Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Deportowani znajdują się w opłakanym stanie — brudni i zakurzeni wyciągają miski i filiżanki, pokazując na usta i płacząc z pragnienia. Za nimi leżą w wagonach zmarli i ci, którzy są zbyt chorzy, żeby się poruszać. Weidemann mówi, że ich podróż trwała cztery dni. Żołnierze SS formują tych, którzy potrafią chodzić, w dwie kolumny. Przy rozdzielaniu rodzin ludzie krzyczą do siebie wzajemnie. Przy akompaniamencie krzyków obie kolumny odmaszerowują w różnych kierunkach. Silni mężczyźni udają się do obozu pracy. Pozostali, a razem z nimi ja i Untersturmführer, kierują się w stronę gęstej ściany drzew. Oglądając się widzę, jak więźniowie w pasiakach wspinają się do wagonów i wyciągają z nich bagaż i trupy.
8.30 rano: Weidemann ocenia liczebność kolumny na mniej więcej 2000 osób; są tu kobiety niosące na rękach niemowlęta, czepiające się ich spódnic dzieci, starcy, młodzież, ludzie chorzy i szaleńcy. Idą piątkami 300-metrową, wysypaną żużlem alejką, przez dziedziniec i kolejną alejką, przy końcu której dwanaście betonowych stopni prowadzi w dół do ogromnej, długiej na 100 metrów podziemnej komory. „Łaźnia i sala dezynfekcyjna”, głosi w kilku językach (po niemiecku, francusku, grecku i węgiersku) umieszczona na niej duża tablica. W jasno oświetlonym wnętrzu znajduje się wiele ławek i setki numerowanych wieszaków.
Strażnicy krzyczą: „Wszyscy rozbierać się! Macie dziesięć minut!” Ludzie wahają się. patrzą na siebie wzajemnie. Rozkaz jest powtarzany ostrzejszym tonem i tym razem niechętnie, ale spokojnie spełniają go. „Zapamiętajcie numer wieszaka, żebyście mogli odzyskać wasze ubrania!” Między ludźmi przesuwają się zaufani więźniowie, dodając im szeptem otuchy, pomagając rozebrać się fizycznie i psychicznie chorym. Niektóre matki starają się zagrzebać swoje niemowlęta w stosach odzieży, ale dzieci są szybko odkrywane.
9.05 rano: nagi tłum przechodzi szurając nogami przez masywne dębowe drzwi do drugiej sali, tak samo dużej jak pierwsza, ale kompletnie pustej, nie licząc czterech grubych, rozstawionych co dwadzieścia metrów słupów, które wspierają sufit. Nad każdym słupem znajduje się metalowa krata. Komora wypełnia się, zatrzaskują się drzwi. Untersturmführer daje znak, żebym szedł za nim. Mijam pustą szatnię i wspinając się po betonowych schodkach wychodzę na zewnątrz. Słyszę warkot zbliżającego się samochodu.
Na trawnik, który pokrywa dach komory, wjeżdża mała furgonetka ze znakami Czerwonego Krzyża. Zatrzymuje się. Wysiadają z niej oficer SS i lekarz. Mają na twarzach maski przeciwgazowe i trzymają cztery metalowe pojemniki. Z trawy wystają mniej więcej co dwadzieścia metrów cztery kwadratowe betonowe wywietrzniki. Lekarz i oficer zdejmują z nich pokrywy i wsypują do środka jasnoróżowy granulat. Zdejmują maski i stojąc w jasnym słońcu zapalają papierosy.
9.09 rano: Weidemann prowadzi mnie z powrotem na dół. Jedynym dźwiękiem, który dobiega z drugiej strony sali, zza walizek i stosu wciąż ciepłych ubrań, jest stłumione dudnienie. W dębowych drzwiach osadzony jest niewielki szklany wizjer. Przytykam do niego oko. W dziurę uderza męska dłoń i odsuwam gwałtownie głowę.
„Woda w prysznicach musi być dzisiaj bardzo gorąca. Krzyczą głośniej niż zwykle”, mówi jeden ze strażników.
Na zewnątrz Untersturmführer oświadcza, że musimy zaczekać dwadzieścia minut. Czy mam ochotę odwiedzić Kanadę? Jaką Kanadę, pytam. Śmieje się. Tak nazywa się jeden z oddziałów obozu. Dlaczego akurat Kanada? Wzrusza ramionami: nie wiadomo.
Kanada. Kilometr na północ od komory gazowej. Duży prostokątny dziedziniec, ogrodzony drutem kolczastym i otoczony z czterech stron wieżami strażniczymi. Całe hałdy przedmiotów: kufry, plecaki, walizki, torby, paczki, koce, wózki dziecinne, fotele na kółkach, sztuczne nogi, szczotki, grzebienie. Weidemann podaje spisane dla Reichsführera SS cyfry dotyczące wysłanego ostatnio do Rzeszy dobytku: koszule męskie — 132 000; płaszcze damskie — 155 000; kobiece włosy — 3000 kg („cały wagon”); kurtki chłopięce — 15 000; sukienki dziewczęce — 9000; chusteczki — 135 000. Dostaję w prezencie przepięknie wykończony lekarski sakwojaż — Weidemann bardzo nalega.
9.31 rano: wracamy do podziemnej komory. Powietrze wypełnia głośne brzęczenie. To patentowany, elektryczny system „Exhator” do usuwania gazu. Drzwi otwarte. Zwalone na stos przy jednym końcu ciała [fragment nieczytelny] nogi pobrudzone ekskrementami i krwią menstruacyjną; liczne zadrapania i ugryzienia. Do środka wkraczają członkowie żydowskiego Sonderkommando. Ubrani w gumowe buty i fartuchy mają na twarzach przeciwgazowe maski (według W. w niektórych miejscach opary gazu zalegają przy podłodze do 2 godzin). Polewają zwłoki wodą. Trupy są śliskie. Wloką je za zaczepione wokół nadgarstków rzemienie do czterech dwudrzwiowych wind. Pojemność każdej — 25 [fragment nieczytelny] słychać dzwonek, wjeżdżamy piętro wyżej do…
10.02 rano: krematorium. Żar zatyka oddech: 15 pieców pracuje pełną parą. Głośny hałas: silniki diesla wentylują płomienie. Ciała z windy ładowane są na taśmociąg (metalowe rolki). Krew itp. spływa do betonowych ścieków. Stojący po obu stronach fryzjerzy obcinają włosy, które zbierane są do worków. Obrączki, pierścionki, naszyjniki, bransoletki itp. wrzucane są do metalowych kasetek. Na samym końcu ekipa dentystów — 8 osób z dłutami i szczypcami — usuwa złoto (mostki, koronki, plomby). W. podaje mi, żebym zważył w ręku, puszkę ze złotem: bardzo ciężka. Trupy wrzuca się do pieców z metalowych wózków.
Untersturmführer: w obozie znajdują się cztery takie komory gazowe i krematoria. Każde z nich ma przepustowość 2000 osób dziennie, co daje 8000 razem. Obsługuje je personel żydowski, zmieniany co 2-3 miesiące. W ten sposób cała operacja jest samowystarczalna, a sekret dobrze strzeżony. Największym zmartwieniem z punktu widzenia bezpieczeństwa jest gryzący, unoszący się z kominów dym, a w nocy płomienie, które widać z odległości wielu kilometrów, w tym także od strony głównej linii kolejowej, którą podążają na Wschód nasze oddziały.