Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Tak.
— Jak złe może być coś takiego? — spytał Trev.
— Myślę, że bardzo złe.
— A co byś powiedział, gdyby chodziło o mnie? — spytała Glenda. — Chcę znać prawdę.
— No więc… — zaczął Nutt. — Powiedziałbym chyba, żeby panienka zajrzała za drzwi i zobaczyła, czego panienka nie chce wiedzieć, żebyśmy mogli zmierzyć się z tym razem. Z pewnością takiej rady udzielał von Kladpoll w „Doppelte Berührungssempfindung”. Co więcej, takie działanie byłoby kwestią praktycznie fundamentalną dla analizy ukrytej jaźni.
— No właśnie — przytaknęła Glenda niepewnie.
— Ale jakie złe rzeczy mogłyby się ewentualnie znaleźć w pani umyśle, panno Glendo? — rzekł Nutt, pełen galanterii nawet w tym cuchnącym otoczeniu kadzi.
— Parę by się znalazło — zapewniła Glenda. — Nie da się przejść przez życie tak, żeby kilku nie zebrać.
— Wczoraj w nocy miałem złe sny — oznajmił Nutt.
— Każdemu trafiają się złe sny.
— Te były czymś więcej… — Wyprostował rękę i otworzył dłoń.
Trev gwizdnął.
— Och… — powiedziała Glenda. A potem: — Czy powinny tak wyglądać?
— Nie mam pojęcia — zapewnił Nutt.
— To boli?
— Nie.
— Może coś takiego się dzieje, kiedy gobliny są starsze — zgadywał Trev.
— Tak, może są im potrzebne szpony.
— Wczoraj miałem cudowny dzień — westchnął Nutt. — Byłem członkiem zespołu. Otaczała mnie drużyna. Byłem szczęśliwy. A teraz…
Trev wzniósł kawałek brudnego sznurka i pogiętą, ale wciąż błyszczącą puszkę.
— Spróbujesz?
— Może źle to rozumiem — rzekła Glenda. — Ale jeśli nie chcesz się dowiedzieć, jakie są te rzeczy, o których nie chcesz wiedzieć, to one tym bardziej będą rzeczami, o których nie chcesz wiedzieć, i podejrzewam, że jeśli to jeszcze potrwa, wcześniej czy później głowa ci się zapadnie.
— Jest coś w tym, co oboje mówicie — przyznał ostrożnie Nutt.
— W takim razie pomóż mi przenieść go na kanapę — zdecydował Trev. — Czy powinien być taki zalany potem?
— Chyba nie — uznała Glenda.
— Byłbym spokojniejszy, gdybyście mnie zakuli — oznajmił Nutt.
— Co?! — zdumiała się Glenda. — Dlaczego uważasz, że powinniśmy?
— Musicie zachować ostrożność. Pewne rzeczy przesączają się koło drzwi. Mogą być złe.
Glenda przyjrzała się szponom. Były lśniące i czarne, i na swój sposób całkiem ładne, choć trudno byłoby sobie wyobrazić, jak używa się ich do — na przykład — malowania obrazu albo smażenia omletu. Szpony służą do rozrywania, prawda? Ale to przecież pan Nutt, nawet ze szponami nadal jest panem Nuttem.
— Zaczynamy? — zachęcił Trev.
— Nalegam na łańcuchy — nie ustępował Nutt. — W składzie, cztery drzwi dalej, jest pełno różnych metalowych rupieci.
Glenda odruchowo spojrzała na szpony i zauważyła, że się wydłużyły.
— Dobrze. Trev, pospiesz się, proszę.
Trev podążył wzrokiem za jej spojrzeniem.
— Wrócę, zanim się zorientujecie, że mnie nie ma — zapewnił ze sztuczną wesołością.
Rzeczywiście, nim minęło kilka minut, usłyszała dzwonienie — to Trev wlókł łańcuchy po korytarzu.
Glenda powstrzymywała łzy, poruszona samą niezwykłością sytuacji. Nutt leżał nieruchomo, wpatrzony w sufit. Przenieśli go na kanapę i owinęli starannie.
— Mam kłódki, ale bez kluczy. Mogę je zamknąć, ale potem nie dadzą się otworzyć.
— Proszę je zatrzasnąć.
Glenda bardzo rzadko płakała, więc starała się nie płakać i teraz.
— Chyba nie powinniśmy robić tego tutaj — powiedziała. — Nie przy kadziach. Ludzie patrzą.
— Proszę zakołysać swoim wahadłem, panie Trev — polecił Nutt.
Trev wzruszył ramionami, ale posłuchał.
— Teraz musi pan zacząć mi mówić, panie Trev, że czuję się senny — tłumaczył Nutt.
Trev odchrząknął. Lśniąca puszka kołysała się tam i z powrotem.
— Wyraźnie czujesz się senny. Okropnie senny.
— Tak dobrze. Czuję się okropnie senny — potwierdził znużonym głosem Nutt. — Teraz musi mi pan polecić, żebym siebie przeanalizował.
— Co to znaczy? — spytała ostro Glenda, zawsze podejrzliwa wobec trudnych słów.
— Przepraszam. Chodziło mi o to, że metodą pytań i odpowiedzi mam sobie pomóc szczegółowo zbadać działanie mojego własnego umysłu.
— Ale nie wiem, jakie zadawać pytania — wystraszył się Trev.
— Ja wiem — tłumaczył Nutt cierpliwie. — Ale musi mi pan polecić, żebym to robił.
Trev wzruszył ramionami po raz kolejny.
— Panie Nutt, musi pan zbadać, co złego dzieje się z panem Nuttem — powiedział.
— A tak. — Ton głosu Nutta zmienił się nieco. — Wygodnie panu, panie Nutt? Tak, dziękuję. Łańcuchy prawie nie obcierają. Dozkonale. Proszę mi teraz opowiedzieć o zwojej matce, panie Nutt. To pojęcie jest mi znane, jednak o ile pamiętam, nigdy nie miałem matki. Mimo to dziękuję za zainteresowanie.
I tak zaczął się ten monologiczny dialog. Glenda i Trev siedzieli na kamiennych schodach, a spokojny głos opowiadał, aż do: — Ach tak, biblioteka. Czy jezt coś w bibliotetze, panie Nutt?
— W bibliotece jest wiele książek.
— Co jeszcze jezt w bibliotetze, panie Nutt?
— W bibliotece są liczne krzesła i drabiny.
— A co jezt w bibliotetze, o czym nie chtze mi pan powiedzieć, panie Nutt?
Czekali. W końcu głos odpowiedział:
— W bibliotece jest szafka.
— Czy jezt w tej szaftze coś spetzjalnego, panie Nutt?
Znowu przerwa i znowu słaby, cichy głos:
— Nie wolno mi otwierać tej szafki.
— Czemu jego połowa mówi jak ktoś z Überwaldu? — zwróciła się Glenda do Treva, zapominając o wyostrzonym słuchu pacjenta.
— Pytania zadawane z lekkim akcentem überwaldzkim podczaz badań takiej natury wydają się szybciej prowadzić do rozluźnienia patzjenta — wyjaśnił Nutt. — A teraz byłbym zachwytzony, gdybyście mi nie przerywali.
— Przepraszam — szepnęła Glenda.
— Drobiazg. A więtz dlaczego nie wolno panu otwierać tej szafki, panie Nutt?
— Ponieważ obiecałem Lady, że nie otworzę szafki.
— A czy otworzył pan szafkę, panie Nutt?
Tym razem przerwa była o wiele dłuższa.
— Obiecałem Lady, że nie otworzę szafki.
— Czy wielu rzeczy nauczył się pan w zamku, panie Nutt?
— Tak.
— Czy nauczył się pan robić wytrychy, panie Nutt?
— Tak.
— Gdzie teraz są drzwi, panie Nutt?
— Są przede mną.
— Otworzył pan te drzwi, panie Nutt. Myźli pan, że nie, ale pan otworzył. A teraz jezt bardzo ważne, by otworzył je pan znowu.
— Ale to, co jest za nimi, jest złe!
Oboje podsłuchujący wyciągnęli szyje, by lepiej słyszeć.
— Nie ma nic złego. Nie ma zupełnie nic złego. W przeszłości otworzył pan drzwi z dzieciętzego nierozsądku. Teraz, aby zrozumieć te drzwi, musi je pan otworzyć z mądrością dojrzałości. Proszę otworzyć te drzwi, panie Nutt, a ja podejdę do nich razem z panem.
— Ale nie mam już wytrycha!
— Natura doztarczy, panie Nutt.
Glenda zadrżała. To z pewnością tylko jej wyobraźnia, ale nie byli już przy świecowych kadziach.
Przed Nuttem ciągnął się korytarz. Czuł, że wszystko z niego opada. Łańcuchy, ubranie, ciało, myśli… Pozostał jedynie korytarz i płynąca ku niemu szafka. Miała oszklone drzwiczki; na szlifowanych krawędziach błyszczało światło. Uniósł dłoń i wysunął szpon, który rozciął szkło i drewno, jakby były powietrzem. Szafka miała jedną półkę, na półce leżała jedna książka. Oplatały ją żelazne łańcuchy. Okazały się łatwiejsze do zerwania niż poprzednim razem. Książka miała lśniący srebrem tytuł ORK.