Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Skrzynia na złoto». Краткое содержание книги:

Założyciel rodu Fandorinów, Cornelius van Dorn, przybył do kraju Moskwitów w XVIII wieku i odnalazł bezcenną bibliotekę Iwana Groźnego. Trzysta lat później jego angielski potomek, sir Nicholas, pojawia się w Rosji, by szukać spadku po przodkach. Ścigany przez mafię i wciąż wpadający w tarapaty, trafia na ślad skarbu Cornelisua, ale to, co znajduje w tatarskiej skrzyni, całkowicie go zaskakuje…
Pomysłowe połączenie kryminału retro i współczesnej powieści sensacyjnej w „klasycznym” klimacie powieści Conan Doyle’a i Agaty Christie, czyli po prostu – nowy Akunin!
1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 96
Перейти на страницу:

– Co za nieostrożność! – wykrzyknął von Dorn.

– Czyż mogłem przypuszczać, że spis wpadnie w ręce Taisjusza, jedynego człowieka w całej Moskwie, który mógłby się zorientować, co on zawiera?…

– A skąd pan wie, że metropolita przeczytał pańskie notatki?

Walser rzekł posępnie:

– Wiem, wiem… Nazajutrz wieczorem, kiedy wracałem z Aptekarskiego Prikazu, chwyciło mnie za ręce dwóch mnichów i powlokło ulicą. Krzyczałem, wyrywałem się, ale nikt nie przyszedł mi z pomocą. Jeden z napastników, który w dodatku boleśnie uderzył mnie pięścią w ucho, powiedział: „Władyka chce cię widzieć”. Po cóż Taisjusz miałby oglądać takiego nędznego robaka jak ja, jeśli nie z powodu Liberii? Tak, podstępny Grek przeczytał mój spis, nie ma co do tego wątpliwości. I uznał z pewnością, że zostałem przez kogoś nasłany, by go szpiegować. Przez kogoś, kto wie, że metropolita interesuje się Liberią… Ale miałem wtedy szczęście. W pobliżu mostu Troickiego, tego na Nieglinnej, zobaczyłem swojego przełożonego, diaka Gotosowa, w asyście strzelców – wiózł dla cara medykamenty z niemieckiej apteki. Zacząłem krzyczeć, szarpać się i mnisi uciekli. Po tym incydencie nająłem dwóch krzepkich sług i bez tych osiłków nigdzie się nie ruszałem. Łamałem sobie głowę, jak się dostać do kryjówki. Doszedłem do przekonania, że w całej Moskwie tylko jeden kanclerz Matfiejew ma wystarczające wpływy, by pokonać metropolitę. No, a dalszy ciąg pan już zna – widział pan wszystko na własne oczy… Czekałem przez cały styczeń, w nadziei, że może Taisjusz dokądś wyjedzie – na modły do Troicy albo przynajmniej do Słobody Aleksandrowskiej dalej kopać. Wtedy my obaj spróbowalibyśmy przeniknąć do jego pałacu i dotrzeć do Liberii. Ale przebrzydły Grek kamieniem siedział w domu, nie ruszał się nigdzie ani w dzień, ani w nocy. Na starość boi się chłodu. Najpewniej nie opuści swojej siedziby, póki nie zrobi się ciepło, myślałem. Aż tu nagle taka gratka! Car dostał apopleksji! Metropolity nie będzie w domu całą noc, nie wypada mu odejść od śmiertelnego łoża władcy. Los ofiarował nam dzisiaj wyjątkową, można powiedzieć, niepowtarzalną okazję.

Do nocnej wyprawy przygotowali się zgodnie z planem – Adam Walser wszystko dokładnie wcześniej obmyślił.

Ubrali się na czarno, w obcisłe ubrania. Na wierzch, dla ciepła, włożyli watowane tatarskie kaftany. Szpady von Dorn nie wziął – była długa, nieporęczna. Zamiast niej uzbroił się w pałasz i basałyk na rzemiennej pętli, a z tyłu, za kołnierzem, ukryty w specjalnej pochwie, miał sztylet. Pewien Portugalczyk w czasie kampanii flandryjskiej nauczył go, że to nieoceniona rzecz, gdy trzeba zadać błyskawiczny, niespodziewany cios – wyciągasz sztylet zza pleców i możesz go wbić czy przejechać nim nieprzyjacielowi po twarzy – jak ci wygodniej. Pistoletów kapitan nie brał, hałasy raczej nie były wskazane. Zamiast drabinki sznurowej wziął linę z węzłami i hakiem na końcu – można było po niej nie tylko spuścić się w dół, ale i wdrapać się na mur lub za okno.

Walser niósł lampkę oliwną i zapas świec. Oprócz tego miał też pusty worek z rogoży.

– Na książki – wyjaśnił. – Dużo ich, naturalnie, nie wyniesiemy, są bardzo ciężkie, trudno je będzie przerzucić przez ogrodzenie. Ten worek nada się w sam raz. Zamoleusa musimy wziąć koniecznie, resztę pozostawiam do pańskiego uznania. Rogoża jest do tego celu najlepsza. Jeśli się zmęczymy niesieniem, worek można nawet postawić na śniegu, książki nie zamokną.

Do Mochowej dotarli bez przeszkód – kapitan miał nocną przepustkę, na podstawie której stróże uliczni bez zbędnych rozhoworów otwierali przed nim zamknięte na noc wrota.

Ogrodzenie wokół dziedzińca siedziby metropolity było kamienne, wysokie na dziesięć stóp. Cornelius wybrał najciemniejszy kąt, zarzucił hak i w jednej chwili był już na górze. Walser wdrapywał się długo, sapiąc i dysząc, a na końcu musiał go kapitan wciągnąć za kołnierz. Latarnię na razie zgasili.

Siedząc na murze, zlustrowali podwórzec. Cisza. Światła w komnatach pogaszone. Zza stajni wybiegły z ujadaniem dwa ogromne psy i zaczęły skakać na mur, skrobiąc po nim pazurami.

Walser przewidział także i to. Wyjął z worka (jak widać, nie całkiem pustego) dwa ochłapy mięsa i rzucił bestiom. Te błyskawicznie je połknęły, a po półminucie oba zachwiały się i upadły na bok.

– Nie żyją? – zapytał von Dorn.

Aptekarz żachnął się.

– Co też pan! Po co pozbawiać kogokolwiek drogocennego daru życia, jeśli to nie jest absolutnie konieczne? Dałem im po prostu środek, który sporządzałem ostatnio dla księżnej Trubeckiej, cierpiącej na bezsenność. Jeżeli lek podziałał na jej książęcą wysokość, która ma dziesięć pudów żywej wagi, to na psy metropolity podziała tym bardziej.

Zeskoczyli w zaspę i szybko przebiegli przez podwórze do zabudowań.

– Tędy – wskazał drogę Walser. – Tam jest tylne wejście, żeby mnisi mogli biegać do wychodka za potrzebą. Grek ma ciepłą komórkę tuż przy sypialni, z bieżącą wodą.

Kapitan zdziwił się.

– Po co ta woda?

– Później wyjaśnię – szepnął aptekarz. – No dalej, naprzód! Za węgłem rzeczywiście były niskie, niezamknięte drzwi. Wśliznęli się do ciemnej, dusznej sieni, a stamtąd, pokonawszy dwa schodki, weszli do wąskiej galerii.

– Cśśś! – ledwie dosłyszalnie szepnął Walser. – O, tam jest cela Jusupa. Nie daj Boże, żeby się obudził. Musimy iść dalej, do pokojów Taisjusza.

Cornelius bojaźliwie zerknął na drzwi, za którymi spał straszny człowiek, i prześliznął się obok nich na palcach.

– Teraz w lewo. – Aptekarz lekko popchnął von Dorna we właściwym kierunku. – W komnacie przed sypialną, tam gdzie jest klęcznik i krzyż i gdzie władyka się modli, zawsze czuwa któryś z mnichów.

Kapitan ostrożnie wyjrzał zza węgła. Zobaczył przestronne pomieszczenie o ścianach ozdobionych malunkami. Jedna z nich cała była obwieszona ikonami. Przy małym stoliku ze świecą siedział olbrzym w riasie i ogryzał paznokieć. Co chwila ziewał, robił na ustach znak krzyża świętego i znów zabierał się do paznokcia.

– Jeżeli to możliwe – szepnął Corneliusowi do ucha Walser – lepiej, żeby nie musiał zginąć.

„Tyle zbytecznych utrudnień przez tego fanatyka życia” – pomyślał von Dorn. Naciągnął jednak na basałyk – ciężką żelazną kulę – rękawicę.

Powoli, rozkołysanym krokiem ruszył przez komnatę.

Mnich zamrugał oczyma, zmrużył je, by lepiej widzieć, co się dzieje w półmroku, poza kręgiem światła, i zapytał:

– Jakimka, to ty?

Ostatnich parę kroków Cornelius pokonał kilkoma skokami i z rozmachu walnął kulą podnoszącego się strażnika – ale nie w skroń, jak by należało, tylko w potężne, stwardniałe od bicia pokłonów czoło. A niech sobie żyje, będzie to zawdzięczał miękkiemu sercu Herr Walsera. Chociaż bezpieczniej byłoby rozłupać mnichowi czaszkę.

Dryblas padł na wznak, nawet nie jęknął.

– Szybciej! – ponaglił Corneliusa aptekarz.

– Chwileczkę.

Kapitan związał ogłuszonemu ręce i nogi jego własnym sznurem od habitu i wsunął mu do ust mnisią myckę jako knebel. Teraz można było ruszać dalej.

1 ... 66 67 68 69 70 71 72 73 74 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)