Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
O dziesiątej zadzwonił do domu Fletchera Coala i zdał mu krótką relację z podróży.
Coal miał inne rzeczy na głowie.
– Grantham oszalał. Oprócz niego mamy na karku jakiegoś Rifkina z “Timesa”. Obaj wydzwaniają po całym mieście. Mogą przysporzyć nam masę kłopotów.
– Czytali raport?
– Nie wiem, czy go czytali, ale na pewno słyszeli o nim. Rifkin zadzwonił wczoraj do domu jednego z moich współpracowników i zapytał wprost, co wie o raporcie “Pelikana”. Facet nic nie wie i odniósł wrażenie, że Rifkin wie jeszcze mniej. Zakładam, że nie widział raportu, ale nie mam pewności.
– Do cholery, Coal! Nie damy rady bandzie reporterów! Ci faceci potrafią obdzwonić sto miejsc w ciągu minuty.
– Daj spokój. Na razie mamy na karku tylko dwóch pismaków: Granthama i Rifkina. Granthama masz już zdrutowanego, zrób to samo z Rifkinem.
– Co z tego, że Grantham jest zdrutowany, kiedy nie używa telefonu w mieszkaniu ani w samochodzie! Dzwoniłem do Baileya z lotniska w Nowym Orleanie. Granthama nie ma w domu od dwudziestu czterech godzin, ale samochód stoi na parkingu. Dzwonili do niego i walili do drzwi. Więc albo kojfnął w mieszkaniu, albo wymknął się nam.
– Może rzeczywiście padł…
– Nie sądzę. Mieliśmy go na oku przez cały czas, a oprócz nas śledzą go federalni. Myślę, że coś wyniuchał.
– Musicie go znaleźć!
– Pojawi się prędzej czy później. Nie może oddalać się za bardzo od sali agencyjnej na czwartym piętrze.
– Zdrutujcie Rifkina. Zadzwoń wieczorem do Baileya i powiedz, żeby zajął się tym natychmiast.
– Tak jest, szefie.
– Co według ciebie zrobi Mattiece, jeśli dowie się, że Grantham zabrał się do tej historii i za parę dni puści ją na pierwszej stronie “Washington Post”? – spytał Coal.
Barr wyciągnął się na hotelowym łóżku i zamknął oczy. Wiele miesięcy temu postanowił, że nigdy nie wejdzie w drogę Fletcherowi Coalowi. Szef gabinetu był zwierzęciem!
– Mattiece nie ma nic przeciwko zabijaniu ludzi, prawda? – rzucił do słuchawki.
– Spotkasz się z nim jutro?
– Nie wiem. Ci faceci są bardzo dyskretni. Mówią szeptem zza zamkniętych drzwi. Niczego się od nich nie dowiedziałem.
– Po co kazali ci jechać do Fort Lauderdale?
– Nie mam pojęcia, ale chyba dlatego, że stąd jest znacznie bliżej do Bahamów. Może jutro polecę na Karaiby, a może on przyleci tutaj. Po prostu nie wiem.
– Sprzedaj mu sprawę Granthama w odpowiednim świetle. Mattiece to kupi.
– Zastanowię się.
– Zadzwoń rano.
Gdy weszła do pokoju, nadepnęła na kartkę. Przebiegła wzrokiem linijkę tekstu: Darby, czekam w patio. To pilne! Gray. Wzięła głęboki oddech i zgniotła papier. Zamknęła drzwi i ruszyła do foyer wąskimi, krętymi korytarzami. Przeszła przez mroczną palarnię, bar i restaurację. Stanęła w patio. Grantham siedział przy małym stoliczku zasłoniętym częściowo pergolą.
– Skąd się tutaj wziąłeś? – spytała szeptem, siadając na krześle.
Wyglądał na zmęczonego i zmartwionego.
– Gdzie byłaś? – odpowiedział pytaniem.
– Nieważne. Miałeś tu nie przychodzić bez mojego polecenia. Mów, co się dzieje.
Opowiedział jej pokrótce o wydarzeniach dzisiejszego ranka, począwszy od rozmowy telefonicznej z Keenem, a skończywszy na spotkaniu z pokojówką. Przez cały dzień jeździł po mieście, zmieniając taksówki; wydał na nie prawie osiemdziesiąt dolarów. Czekał do zmroku, by wślizgnąć się do Gospody Tabbarda. Był pewny, że nikt go nie śledził.
Słuchała w milczeniu. Obserwowała wnętrze restauracji i wyjście na patio, pilnie nadstawiając ucha.
– Nie mam pojęcia, jak mnie znaleźli – powiedział wreszcie bezradnie.
– Podawałeś komuś numer pokoju?
Zastanawiał się przez chwilę.
– Tylko Keenowi. Ale on nikomu nie powtórzył.
– Gdzie wtedy byliście?
– W jego samochodzie.
– Wyraźnie kazałam ci nikomu niczego nie mówić. Czy tak?
Nie odpowiedział.
– Świetnie się bawisz, Gray. Takim wielkim reporterom jak ty codziennie grożą śmiercią, więc nie ma się czym przejmować. Jesteś nieustraszony! A może nosisz kamizelkę kuloodporną? Przyznaj się, Gray. Pobawisz się w detektywa, a potem dostaniesz Pulitzera, będziesz sławny i bogaty, a ci faceci mogą ci skoczyć, bo przecież jesteś Grayem Granthamem z “Washington Post” i najgłupszym skurwysynem, jakiego znam!
– Przestań, Darby…
– Usiłowałam wbić ci do głowy, jak niebezpieczni są ci ludzie. Widziałam, do czego są zdolni. Wiem, co mi zrobią, gdy mnie znajdą. Ale ciebie nie ruszą, Gray. Bo ty bawisz się z nimi w policjantów i złodziei. W chowanego…
– Przekonałaś mnie, w porządku?
– Posłuchaj, ważniaku, nie rzucam słów na wiatr! Jeszcze jedna taka obsuwa i jesteśmy wspomnieniem. Szczęście nie trwa wiecznie. Pojmujesz?
– Tak! Przysięgam, że zrozumiałem.
– Wynajmij sobie gdzieś pokój. Jeśli dożyjemy do jutra, znajdę ci inny hotel.
– A jeśli nie będzie wolnych miejsc?
– To prześpisz się na podłodze w mojej łazience. Za zamkniętymi drzwiami.
Nie żartowała. Czuł się jak pierwszoklasista, który właśnie oberwał po łapach. Nie odzywali się do siebie przez pięć minut.
– Ale jak mnie znaleźli? – spytał w końcu.
– Masz podsłuch w domu i samochodzie. Auto Keena jest również zdrutowane. To nie są amatorzy.
ROZDZIAŁ 36
Spędził noc w pokoju numer czternaście na pierwszym piętrze, ale nie mógł spać. Gdy o szóstej otwarto restaurację, zszedł po cichu na dół na kawę, po czym wrócił szybko do siebie.
Gospoda i Zajazd Tabbarda były wiekowym i wielce osobliwym miejscem, usytuowanym w trzech połączonych ze sobą staromiejskich kamieniczkach. Wszędzie napotykało się maleńkie drzwi i wąskie, biegnące we wszystkich kierunkach korytarzyki.
Czekał go długi, męczący dzień, ale spędzi go wraz z Darby, jak miał prawo przypuszczać. Popełnił błąd, fatalną pomyłkę, ale wybaczyła mu. Dokładnie o wpół do dziewiątej zastukał do drzwi pod numerem pierwszym. Otworzyła je szybko, a potem starannie zamknęła. Była ubrana w dżinsy i flanelową koszulę. Znów wyglądała jak studentka prawa. Nalała mu kawy i usiadła przy małym stoliczku, na którym stał telefon otoczony zapisanymi kartkami.
– Dobrze spałeś? – zapytała uprzejmie.
– Nie. – Rzucił na łóżko egzemplarz “Timesa”. Już go przeczytał i znów niczego nie znalazł.
Darby podniosła słuchawkę i wystukała numer wydziału prawa w Georgetown.
– Poproszę z dziekanatem – powiedziała kategorycznym tonem. – Halo? Mówi Sandra Jernigan. Dzwonię z kancelarii White’a i Blazevicha. Mam do pani następującą prośbę: mieliśmy podczas weekendu awarię komputerów i musimy odtworzyć listy płac potrzebne do rocznego bilansu… Tak, White i Blazevich… Chodzi o nazwiska studentów waszego wydziału, którzy pracowali dla nas latem tego roku. Zdaje się, że było ich czterech… – Pauza. – Jernigan. Sandra Jernigan – powtórzyła. – Rozumiem… Jak długo to potrwa? – Pauza. – A z kim mówię? Z Joan… Dziękuję, Joan… – Darby zakryła słuchawkę i odetchnęła głęboko.
Gray wpatrywał się w nią z napięciem. Na jego twarzy malował się wyraz podziwu.
– Tak, Joan? Było ich aż siedmiu! Mamy tu kompletny bałagan po tej awarii… Czy mogłabym dostać ich adresy i numery kart ubezpieczeniowych? Tak, będzie nam to potrzebne do podatków. Oczywiście. Jak długo to potrwa? Świetnie. Mam akurat pod ręką gońca, nazywa się Snowden. Będzie u was za pół godziny. Dziękuję, Joan, miłego dnia. – Odłożyła słuchawkę i zamknęła oczy.