Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— Sierżancie — powiedziała producentka CNN, kiedy skończyła przygotowywać się do następnej rundy raportów — jeśli będzie pan potrzebował pracy, kiedy to wszystko się skończy, proszę się do mnie zgłosić.
— Pomyślę o tym, kiedy to się skończy.
Pytanie, kiedy do tego dojdzie i czy ktokolwiek z nich będzie wtedy jeszcze żył, zawisło między nimi nie wypowiedziane.
— No, teraz możemy już tylko czekać — powiedział Argent, obserwując, jak na monitorze zmniejszają się spodziewane rejony lądowania.
— Gdzie jest punkt zborny żołnierzy ponownie wezwanych do służby? — zapytał operator, patrząc na własny monitor, żeby się upewnić, czy wiadomość została odebrana.
— W Atlancie.
— Biedacy.
— Trzymaj się, skarbie. — Mike założył górę swojego jedwabnego uniformu.
— Ty też się trzymaj, tatku.
— Słuchaj się dziadka, dobrze? I bądź grzeczna.
— Dobrze, tatku. Kiedy przyjdą Posleeni, dopadniemy kilku, a potem uciekniemy i się schowamy.
— A potem ja przyjdę i was uwolnię — obiecał.
— Dobrze. — Skrzywiła się, próbując powstrzymać się od płaczu.
— Uważaj na siebie, synu — powiedział ojciec i podał mu pękatą flaszkę na drogę.
— Na pewno będę uważał. Za bardzo boli, jak postrzelą.
— Daleka droga przed tobą.
— Za daleka. Posleeni zdążą już wylądować, zanim dotrę do Południowej Karoliny.
Spojrzał na flaszkę, wzruszył ramionami i wypił haust. Ognisty płyn przyjemnie spłynął mu do żołądka. Mike zakręcił butelkę i włożył ją do torby.
— Którędy jedziesz?
— Chcesz wiedzieć, czy będę na trasie lądowań?
— Właśnie. Dwudziesta czwarta dywizja ochotnicza Tennessee jest na trasie jako rezerwa Działu Tennessee, a cała pięćdziesiąta trzecia dywizja piechoty pilnuje Rabun Gap. Więc chyba nic nam nie grozi. Ale ty jedziesz w stronę Pensylwanii. Przez równiny czy przez góry?
— Jeszcze nie wiem. Przez równiny byłoby szybciej, ale Shelly twierdzi, że jest to teren możliwych lądowań, więc…
— Więc którędy?
— Przez góry — zadecydował Mike. — Krajową 81. Lepiej stać w korkach niż dać się zaskoczyć Posleenom.
— Chcesz go? — W ręku starego człowieka nagle pojawił się Glock kaliber 9 mm.
— Nie. Już się spakowałem. A propos. — Sięgnął do torby i wyjął elegancko rzeźbione drewniane pudełko w kolorze bladej purpury.
Podał je Cally. — To chyba dobry moment, żebym dał ci prezent urodzinowy.
Otwarcie okrągłego, podobnego do labiryntu zamka sprawiało jej kłopot. Wprawdzie po pociągnięciu za któryś fragment labiryntu zamek obracał się wokół osi, ale mimo to pudełko pozostawało zamknięte.
— To pudełko-układanka Indowy. Niestety nie mam czasu czekać, aż sobie z nią poradzisz. Patrz.
Uniósł jednocześnie trzy fragmenty zamknięcia i przekręcił je, dopóki nie połączyły się w coś przypominającego wielogłowego smoka. Zamek otworzył się i uniosło się wieko, a z wnętrza wypełzł wąż i rozpoczął swój taniec. Ziejący ogniem hologram tańczył nad otwartym pudełkiem, a Cally wzdychała z zachwytu.
— Nadal dostaję prezenty od klanów Indowy w podzięce za Diess.
Większość z nich przekazuję żołnierzom i ich rodzinom, ale temu nie mogłem się oprzeć.
W pudełku, zawinięty w lśniący jedwab, leżał pistolet i dwa magazynki.
— Mam w samochodzie skrzynię amunicji. To jest broń impulsowa, która strzela kulami z ładunkiem elektrycznym. Każdy ładunek jest dość silny, żeby powalić słonia. W magazynku jest dwadzieścia pięć kul. Wprawną ręką można trafić w cel z około dziewięćdziesięciu metrów. — Wyjął magazynek z kieszeni. — A to jest magazynek amunicji ćwiczebnej. Żeby z niego skorzystać, trzeba naładować wmontowany w broń kondensator. — Zwrócił się do Mike’a Seniora. — Ładuje się przy 220 woltach.
— W porządku.
— Dzięki, tatku. — Cally wzięła broń i zważyła ją w ręku. — Jest bardzo lekki.
— Bo zaprojektowano go dla Indowy. Jest wykonany z lekkich polimerów borowych. Ta broń zabije każdego Posleena — w przeciwieństwie do twojego Walthera.
Mały pistolet wprawdzie stale się zacinał, ale był jednym z niewielu na świecie, które pasowały do małej dłoni Cally. Ponieważ Posleenom trudno było zrobić krzywdę maluśką kulą kaliber. 380, o małej prędkości początkowej, dziadek O’Neal wypełniał pociski rtęcią. Posleen, który oberwałby taką kulą, może by nie zginął, ale na pewno poczułby, że coś go popieściło.
Cally ostrożnie obejrzała broń.
— Jak się wyjmuje magazynek i gdzie jest ten przeklęty bezpiecznik?
Mike roześmiał się i wyciągnął dysk komputerowy.
— Tu jest instrukcja, przeczytaj ją w laptopie. Na razie musisz mi wierzyć, że nie jest naładowany.
— Dzięki, tatku — roześmiała się i odłożyła pistolet do pudełka. — Jesteś super.
— Poćwicz trochę. Wiem, że dobrze ci idzie z tą zabawką Jamesa Bonda, ale ta jest mocniejsza i bardziej pasuje do twojej ręki. Wolałbym, żebyś się z nią zapoznała na wypadek, gdybyś musiała jej użyć.
— Dobra.
Zmierzwił jej włosy i pomyślał, że jej matka musiała być do niej bardzo podobna, kiedy była w jej wieku.
— Uważaj na siebie, dobrze, złotko?
— Dobrze.
Znowu w jej oczach stanęły łzy, a radość z podarunku ustąpiła miejsca niepokojowi.
— I słuchaj dziadka.
— Już to mówiłeś.
— Przykro mi, że nie pojechaliśmy do bazy, żebyś mogła zobaczyć moją jednostkę.
— Nie szkodzi, zrobimy to, kiedy skopiesz Posleenom dupę i wyślesz ich z powrotem w kosmos.
Mike Junior popatrzył z wyrzutem na ojca, ale ten tylko wzruszył ramionami bez cienia wyrzutów sumienia.
— Co wolisz: małą damę czy małego wojownika?
Mike objął Cally i podniósł ją do góry.
— Do zobaczenia, złotko.
Wtuliła się w jego ramiona, powstrzymując szloch.
Postawił ją na ziemi, chwycił torbę i ruszył do drzwi.
Cally i dziadek zeszli za nim po schodach i stanęli przed domem.
Mike wziął skrzynię pocisków impulsowych z przedniego siedzenia samochodu i podał ją ojcu. Wrzucił do środka pojazdu torbę i po raz ostatni wziął córkę w ramiona.
— Co zrobisz, jak tutaj wylądują?
— Strzelę, ucieknę i się schowam.
— Dobra.
— Nie martw się o nas, tatku, ty będziesz miał więcej kłopotów.
— Martwisz się o mnie, złotko? — zapytał Mike, szczerze zaskoczony.
Dziewczynka się rozpłakała.
— Och, złotko — uśmiechnął się — nie przejmuj się mną.
Założył wojkulary, osadził sobie na głowie komunikator i uśmiechnął się ponuro.
— W końcu sprowadziłem Posleenów tu, gdzie chciałem. Oni jeszcze tego nie wiedzą, ale niedługo dostaną niezły wycisk.
Rozejrzał się po polach, wśród których dorastał, i zastanowił się na tym, co właśnie powiedział. Jego kompania była dobrze wyszkolona i gotowa do walki. Mogło się udać. Żołnierze w to wierzyli.
Wierzył w to także dowódca batalionu i sztab. Pułk był o tym przekonany na mur.
Gdyby tylko jeszcze on sam mógł nabrać takiej pewności.