Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]
Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]

Электронная книга - «Zaginiony Legion [The Misplaced Legion - pl]». Краткое содержание книги:

W 46 roku p.n.e. rzymski legion pod wodzą Marka Emiliusza Scaurusa podczas zwiadu w Galii natyka się na nieprzyjacielskie oddziały Celtów kierowane przez Viridoviksa. Przywódcy wrogich wojsk postanawiają sami stoczyć pojedynek. Jednak w chwili gdy krzyżują swe identyczne, pokryte druidzkimi runami miecze, wszyscy Rzymianie po krótkim oślepieniu tajemniczą jasnością odkrywają, że znajdują się w innym świecie.
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 104
Перейти на страницу:

O ile muzyka dzwonów wywarła na niemuzykalnym trybunie wrażenie, to Helvis napełniła czystą rozkoszą. — Wielokrotnie słyszałam, jak ludzie chwalą grę dzwonników Świątyni, lecz nigdy przedtem nie miałam okazji ich słuchać. To jeszcze jeden powód, dla którego chciałam być tutaj dziś w nocy. — Spojrzała figlarnie na Marka. — Gdybym wiedziała, że ich lubisz, użyłabym tego jako argumentu, by tu przyjść.

Musiał się uśmiechnąć. — Prawdopodobnie dobrze się stało, że tego nie zrobiłaś. — Stwierdził, że trudno mu sobie wyobrazić, by ktokolwiek obietnicą muzyki zdołał go przekonać, żeby gdzieś poszedł. Jednak nie ulegało wątpliwości, że muzyka dzwonów dodała smaku temu, co w innych okolicznościach byłoby nudnym wieczorem.

Imperator wysłał obwoływaczy na ulice dla ostrzeżenia mieszkańców Videssos, by następny dzień spędzili w domach. Główne arterie zostały szczelnie wypełnione żołnierzami w pełnym rynsztunku, nerwowymi końmi i ryczącymi osłami, wozami wiozącymi rodziny wojowników i ich osobisty dobytek, innymi wozami powożonymi przez markietanki, i jeszcze innymi załadowanymi wszelkim możliwym do wyobrażenia sprzętem wojennym. Spokój pryskał o wiele szybciej, niż skracały się szeregi ludzi, zwierząt i wozów, wlokących się ku nadbrzeżom, gdzie czekały na nich statki i łodzie, by przewieźć to wszystko przez Koński Bród na zachodnie ziemie Imperium.

Rzymianie, jako część Imperialnej Gwardii Mavrikiosa, nie musieli długo czekać na przeprawę. Wszystko przebiegło tak gładko, jak to tylko było możliwe, z wyjątkiem Viridoviksa. Nieszczęsny Celt spędził całą podróż — na szczęście dla niego trwającą niecałe pół godziny — przechylony przez reling galery i bezradnie wymiotujący.

— Zdarza się to za każdym razem, kiedy jestem na wodzie — jęknął pomiędzy skurczami. Zwykła czerstwość zniknęła z jego twarzy, pozostawiając go bladym jak brzuch ryby.

— Jedz suchary rozkruszone w winie — zalecił Gorgidas — albo, jeśli chcesz, mam wywar z opium, który pomoże, choć po zażyciu będziesz senny przez dzień lub coś koło tego.

— Jeść… — Samo słowo wystarczyło, by Gal na chwiejnych nogach potoczył się ku relingowi. Kiedy skończył, odwrócił się do Gorgidasa. Łzy niedoli błyszczały w jego oczach. — Dziękuję waszej czcigodności za radę i za wszystko, ale już za późno, by mi to cokolwiek pomogło. Suchy ląd — niech będzie błogosławiony — pod stopami, posłuży mi lepiej niż jakiekolwiek panaceum, które kiedykolwiek zrobiłeś. — Złapał się za brzuch, gdy kolejna fala uniosła łagodnie dziób statku.

Ze swymi małymi portami, przedmieścia Videssos na zachodnim brzegu Końskiego Brodu nie mogły marzyć o uporaniu się z lawiną statków, która się na nie zwaliła. Stolica pełniła rolę głównego portu Imperium i, zazdrosna o swoją pozycje, pilnowała, by żadne z pobliskich miast nie mogło odebrać jej płynących z tego korzyści.

Niemniej jednak armada ostrodziobych, wąskich galer, statków handlowych, łodzi rybackich, szkut i rozmaitych pstrych stateczków nie musiała czekać na redzie, by wyładować przewożoną armię. Videssańskie statki, tak jak te, które budowali Rzymianie, nawet w przypadku największych jednostek były na tyle małe i lekkie, by bez obawy uszkodzenia mogły osiąść na mieliźnie. Na odcinku długości kilku mil w górę i w dół brzegu wiosła wprowadziły statki na przybrzeżne płycizny, tak że ludzie i zwierzęta mogli, brnąc przez pianę przyboju, wydostać się na brzeg. Marynarze i żołnierze przeklinali razem, gdy mozolili się przenosząc ładunek ze statków na ląd. Pozbawione ładunku, tym samym lżejsze statki, można było łatwiej zepchnąć z mielizny na pełną wodę.

Viridoviks tak bardzo pragnął wydostać się na ląd, że przeskoczył przez reling, zanim statek na dobre osiadł na mieliźnie, i z pluskiem runął do wody, zanurzając się w niej po szyję. Przeklinając po galijsku, wygramolił się na plażę, gdzie wyciągnął się jak długi tuż poza zasięgiem fal. Przytulił się do złotego piasku jak do kochanki. Nie tak wymęczeni, a stąd bardziej cierpliwi, Rzymianie podążyli jego śladem.

Imperatorska galera dobiła do brzegu niedaleko miejsca, gdzie wylądowali Rzymianie. Pierwsi zeszli z niej — nigdy go nie odstępujący — halogajscy gwardziści Mavrikiosa. Tak jak Rzymianie, opuścili swój statek schodząc po drabinkach sznurowych i sieciach przerzuconych przez burtę. Potem, czujni jak zawsze, pospiesznie zajęli pozycje zabezpieczające przed jakąkolwiek niespodziewaną, zdradziecką napaścią.

Jednak dla Imperatora, nawet takiego, który przywiązywał do ceremonii tak wielką wagę jak Mavrikios Gavras, złażenie po linie nie było odpowiednim sposobem zejścia na ląd. Gdy tylko gwardziści zajęli pozycje, ze statku przerzucono na plażę pomost z pozłacanych desek. Lecz kiedy Imperator miał zstąpić na piasek, jego obuta stopa przydepnęła skraj długiej, purpurowej togi. Mavrikios potknął się i wylądował na plaży na czworakach.

Zarówno Rzymianie, Halogajczycy, jak i videssańscy marynarze wytrzeszczyli na to oczy z przerażeniem. Jaki znak mógł wróżyć gorzej dla kampanii niż to, że jej dowódca upadł, nim się jeszcze zaczęła?

Lecz Mavrikios stanął na wysokości zadania. Unosząc się na kolana, podniósł do góry dwie pięści pełne piasku i rzekł głośno: — Videssos, dzierżę cię mocno! — Powstał i zajął się swoimi sprawami, jak gdyby nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego.

I, po chwili czy dwóch, to samo uczynili ludzie, którzy byli świadkami wypadku. Szybka orientacja Imperatora pozwoliła zmienić zły omen w dobry. Rozmawiając wieczorem o tym wydarzeniu, Gajusz Filipus złożył Mavrikiosovi wyrazy swego najwyższego uznania. — Cezar — oświadczył stary weteran — nie mógłby zrobić tego lepiej.

Jak mnóstwo małych potoków zlewających się, by utworzyć wielką rzekę, tak oddziały videssańskiej armii gromadziły się na zachodnim brzegu Końskiego Brodu. Przemieszczenie armii ze stolicy okazało się daleko łatwiejsze, niż spodziewał się tego Marek. Jak się wydawało, organizacja, która stanowiła tak istotną część życia Imperium, ostatecznie dawała jakieś korzyści.

Ta organizacja pokazała swoje zalety ponownie, kiedy rozpoczął się marsz do Garsavru. Skaurus wątpił, czy Rzym zdołałby zapewnić tak ogromnej armii żywność bez łupienia wsi, i wydał swoim ludziom surowe rozkazy zakazujące plądrowania. Lecz grabież dla zdobycia żywności nigdy nie stała się koniecznością. Yezda nie posunęli się jeszcze tak daleko na wschód i miejscowi urzędnicy nie mieli kłopotów, by zaopatrzyć armię i towarzyszące jej osoby w produkty w ilościach odpowiednich dla ich potrzeb. Zboże dostarczały wozy zaprzężone w woły i barki rzeczne, razem ze stadami bydła i owiec przeznaczonymi na mięso.

Myśliwi uzupełniali zaopatrzenie armii w mięso zwierzyną płową i dzikami. W przypadku tych ostatnich bywały chwile, kiedy Skaurus nie miał całkowitej pewności, czy świnie naprawdę były dzikie. Trzoda hodowana przez Videssańczyków miała ze swymi dzikimi kuzynami szczupłą, wysmukłą budowę, pasek szczeciniastej sierści na grzbietach i dzikie usposobienie. Kradzież którejś z domowych świń mogła dać grupie myśliwych równie radosne chwile, co pościg za dzikiem. Trybun za bardzo cieszył się ogryzając z kości tłuste, smakowite mięso, by zbyt długo martwić się jego pochodzeniem.

Pierwszy etap marszu z miasta był czasem oswajania się; czasem, by żołnierze, którzy zbyt długo przebywali w wygodnych kwaterach, przypomnieli sobie, za co biorą żołd. Bowiem pomimo całej musztry i wszystkich pozorowanych walk, przez które dzięki Gajuszowi Filipusowi przeszli Rzymianie, nie byli oni tak do końca tą samą twardą, wygłodzoną zgrają, która walczyła w Galii. Od tamtego czasu każdy z nich musiał popuścić pas o dziurkę czy dwie i, przede wszystkim, odwykli od całodziennego marszu; nawet w tak wolnym tempie jak tempo armii, której towarzyszyli.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)