Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Vaterland [Fatherland - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Vaterland [Fatherland - pl]

Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:

Jest rok 1964. Nazistowskie Niemcy triumfują w Europie oraz Azji i przygotowują się do obchodów 75 urodzin Hitlera. Prezydent USA J.F.Kennedy ma przybyć z oficjalną wizytą do Rzeszy, aby przywrócić stosunki dyplomatyczne miedzy krajami. Wtedy uwagę władz przykuwa seria tajemniczych morderstw. Wszystkie ofiary łączy udział w planie eksterminacji Żydów i Słowian. Śledztwo rozpoczynają agencji niemieckiego wywiadu, szpiedzy i amerykańska dziennikarka. Rozwiązanie okaże się bardziej zaskakujące, niż ktokolwiek przypuszcza.
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 86
Перейти на страницу:

Nagle, znudzony własnym dziełem, Pili odsunął na bok kredki i dał nurka pod łóżko. Wyciągnął stamtąd stos starych wojennych czasopism.

— Skąd je wziąłeś?

— Dał mi je wujek Erich. Kiedyś je zbierał. Chłopiec usiadł na łóżku i zaczął przerzucać strony.

— Co jest napisane pod tym zdjęciem, tato? — Podał Marchowi czasopismo i usiadł obok, biorąc go za rękę.

— „Saper przedarł się przez zapory z drutu kolczastego, osłaniając stanowisko karabinu maszynowego — przeczytał Xavier. — Kilka języków ognia i śmiertelny strumień płonącego oleju wyeliminował przeciwnika z akcji. Obsługujący miotacze ognia muszą być ludźmi o stalowych nerwach”.

— A pod tym?

March nie tak wyobrażał sobie swoje pożegnanie. Ale jeśli tego właśnie chciał chłopiec…

— „Chcemy walczyć o nową Europę — ciągnął dalej. — Tak twierdzą trzej bracia z Kopenhagi razem z dowódcą ich kompanii na obozie treningowym SS w Górnej Alzacji. Spełnili wszystkie wymagania dotyczące stanu zdrowia i czystości rasowej i cieszą się teraz urokami męskiego życia na świeżym powietrzu w położonym wśród lasów obozie”.

— A pod tym? Xavier uśmiechnął się.

— Daj spokój, Pili. Masz już przecież dziesięć lat. Potrafisz sam czytać.

— Ale chcę, żebyś ty to przeczytał. Tutaj jest fotografia U-Boota, takiego samego jak twój. Przeczytaj, co piszą pod spodem.

March przestał się uśmiechać i odłożył czasopismo. Coś było nie w porządku. Co? Nagle zdał sobie sprawę: to cisza. Od kilku minut nic nie wydarzyło się na ulicy: nikt nie przejechał, nikt nie przeszedł, nikt się nie odezwał. Ucichła nawet kosiarka. Zobaczył, jak oczy syna pobiegły ku oknu, i zrozumiał.

Gdzieś w środku domu zabrzęczało szkło. Xavier rzucił się ku drzwiom, ale chłopak był od niego szybszy: zsunął się z łóżka i złapał go za nogi, owijając się wokół nich niczym płód w parodii dziecinnego błagania.

— Proszę, nie odchodź, tato — powtarzał — proszę…

March złapał palcami za klamkę, ale nie mógł się poruszyć. Był przykuty, przytwierdzony do podłogi. Już mi się to kiedyś śniło, pomyślał. Za ich plecami pękła, zasypując ich szkłem, okienna szyba — w sypialni pojawiły się prawdziwe mundury i prawdziwa broń — i nagle Xavier zorientował się, że leży na plecach, wpatrując się w małe samolociki, które wirowały i huśtały się wściekle na swoich podwieszonych u sufitu niewidzialnych nitkach.

— Wszystko będzie dobrze, tato — słyszał głos Pilego. — Oni ci pomogą. Sprawią, że staniesz się lepszy. A potem będziesz mógł wrócić i zamieszkać razem z nami. Obiecali mi…

3

Ręce skuli mu za plecami, dłońmi na zewnątrz. Dwóch esesmanów przygwoździło go do ściany, na której wisiała mapa frontu wschodniego. Globus stanął pół metra przed nim. Pilego, dzięki Bogu, wypchnęli z pokoju.

— Czekałem na ten moment — stwierdził Globus — tak jak pan młody czeka na swoją narzeczoną. — Uderzył go mocno w żołądek. March zgiął się wpół i osunął na kolana, ściągając na siebie upstrzoną szpilkami mapę. Miał wrażenie, że już nigdy nie uda mu się zaczerpnąć oddechu. A potem Globus złapał go za włosy; March zacharczał, próbując złapać powietrze, i w tej samej chwili Obergruppenführer uderzył go jeszcze raz, ponownie posyłając na podłogę. Powtórzyło się to kilka razy. W końcu, kiedy leżał z podkurczonymi nogami na dywanie, Globus postawił but na jego skroni, wbijając mu w ucho duży palec.

— Popatrzcie — powiedział. — Wdepnąłem w gówno. — Z bardzo daleka dobiegł Marcha rechotliwy śmiech mężczyzn.

— Gdzie jest dziewczyna?

— Jaka dziewczyna?

Globus rozprostował powoli, tuż przed twarzą Marcha, swoje grube paluchy, a potem zatoczył ręką łuk, uderzając go kantem dłoni w nerki.

To było o wiele gorsze od wszystkiego, czego Xavier doznał do tej pory — oślepiający biały błysk bólu, który przeszył go na wskroś i ponownie posłał plującego żółcią na podłogę. A najgorsza była świadomość, że to dopiero początek mozolnej wspinaczki. Czekały go długie, wznoszące się niczym nuty na pięciolinii etapy tortur: od głuchego basowego bólu po ciosach w brzuch, poprzez mieszczące się w środkowym rejestrze uderzenia w nerki, aż po jakiś niesłyszalny ludzkim uchem, czysty jak kryształ ton.

— Gdzie jest dziewczyna?

— Jaka… dziewczyna…?

Rozbroili go i przeszukali, a potem na pół popychając, na pół wlokąc wyprowadzili z bungalowu. Przy krawężniku zgromadził się już mały tłumek. Starsi sąsiedzi Klary przyglądali się, jak gestapowcy wpychają go głową naprzód na tylne siedzenie BMW. Rzucił szybko okiem na ulicę. Przed domem stała wojskowa ciężarówka i cztery albo pięć samochodów z obracającymi się na dachu światłami. Czego się tutaj spodziewali? Małej wojny? Wciąż nie było nigdzie widać Pilego. Kajdanki zmuszały go do pochylenia się do przodu. Na tylnym siedzeniu, po obu jego stronach usiedli dwaj gestapowcy. Kiedy samochód ruszył z miejsca, zobaczył, że część starszych ludzi szurając nogami wraca już do domów, do kojącej poświaty telewizorów.

Zawieźli go na północ pustymi w dniu święta ulicami. Z Saarland Strasse skręcili na wschód w Prinz-Albrecht, a potem, pięćdziesiąt metrów za głównym wejściem do gmachu Gestapo, cały konwój wjechał, mijając otwarte skrzydła wysokiej więziennej bramy, na brukowany dziedziniec z tyłu budynku.

Wywleczono go z samochodu i poprowadzono przez niskie wejście w dół, po stromych betonowych schodach. Obcasy Marcha zaszurały po posadzce nisko sklepionego korytarza. A potem były drzwi, wnętrze celi i cisza.

Zostawili go samego, pozwalając popracować trochę wyobraźni — normalny tryb postępowania. Bardzo dobrze. Podczołgał się do kąta i oparł czoło o wilgotną cegłę. Z każdą mijającą minutą Charlie oddalała się coraz bardziej od Berlina. Pomyślał o Pilim, o wszystkich kłamstwach i dłonie zacisnęły mu się bezwiednie w pięści.

Palącą się nad drzwiami gołą żarówkę osłaniała zardzewiała metalowa siatka. Zerknął na przegub ręki — daremny gest, zabrali mu zegarek. Charlie musi być chyba teraz niedaleko Norymbergi? Próbował wyobrazić sobie gotyckie wieże — świętego Wawrzyńca, świętego Sebalda, świętego Jakuba…

Bolała go każda kończyna — każda część jego ciała, którą potrafił nazwać — a przecież poświęcili mu dotychczas zaledwie pięć minut i udało im się nie pozostawić żadnego śladu na twarzy. Zaczął się bezgłośnie śmiać, ale zabolały go żebra i przestał.

Zaprowadzono go korytarzem do pokoju przesłuchań: otynkowane na biało ściany, ciężki dębowy stół z dwoma stojącymi naprzeciwko siebie krzesłami; w kącie żelazny piecyk. Globus zniknął gdzieś, teraz sprawę prowadził Krebs. Marchowi zdjęto kajdanki. Znowu normalny tryb postępowania — po twardym gliniarzu przychodzi ten miękki. Sturmbannführer pozwolił sobie nawet na żart.

— Normalnie aresztowalibyśmy również twojego syna i postraszyli go, żeby zapewnić sobie z twojej strony lepszą współpracę. Ale wiemy, że takie postępowanie wywołałoby w tym przypadku przeciwny do zamierzonego efekt. — Specyficzne poczucie humoru tajniaka! Krebs pochylił się na krześle i wycelował w Marcha ołówkiem. — Tak czy inaczej niezwykły z niego chłopak.

— Rzeczywiście „niezwykły”. — Kiedy go bili, March ugryzł się w którymś momencie w język. Teraz mówił, jakby spędził tydzień w fotelu dentysty.

— Zeszłej nocy daliśmy nasz numer twojej byłej żonie — kontynuował Sturmbannführer — na wypadek gdybyś próbował się z nią skontaktować. Chłopak zapamiętał go. Zadzwonił, kiedy tylko cię zobaczył. Odziedziczył twoją inteligencję, March. I inicjatywę. Powinieneś być z niego dumny.

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 86
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)