Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 96
Перейти на страницу:

Walser jęknął cicho, przywarł do ściany i zasłonił się jak tarczą zdobioną migotliwymi rubinami księgą. Na pomoc aptekarza nie było co liczyć.

Cornelius myślał tylko o jednym: żeby Jusup nie krzyknął, nie wezwał na pomoc innych mnichów. Cisnął worek na podłogę, rzucił się do przodu i zamachnął basałykiem, celując nie w czoło, jak przedtem, gdy uderzył czuwającego u drzwi metropolity dryblasa, lecz w skroń. Jusup odskoczył w bok, uchylił się od ciosu świszczącej w powietrzu metalowej kuli, chwycił kapitana za rękę i z chrzęstem stawów wykręcił mu ją za plecy. Basałyk huknął o drewnianą podłogę.

Lewą ręką Corneliusowi udało się jakoś wyciągnąć pałasz, którym uderzył za siebie, trafiając w coś miękkiego.

Jusup z całej siły odepchnął muszkietera. Znalazłszy się o kilka kroków od mnicha, kapitan błyskawicznie zamachnął się i zrobił wypad – niestety, w pustkę. Zręczny mnich i tym razem zdążył uskoczyć. Cofając się przed szerokim, groźnie wysuniętym w jego stronę ostrzem, ściągnął z ramion parciankę i rzucił nią w kapitana, który odskoczył w tył i uderzył plecami o ścianę. Jusup nie tracił czasu – schylił się, podniósł basałyk i zakręcił nim w powietrzu. Cornelius, cofając się przed ciosem błyskającej metalowej kuli, wypatrywał dogodnej do ataku chwili. Dziwne, ale mnich nie wzywał pomocy, tylko się uśmiechał, szczerząc ostre jak u wilkołaka zęby.

Szkoda, że von Dorn miał w ręce krótki pałasz, a nie szpadę – o, wtedy pokazałby temu czarnobrodemu drągalowi parę sztychów! Był jednak pewien fortel, który mógł zastosować również przy użyciu toporka, zwany couple. Kapitan zrobił fałszywy wypad, przerzucił broń z jednej ręki do drugiej i zadał silny cios z boku.

Ale zręczny Jusup podstawił żelazny pręt i ostrze złamało się z trzaskiem. Zaskoczony von Dorn patrzył na sterczący z rękojeści półcalowy kikut. Mnich tymczasem odrzucił basałyk, wyciągnął przed siebie kościste ręce i chwycił Corneliusa za kołnierz niczym małego kociaka, który narobił szkody. Podniósł go i rzucił o podłogę – kapitanowi aż zaparło dech. Wsunął rękę za kołnierz, gdzie w wąskiej skórzanej pochwie ukrywał sztylet, swoją ostatnią nadzieję. Jusup jednak rzucił się na niego z góry jak jastrząb. Usiadł muszkieterowi na piersi, mocno chwycił go za przeguby i rozkrzyżował.

Nachylił się i wycharczał:

– Przegr-ryzę ci gar-rdło.

Nie groził, po prostu uprzedzał.

Cornelius szarpnął się przerażony, widząc zbliżającą się paszczę, szczerzącą ostre, wilcze kły. Wehrwolf! Wikołak! Prawdziwy wilkołak, taki, jakim niania straszyła go w dzieciństwie.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch. To aptekarz w końcu oderwał się od ściany, uniósł oburącz ciężki tom Zamoleusa w srebrnej oprawie, wysadzanej drogimi kamieniami, i z całej siły rąbnął nim odmieńca w bok głowy.

Kilka rubinów wypadło przy tym ze swoich gniazd i potoczyło się po drewnianej podłodze.

Jusup zachwiał się. Na jego twarzy po zetknięciu z ognistymi rubinami pozostały małe wgłębienia.

Mnich z rykiem odwrócił się do Walsera i chwycił go za skraj kaftana.

Korzystając z tego, że Jusup puścił jedną jego rękę, Cornelius wyciągnął sztylet i wbił od dołu ostrze aż po rękojeść w podbródek nieprzyjaciela, po czym wyrwał drugą rękę z jego uścisku i pchnął tamtego w pierś.

Mnich upadł na wznak. Mrugając oleistoczarnymi oczami, próbował namacać sztylet, którego spod brody nie było widać, coś tam tylko bulgotało i poświstywało. Cios najwyraźniej okazał się celny.

Von Dorn zerwał się na nogi i chwycił basałyk, gotów – jeśli będzie trzeba – rozwalić wilkołakowi czerep. Ale obeszło się bez tego. Jusup jeszcze chwilę rzucał się w drgawkach, wreszcie zachrypiał i ucichł. Przesiąknięta krwią broda przybrała niezapomniany odcień „Laura”.

– Dziękuję panu, doktorze – rzekł wzruszony Cornelius. – Uratował mi pan życie.

Walser, chociaż cały dygotał, odparł ceremonialnie:

– Jestem rad, że mogłem okazać się w czymś pomocny, panie kapitanie.

Na tym wymiana uprzejmości się zakończyła, gdyż w głębi domu trzasnęły drzwi i rozległy się męskie głosy – widocznie walka stoczona z Jusupem była zbyt hałaśliwa.

– Niech pan to da! – Cornelius wyrwał aptekarzowi Zasmoleusa i wepchnął książkę do worka. – Szybciej, na podwórze!

Biegli po skrzypiącym śniegu – Walser pierwszy, nieobciążony niczym, jedynie z liną w ręku; zgięty wpół, dźwigający łup kapitan podążał jego śladem. Przeklęty worek musiał ważyć ze dwa, a może i trzy pudy.

Hak na mur ogrodzenia niezręczny aptekarz zarzucił dopiero za trzecim razem. W oknach zapaliły się światła i widać było skaczące w środku cienie.

– Niech pan się wspina! – zakomenderował von Dorn, podsadzając Walsera. – I niech pan weźmie worek. Potem ja wejdę.

Aptekarz wdrapał się jakoś na mur. Kiedy wciągał worek, omal nie zwalił się znowu na ziemię.

Trzasnęły drzwi.

Cornelius, zacisnąwszy zęby, wspinał się po linie. Słyszał z tyłu zbliżający się tupot. Dobrze przynajmniej, że Walser zniknął już po drugiej stronie, bodaj niezauważony przez mnichów.

Kapitan wczepił się rękami w skraj muru i podciągnął.

Ale w tej samej chwili pochwycono go za nogi, szarpnięto i ściągnięto w dół. Muszkieter upadł, a na niego zwaliło się co najmniej z sześciu chłopa – spoconych, zasapanych, wściekłych.

Cornelius von Dorn czuł się paskudnie.

Dygotał z zimna w wąskiej i ciasnej kamiennej kieszeni, do której głową naprzód wepchnęli go strażnicy więzienni baszty Konstantino-Jelenińskiej.

Baszta była słynna, mówiła o niej ze strachem cała Moskwa, jako że tutaj, za grubymi ceglanymi murami, mieścił się Łotrowski Prikaz, a pod nim ciemnica i loch, z powodu którego nie nazywano baszty jej prawdziwym pięknym imieniem, lecz po prostu Katownią.

Ze względu na nocną porę schwytanego na podwórcu metropolity złoczyńcy nie poddano śledztwu od razu; miał czekać ranka w kieszeni, niszy długości trzech arszynów, wysokości i szerokości arszyna, gdzie nie można było ani wstać, ani usiąść, ani nawet się obrócić. Dłużej niż dobę mało kto w niej wytrzymywał, a bywało, że osoby źle znoszące zamknięcie w ciasnej przestrzeni nawet wariowały. Pracownicy prikazu, ludzie doświadczeni, którzy już różne rzeczy widywali, wiedzieli: kto przeżyje noc w kieszeni, rano podczas dochodzenia będzie miękki jak wosk. I kat mniej się namęczy, i diak także, a i pisarz zmarnuje mniej urzędowego papieru na protokołowanie głupich kłamstw.

Przez pierwszych pięć minut oszalały ze strachu kapitan miotał się w ciemnościach, waląc potylicą o twardy kamień i obcierając sobie oń łokcie. Drzwi – nawet nie drzwi, lecz jakby szyber – zasunięto, zostawiono jedynie małą szczelinę, żeby się nie udusił.

Potem von Dorn zacisnął zęby i nakazał sobie zachować spokój.

Brat Andreas, zanim wyjechał na uniwersytet do Heidelbergu, a potem do klasztoru, często prowadził z Corneliusem, wówczas jeszcze młodym chłopcem, dysputy o naturze strachu. Andreas uważał wówczas za najgorszego wroga człowieka nie dziesięć grzechów śmiertelnych i nie diabła, lecz strach. „Strach to właśnie jest diabeł, i wszystkie nasze nieszczęścia biorą się z niego” – powtarzał starszy brat. I dodawał: „Nikt nie przestraszy cię tak, jak ty sam. A przecież nie ma sensu się bać. Cóż może być straszniejszego od śmierci, myślą ludzie. Tyle że i śmierć wcale nie jest straszna. Bo to nie tylko koniec, ale i początek. Całkiem jak w książce: kiedy przeczytasz do końca jeden rozdział, na następnej stronie zaczyna się drugi. I im lepsza jest twoja książka, tym ten drugi rozdział wyda ci się ciekawszy”.

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)