Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Pozwoliła, żeby zsunął się z niej drugi ręcznik.
Blada skóra, jasne włosy, ciemne oczy. Przypominała ducha. Musiał sprawdzić, czy jest prawdziwa, czy oboje jeszcze żyją. Wyciągnął rękę i dotknął jej biodra.
Leżeli potem spleceni ramionami na małym drewnianym łóżku. Przepowiadała mu szeptem przyszłość. Jutro wczesnym wieczorem wylądują na lotnisku Idlewild w Nowym Jorku. Pojadą prosto do siedziby nowojorskiego „Timesa”. Znała tam pewnego redaktora. Przede wszystkim muszą zrobić kopię — tuzin kopii — a potem wydrukować tyle, ile się da, najszybciej jak to możliwe. „Times” idealnie się do tego nadawał.
— A jeśli nie będą chcieli tego wydrukować? — Trudno było mu wyobrazić sobie ludzi, którzy drukują, co chcą.
— Wydrukują. Na Boga, jeśli mi odmówią, zrobię to samo co ci szaleńcy, którym nie udało się opublikować swoich powieści. Stanę na Fifth Avenue i będę wręczała kopie przechodniom. Ale nie przejmuj się: wydrukują to, a my będziemy tymi, którzy zmienili historię.
— Ale czy ktoś w to uwierzy? — Ta wątpliwość rosła w nim z każdą chwilą, odkąd otworzył torbę. — Czy to nie jest coś, w co po prostu nie sposób uwierzyć?
Nie, odparła z olbrzymim przekonaniem, ponieważ teraz mają fakty, a fakty zmieniają wszystko. Bez nich nie ma się niczego, ma się pustkę. Ale po przedstawieniu faktów — po przedstawieniu nazwisk, dat, rozkazów, liczb, godzin, miejsc, współrzędnych geograficznych, rozkładów jazdy, fotografii, wykresów, opisów — ta pustka zaczyna nagle mieć swoją własną geometrię, można ją nareszcie zmierzyć, staje się czymś konkretnym. Oczywiście można zawsze ten konkret podważyć, zakwestionować albo po prostu zignorować. Ale każda z tych reakcji jest z samej definicji jakąś reakcją, a więc odpowiedzią na rzecz, która istnieje.
— Niektórzy ludzie na pewno nie uwierzą: nie uwierzyliby nawet, gdybyśmy im dostarczyli nie wiadomo jakich dowodów. Ale jest tutaj, moim zdaniem, dosyć, żeby osadzić Kennedy’ego w miejscu. Nie będzie szczytu. Nie będzie powtórnych wyborów. Nie będzie odprężenia. A za pięć albo za pięćdziesiąt lat to państwo legnie w gruzach. Nie można budować na masowych mogiłach. Ludzie nie są tacy źli… nie mogą być tacy źli… wierzę w to. A ty?
Nie odpowiedział.
Obudził się dość wcześnie, żeby obejrzeć kolejny berliński świt. W oknie poddasza tkwiła znajoma szara twarz, twarz starego przeciwnika.
— Nazwisko?
— Magda Voss.
— Urodzona?
— Dwudziestego piątego października 1939.
— Gdzie?
— W Berlinie.
— Zawód?
— Nie pracuję. Mieszkam razem z rodzicami w Berlinie.
— Dokąd pani jedzie?
— Do Waldshut nad Renem. Na spotkanie z narzeczonym.
— Jego nazwisko?
— Paul Hahn.
— W jakim celu udaje się pani do Szwajcarii?
— Na wesele przyjaciółki.
— Gdzie odbywa się wesele?
— W Zurychu.
— Co to jest?
— Prezent ślubny. Album fotograficzny. Albo Biblia? Książka? Deska do krojenia? — Sprawdzała na nim odpowiedzi.
— Deska do krojenia… doskonale. Dokładnie taki rodzaj podarunku, jaki dziewczyna pokroju Magdy będzie wiozła przez osiemset kilometrów, żeby wręczyć przyjaciółce. — March przemierzał wielkimi krokami pokój. Teraz zatrzymał się i wycelował palec w paczkę. — Proszę to otworzyć, Fräulein.
Przez chwilę się zastanawiała.
— Co mam na to odpowiedzieć?
— Nie ma na to żadnej dobrej odpowiedzi.
— Wspaniale. — Wyjęła papierosa i zapaliła. — Widzisz? Trzęsą mi się ręce.
Dochodziła siódma.
— Czas ruszać.
Hotel zaczynał budzić się do życia. Mijając rząd drzwi z cienkiej dykty słyszeli za nimi szum wody, radio, śmiech dzieci. Gdzieś na drugim piętrze chrapał głośno, nie przejmując się niczym, jakiś mężczyzna.
Trzymali paczkę ostrożnie, w wyciągniętych rękach, tak jakby zawierała uran. Charlie schowała ją między ubrania, do środka swojej walizki. March zniósł walizkę po schodach, minął pusty hol i wyszedł wąskim wyjściem przeciwpożarowym na tyły hotelu. Charlie miała na sobie ciemnoniebieski kostium, włosy schowała pod chustką. Wypożyczony opel stał tuż obok volkswagena. Z kuchni dochodziły krzyki, zapach świeżej kawy i syczenie frytury.
— Wyjeżdżając z Bellevue skręć w prawo. Droga biegnie wzdłuż doliny. Nie sposób nie zauważyć mostu.
— Już mi to mówiłeś.
— Zanim podjedziesz do odprawy, spróbuj zorientować się, jak dokładnie sprawdzają przekraczających granicę. Jeśli okaże się, że kontrolują wszystko, zawróć i postaraj się to gdzieś ukryć. W lesie, rowie, stodole… w jakimś miejscu, które potrafisz zapamiętać, miejscu, do którego ktoś po to wróci. Potem wyjedź. Obiecaj mi:
— Obiecuję.
— Z Zurychu codziennie odlatuje samolot Swissairu do Nowego Jorku. O drugiej po południu.
— O drugiej. Wiem. Mówiłeś mi to już dwa razy. Dał krok do przodu, żeby ją objąć, ale odepchnęła go.
— Nie będę się z tobą żegnać. Nie tutaj. Zobaczymy się dziś wieczorem. Zobaczymy się.
Przeżyli moment niepokoju, kiedy opel nie chciał zapalić. Ale potem Charlie włączyła ssanie, spróbowała ponownie i tym razem się udało. Nie patrząc na Xaviera wyjechała tyłem z parkingu. Zobaczył po raz ostatni jej profil — patrzyła prosto przed siebie, zaciskając palce na kierownicy — a potem opel zniknął, zostawiając za sobą w chłodnym porannym powietrzu obłoczek bladoniebieskich spalin.
March siedział samotnie na skraju łóżka, trzymając w ręku jej poduszkę. Odczekał godzinę, zanim ubrał się w mundur. Zapinając guziki stanął przed lustrem toaletki. Cokolwiek się z nim stanie, zakładał go po raz ostatni.
„Będziemy tymi, którzy zmienili historię…”
Włożył na głowę czapkę i poprawił ją. A potem wziął trzydzieści zapisanych kartek, swój notes, kieszonkowy kalendarz Buhlera, złożył wszystko razem, owinął w drugi arkusz pakowego papieru i wsunął do wewnętrznej kieszeni.
Czy tak łatwo zmienia się historię? Nie był tego taki pewien. Wiedział co prawda z własnego doświadczenia, że tajemnice są jak kwas — raz rozlane, potrafią przeżreć wszystko: jeśli udało im się rozbić małżeństwo, dlaczego nie mają zniszczyć prezydentury albo całego państwa? Ale historia? Potrząsnął głową, wpatrując się we własne odbicie — historia była czymś, co go przerastało. Policjanci zamieniają podejrzenia na dowody. On tego dokonał. Historię pozostawiał jej.
Zaniósł do łazienki torbę Luthera i wrzucił do niej wszystko, co zostawiła Charlie — puste butelki, gumowe rękawice, talerz, łyżkę, szczotki. Powtórzył to samo w sypialni. Dziwne, jak bardzo wypełniała sobą to miejsce, jak bardzo wydawało się bez niej puste. Spojrzał na zegarek. Było wpół do dziewiątej. Powinna już dawno wyjechać z Berlina, być może mijała Wittenberg. W recepcji kręcił się dyrektor.
— Dzień dobry, Herr Sturmbannführer. Czy przesłuchanie skończone?
— Oczywiście, Herr Brecker. Jeszcze raz dziękuję za patriotyczną postawę.
— Cała przyjemność po mojej stronie. — Hotelarz ukłonił się lekko i zatarł swoje tłuste białe dłonie, tak jakby namaszczał je olejkiem. — Gdyby Herr Sturmbannführer miał jeszcze kiedykolwiek życzenie kogoś przesłuchać, polecam swoje usługi… — Jego krzaczaste brwi wykonywały dziki taniec. — Być może będę nawet mógł dostarczyć jakąś podejrzaną?
March uśmiechnął się.