Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
A tak, jeszcze coś — na bloku lodowym miała trochę anchois. Rozgrzała kilka i zaniosła do dużego trójnożnego kociołka w kącie pomieszczenia, na którym zeszłej nocy wypisała kredą „Nie dotykać!”. Zdjęła pokrywkę i zajrzała w głąb. Krab, którego wczoraj — choć wydawało się, że o wiele dawniej — dostała od Verity Pushpram, pomachał do niej okiem.
— Co by się stało, gdybym zostawiła odkryty kociołek? — zapytała głośno. — Ciekawe, jak szybko uczą się kraby.
Wrzuciła do środka wilgotne anchois, które spotkały się chyba z krabią aprobatą. Załatwiwszy tę sprawę, stanęła na środku kuchni i rozejrzała się, szukając czegoś jeszcze do wyczyszczenia. Czarne żelazo pieców nigdy nie będzie błyszczało, ale wszystkie ich powierzchnie zostały wyszorowane i osuszone. Co do talerzy, można było z nich jeść. Jeśli człowiek chciał, żeby praca była porządnie wykonana, musiał sam się nią zająć. W wersji Juliet czystość leżała o krok od boskości, inaczej mówiąc, była kapryśna, przekraczająca zrozumienie i rzadko widywana.
Coś musnęło jej twarz. Odruchowo machnęła ręką i chwyciła w dłoń czarne pióro. Znowu te paskudne stwory w rurach… Ktoś powinien się nimi zająć.
Chwyciła najdłuższą miotłę i walnęła w rurę.
— Dość tego! Wynoście się stąd! — krzyknęła.
W ciemności zabrzmiały szurania i ciche „Aik! Aik!”.
— … szepraszam, panienko — odezwał się głos.
Spojrzała ze schodów na niekształtną twarz tego… no, jak mu na imię? A tak.
— Dzień dobry, panie Betonie — powitała trolla. Zauważyła u niego brunatne plamy pod nosem.
— Nie mogie znajść pana Treva — oznajmił Beton.
— Nie widziałam go cały ranek — odparła Clenda.
— Nie mogie znajść pana Treva — powtórzył troll głośniej.
— Czemu pan go szuka? — spytała.
O ile wiedziała, kadzie działały właściwie same. Mówiło się Betonowi, żeby ściekał świece, a on ściekał świece, aż skończyły mu się świece.
— Pan Nutt chory — wyjaśnił Beton. — Nie mogie znajść pana Treva.
— Zaprowadź mnie do pana Nutta, ale już! — poleciła Glenda.
Trochę nieładnie jest nazwać kogokolwiek mętem, ale ludzie, którzy mieszkali i pracowali przy kadziach, idealnie pasowali do tego określenia. Te kadzie były korytem, gdzie się zbierali. Jeśli widziało ich się gdziekolwiek w podziemnym labiryncie, zawsze dreptali bardzo szybko, ale zwykle tylko pracowali, spali i utrzymywali się przy życiu. Nutt leżał na starym materacu. Glenda raz tylko na niego spojrzała.
— Idź szukać pana Treva — poleciła Betonowi.
— Nie mogie znajść pana Treva — przypomniał troll.
— Szukaj dalej! — Przyklęknęła obok Nutta. Wywrócił oczy, jakby patrzył do wnętrza własnej głowy. — Panie Nutt, słyszy mnie pan?
Zdawał się budzić.
— Musi panienka odejść — szepnął. — Będzie bardzo niebezpiecznie. Drzwi się otworzą.
— A jakie to drzwi? — Starała się mówić pogodnie. Spojrzała na męty obserwujące ją z niepewną zgrozą. — Czy któryś może coś przynieść, żeby go przykryć?
Samo pytanie sprawiło, że rozbiegli się w panice.
— Zobaczyłem drzwi, a więc otworzą się znowu — rzekł Nutt.
— Nie widzę tu żadnych drzwi.
Szeroko otworzył oczy.
— Są w mojej głowie.
Przy kadziach nie było mowy o odosobnieniu. Stanowiły tylko szersze pomieszczenie przy nieskończenie długim korytarzu. Ludzie cały czas przechodzili obok.
— Chyba jest pan przemęczony, panie Nutt — stwierdziła Glenda. — Pracuje pan na okrągło, wszędzie się spieszy, zamartwia. Musi pan odpocząć.
Ku jej zdumieniu jeden z tutejszych mieszkańców przyniósł koc, którego spore części nadal dawały się zginać. Okryła Nutta akurat w chwili, kiedy przybył Trev. Nie miał w tej kwestii wyboru, ponieważ Beton ciągnął go za kołnierz.
Spojrzał na leżącego Nutta, a potem na Glendę.
— Co mu się stało?
— Nie wiem.
Uniosła palec do skroni i pokręciła nim lekko, co było uniwersalnym gestem oznaczającym „zwariował”.
— Musicie odejść — jęknął Nutt. — Będzie tu bardzo niebezpiecznie.
— Powiedz nam, co się dzieje — nie ustępowała Glenda. — Proszę, wytłumacz mi.
— Nie mogę — szepnął Nutt. — Nie potrafię wymówić słów.
— Są takie słowa, których nie umiesz wymówić? — zdziwił się Trev.
— Słowa, które nie chcą być wymówione. Mocne słowa.
— Czy nie moglibyśmy pomóc? — upierała się Glenda.
— Jesteś chory? — zapytał Trev.
— Nie, panie Trev. Dziś rano dokonałem odpowiednich ruchów jelitowych.
To był przebłysk dawnego Nutta — precyzyjnego, ale trochę dziwacznego.
— Chory na głowę? — spytała Glenda.
Pytanie to zrodziło się z desperacji.
— Tak. Na głowę — zgodził się Nutt. — Cienie. Drzwi. Nie mogę powiedzieć.
— Czy jest ktokolwiek, kto może wyleczyć tę chorobę?
Nutt milczał przez chwilę, nim odpowiedział:
— Tak. Musicie sprowadzić filozofa wykształconego w Überwaldzie. Oni mogą pomóc naprostować myśli.
— Czy to coś takiego, jak zrobiłeś Trevowi? Wytłumaczyłeś mu, co myśli o swoim tacie i w ogóle, a on przez to stał się szczęśliwszy. Prawda, Trev?
— Taa — potwierdził Trev. — I nie musisz mnie tak szturchać w żebra. Naprawdę mi pomógł. Nie można by cię zahipnotyzować? — spytał Nutta. — Raz widziałem występ takiego gościa. Zwyczajnie pomachał błyszczącym zegarkiem na ludzi i niesamowite, co potem robili. Szczekali nawet jak psy.
— Owszem, hipnoza jest ważnym elementem filozofii — zgodził się Nutt. — Pomaga uspokoić pacjenta, dzięki czemu myśli mają szansę być słyszane.
— To może tak spróbujemy? — zaproponowała Glenda. — Może zrobisz to ze sobą? Na pewno znajdziemy ci coś błyszczącego do machania.
Trev wyjął z kieszeni swoją ukochaną puszkę.
— Tra-la! I chyba mam też gdzieś kawałek sznurka.
— Wszystko dobrze, ale nie będę w stanie postawić sobie właściwych pytań, ponieważ będę zahipnotyzowany. Formułowanie pytań jest bardzo ważne.
— Wiem co! — zawołał Trev. — Każę ci, byś poprosił siebie, żebyś sobie zadał właściwe pytania. Wiedziałbyś, jakie zadawać, gdyby to był ktoś inny, prawda?
— Tak, panie Trev.
— Nie musiałeś przecież hipnotyzować Treva — przypomniała Glenda.
— Nie, ale jego myśli były tuż pod powierzchnią. Obawiam się, że moje nie są tak łatwo dostępne.
— Czy naprawdę możesz się zahipnotyzować, żeby sobie zadawać pytania?
— W „Drzwiach decepcji” Fussbinder istotnie opisuje metodę hipnotyzowania siebie — wyjaśnił Nutt. — Jest to wyobrażalne…
— Umilkł.
— No to do roboty — zdecydował Trev. — Lepsze wyjście niż wejście, jak mawiała moja babcia.
— Chyba nie jest to aż tak dobry pomysł.
— Mnie nic się nie stało — zapewnił z mocą Trev.
— Rzeczy, o których nie wiem… Rzeczy, o których nie wiem… — mamrotał Nutt.
— Co z nimi? — spytała Glenda.
— Rzeczy, o których nie wiem… Myślę, że są za drzwiami, bo myślę, że sam je tam schowałem, bo myślę, że nie chcę o nich wiedzieć.
— Czyli musisz wiedzieć, co to takiego, o czym nie chcesz wiedzieć — stwierdziła Glenda.