do Amsterdamu Thomas Lang dostaje propozycję zabójstwa Amerykanina, której nie przyjmuje. Po wielu przemyśleniach postanawia uprzedzić swoją niedoszłą ofiarę Woolfa. Ciąg nieprzypadkowych zdarzeń uzależnia go od Woolfa i jego córki Sary. Ich celem jest uniknięcie amerykańskiego planu ataku terrorystycznego, który miałby zmusić rząd do kupienia nowoczesnych helikopterów (projekt Absolwent). Thomas przez cały czas wmawia sobie, że nic nie czuje do dziewczyny, lecz gotowy jest zrobić dla niej wszystko. W pewnym momencie mężczyźni trafiają w pułapkę, Woolf zostaje zabity. Ranny Lang próbuje odnaleźć Sarę, pomoc w poszukiwaniach oferuje Ronnie — jej koleżanka z pracy. Thomas udaje się do ambasadora USA w Wielkiej Brytanii i uświadamia sobie jak zawiła i tajemnicza jest to sprawa. W ostateczności zostaje zmuszony to przygotowania tego ataku, inaczej Sara zginie.
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 87
Перейти на страницу:

Odebrałem drinki i wróciłem do stolika.

— Dzięki — mruknęła, biorąc szklankę, po czym jednym haustem wypiła całą jej zawartość.

— Spokojnie, Saro.

Patrzyła na mnie wojowniczym wzrokiem, jakbym był jeszcze jedną osobą na końcu długiego szeregu ludzi, — który wchodzili jej w drogę i mówili, co ma robić. Zaraz jednak przypomniała sobie, kim jestem — albo przypomniała sobie, że ma udawać, że przypomina sobie, kim — jestem — i się uśmiechnęła. Ja też się uśmiechnąłem.

— Dwanaście lat dojrzewania w beczce — powiedziałem wesoło — przechowywanej na jakimś zboczu w Highland w oczekiwaniu na wielką chwilę, a tu nici z radości, nie zdążyła nawet dotknąć ścianek szklanki. Kto by chciał skończyć tak szybko?

Jak widzicie, gadałem od rzeczy, jednak w tych okolicznościach, czułem się do tego w pewnym stopniu upoważniony. Zostałem postrzelony, pobity, zrzucony z motocykla, uwięziony, okłamany, zastraszony, zaciągnięty do łóżka, wzięty za idiotę i zmuszony do strzelania do ludzi, których nie znałem. Od miesięcy ryzykowałem własnym życiem, a godziny dzieliły mnie od konieczności ponownego narażenia życia swojego oraz innych ludzi; wśród nich znajdowały się osoby, które nawet lubiłem.

A sprawczyni tego zamieszania — nagroda za zwycięstwo w zwariowanym japońskim teleturnieju, w którym uczestniczyłem przez całe życie — siedziała naprzeciwko mnie w bezpiecznym, ciepłym londyńskim pubie, popijając whisky. Tymczasem na zewnątrz ludzie przechadzali się po ulicach, kupowali spinki do mankietów i wygłaszali uwagi na temat wyjątkowo ładnej pogody.

Myślę, że na moim miejscu też gadalibyście od rzeczy.

Wróciliśmy do forda i zaczęliśmy krążyć po ulicach.

Choć Sara nie odzywała się za często, zdążyła mnie zapewnić, że nikt jej nie śledzi. Powiedziałem, że niezmiernie się z tego powodu cieszę, choć nie wierzyłem w to ani przez moment. Jechałem wąskimi jednokierunkowymi uliczkami, pustymi, pełnymi zieleni alejami, przeskakiwałem z pasa na pas na Westway, ale nie dostrzegłem nikogo. Wychodząc z założenia, że koszty nie grają roli, — wjechałem do dwóch kilkukondygnacyjnych parkingów, po czym natychmiast je opuszczałem. Taki manewr to koszmar dla śledzącego samochodu. Znów nic.

Zatrzymałem się i sprawdziłem, czy w fordzie nie zamontowano nadajnika. Przez piętnaście minut obmacywałem zderzaki i nadkola, dopóki nie nabrałem pewności, że nic tam nie ma. Stawałem nawet kilka razy na poboczu i wpatrywałem się w niebo w poszukiwaniu helikopterów policyjnych.

Nic.

Gdybym był hazardzistą, postawiłbym wszystkie pieniądze, że nikt nas nie śledzi.

Samotni w cichym świecie.

Ludzie mówią o „zapadających ciemnościach” albo „zapadającym zmroku”, mnie jednak te określenia nigdy nie wydawały się właściwe. Być może kiedyś na tej samej zasadzie mówiono o spadającym słońcu. Możliwe, tyle tylko, że w takim razie powinien powstać termin „zapadnięcie dnia”. A każdy, kto kiedykolwiek przeczytał jakąś książkę, wie, że dzień nie zapada. Dzień świta. W książkach dni świtają, a noce zapadają.

W prawdziwym życiu noc podnosi się z ziemi. Dzień trzyma się jeszcze kurczowo w górze, jak tylko może najdłużej, jasny i ochoczy, niczym ostatni gość wychodzący z przyjęcia, tymczasem po ziemi rozlewa się ciemność, spowijając mrokiem kostki, na zawsze skrywając upuszczone soczewki kontaktowe i sprawiając, że bramkarze przepuszczają strzały oddane po ziemi.

Noc podniosła się w parku Hampstead Heath, kiedy przemierzaliśmy go z Sarą, czasami trzymając się za ręce, a czasami nie.

Szliśmy w milczeniu, słuchając odgłosu naszych stóp na trawie, błocie i kamieniach. Jaskółki śmigały wśród drzew i krzewów niczym ukradkowi homoseksualiści, podczas gdy ukradkowi homoseksualiści śmigali tu i tam zasadniczo niczym jaskółki. Tej nocy w Heath panował spory ruch. Ale może nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Odniosłem wrażenie, że cały park wypełniają mężczyźni przemieszczający się pojedynczo, dwójkami, trójkami i w większych grupach, oceniając się, sygnalizując, negocjując i przechodząc do rzeczy: podłączając się do siebie nawzajem, aby przekazać lub otrzymać trwający mikrosekundę ładunek elektryczny, który pozwoli im wrócić do domu i spokojnie skoncentrować się na fabule przygód inspektora Morse'a.

Tacy właśnie są mężczyźni, pomyślałem. Tak wygląda nieskrępowana męska seksualność. Nie pozbawiona miłości, ale od niej oddzielona. Szybko, czysto i skutecznie. Faktycznie, zupełnie jak fiat panda.

— O czym myślisz? — zapytała Sara, wpatrując się uparcie w ziemię.

— O tobie — odparłem prawie bez zająknienia.

— O mnie? — zdziwiła się i na chwilę zapadło milczenie. — Dobrze czy źle?

— Och, zdecydowanie dobrze — spojrzałem na nią, ale wciąż szła z opuszczonym wzrokiem i marsową miną. — Zdecydowanie dobrze — powtórzyłem.

Dotarliśmy do stawu, zatrzymaliśmy się przy nim, wpatrywaliśmy się w niego, wrzucaliśmy do niego kamyki i generalnie wyrażaliśmy wdzięczność za jego istnienie zgodnie z prastarym mechanizmem, który przyciąga ludzi do wody. Wróciłem myślami do ostatniego razu, kiedy siedzieliśmy sami na brzegu Tamizy w Henley. Przed Pragą, przed Mieczem, przed wszystkimi innymi wydarzeniami.

— Thomas — odezwała się.

Odwróciłem się i stanąłem przodem do niej, ponieważ nagle nabrałem poczucia, że od dłuższego czasu zastanawiała się nad czymś i wreszcie postanowiła się tym ze mną podzielić.

— Saro.

Nie odrywała wzroku od ziemi.

— Thomas, co myślisz o tym, żebyśmy uciekli?

Zamilkła na chwilę, po czym nareszcie spojrzała na — mnie tymi swoimi pięknymi, wielkimi, szarymi oczami, a ja dostrzegłem w nich desperację, głęboko na dnie oraz na powierzchni.

— Razem — dodała. — Żebyśmy wyplątali się z tego cholerstwa.

Westchnąłem. W innym świecie, pomyślałem sobie, mogłoby nam się udać. W innym świecie, w innym wszechświecie, w innym czasie, jako dwoje zupełnie innych ludzi, faktycznie mielibyśmy szansę zostawić wszystko za sobą, polecieć na jakąś skąpaną w słońcu karaibską wyspę, uprawiać seks i pić sok z ananasów na okrągło przez cały rok.

Jednak w naszym przypadku taki plan był skazany na niepowodzenie. Wiedziałem teraz więcej o sprawach, które nurtowały mnie od dłuższego czasu, i myślałem z odrazą o sprawach, których byłem świadom od dawna.

Wziąłem głęboki oddech.

— Jak dobrze znasz Russella Barnesa? — zapytałem.

Zamrugała.

— Co?

— Zapytałem, jak dobrze znasz Russella Barnesa.

Wpatrywała się we mnie przez chwilę, po czym wybuchła czymś w rodzaju śmiechu, w sposób, w jaki ja robię, kiedy znajduję się w poważnych tarapatach.

— Barnes? — spytała, odwracając wzrok, kręcąc głową i starając się zachowywać tak, jakbym zapytał ją, czy woli pepsi, czy colę. — Co to do cholery ma…

Chwyciłem ją za łokieć, ścisnąłem i obróciłem gwałtownie, aż z powrotem znaleźliśmy się twarzą w twarz.

— Odpowiedz, proszę, do cholery, na pytanie.

Desperacja w jej oczach zmieniła się w panikę. Bała się mnie. Mówiąc szczerze, sam się siebie bałem.

— Thomas, nie mam pojęcia, o czym mówisz.

To mi wystarczyło.

Zgasła ostatnia iskierka nadziei. Skoro okłamała mnie, stojąc tam nad wodą w podnoszącej się nocy, wiedziałem, że miałem rację.

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)