Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Po piętnastu minutach pociąg zatrzymał się w Newark, w New Jersey. Wysiadła. Znów miała szczęście. Przed dworcem stało kilka taksówek. Po dziesięciu minutach była już na lotnisku.
ROZDZIAŁ 34
Był sobotni ranek i prezydent wraz z królową bawił na Florydzie. Na dworze było chłodno, chociaż świeciło słońce. Chciał pospać do późna, a potem zagrać w golfa. Jak zwykle plany szlag trafił i już o siódmej siedział za biurkiem, słuchając Fletchera Coala, podpowiadającego, co zrobić w takiej czy innej sprawie. Wcześniej z szefem gabinetu skontaktował się prokurator generalny, Richard Horton, prosząc o audiencję, co wielce zaniepokoiło Coala.
Otworzyły się drzwi i do gabinetu wszedł Horton. Był sam. Wymienili uściski rąk i prokurator usiadł po drugiej stronie biurka. Coal stał w pobliżu, co irytowało prezydenta.
Horton był nudny, ale szczery. Nie należał do tępaków, zawsze jednak potrzebował dużo czasu na przemyślenie najbłahszej decyzji. Zastanawiał się nad każdym słowem, które miał powiedzieć. Był lojalny wobec prezydenta, a prezydent ufał jego trzeźwemu osądowi.
– Panie prezydencie – zaczął Horton. – Mój urząd poważnie zastanawia się nad wszczęciem postępowania przygotowawczego w sprawie zabójstwa Rosenberga i Jensena. – Wypowiadając to długie zdanie, miał niezwykle posępną minę. – W świetle tego, co wydarzyło się w Nowym Orleanie, należałoby zacząć natychmiast.
– Sprawą zajmuje się FBI – odparł prezydent. – Po co mamy się do tego mieszać?
– Czy FBI zajmuje się również raportem “Pelikana”? – spytał Horton. Znał odpowiedź. Wiedział, że Voyles siedzi w tej chwili w Nowym Orleanie, a kilkuset jego agentów gania po mieście i węszy. Dowiedział się także, iż prezydent prosił Voylesa o zaniechanie śledztwa, a dyrektor z kolei nie informuje o wszystkim głowy państwa.
Horton nigdy dotąd nie wspominał o raporcie w obecności prezydenta. Kto jeszcze wie o tym cholerstwie? Prezydent czuł, że narasta w nim irytacja.
– Biuro zajmuje się wieloma tropami – wtrącił Coal. – Przed dwoma tygodniami dostaliśmy od nich kopię raportu, zakładamy więc, że badają sprawę.
Horton spodziewał się właśnie takiej odpowiedzi.
– Pozwolę sobie wyrazić głębokie przekonanie, że obecna administracja powinna natychmiast rozpocząć niezależne śledztwo w tej sprawie. – Mówił tak, jakby wyuczył się wszystkiego na pamięć, co niezmiernie denerwowało prezydenta.
– Dlaczego? – spytał.
– Jeśli raport znajdzie potwierdzenie w faktach, a administracja będzie z założonymi rękami czekać na ujawnienie prawdy, pański urząd poniesie niepowetowane straty.
– Czy naprawdę wierzy pan w to, co napisano w tym dokumencie? – spytał prezydent.
– Coś w tym jest. Dwaj ludzie, którzy czytali raport jako pierwsi, nie żyją. Osoba, która sporządziła dokument, zniknęła. W raporcie sformułowano logiczną hipotezę wyjaśniającą powody, dla których zamordowano sędziów. Wskazano też osobę, której ta zbrodnia mogła przynieść korzyści. Oprócz owej osoby nie ma w tej chwili innych poważnych podejrzanych. Z tego, co słyszę, FBI drepcze w miejscu. Dlatego uważam, że powinniśmy rozpocząć własne śledztwo.
Śledztwa Hortona przeciekały bardziej niż piwnice Białego Domu, a w Departamencie Sprawiedliwości aż roiło się od prawników zaprzyjaźnionych z prasą.
– Nie sądzi pan, panie Horton, że to może okazać się nieco przedwczesne? – spytał Coal.
– Przeciwnie.
– Czytał pan dzisiejszą prasę?
Horton rzucił okiem na pierwszą stronę “Posta” i przeczytał wiadomości sportowe, jak zwykle w sobotę. Słyszał, że Coal czytuje osiem gazet przed świtem, więc nie spodobało mu się to pytanie.
– Przerzuciłem parę pism… – odparł.
– Hmm… ja przerzuciłem kilka – powiedział skromnie Coal. – I w żadnym z nich ani słowem nie wspomina się o dwóch martwych prawnikach, dziewczynie, Mattiesie czy czymkolwiek, co ma związek z raportem. Jeśli w tej chwili rozpocznie pan formalne postępowanie przygotowawcze, przez miesiąc będą pisali o tym na pierwszych stronach.
– A więc sądzi pan, że sprawa sama się rozwiąże? – zwrócił się Horton do Coala.
– Niewykluczone. Z oczywistych przyczyn tak byłoby dla nas najlepiej.
– Uważam, że jest pan optymistą, panie Coal. Mój urząd nie ma zwyczaju czekać cierpliwie, aż prasa wykona za niego robotę.
Coal omal nie roześmiał się w głos. Łypnął radośnie w stronę prezydenta, który odwzajemnił się podobnym spojrzeniem. Horton wiercił się, jakby go przypiekano.
– Czy ma pan coś przeciwko temu, żeby zaczekać z tym przez tydzień? – spytał prezydent.
– Nie. – Horton spostrzegł się, że za szybko podjął tę decyzję, i rozpaczliwie próbował odwrócić kota ogonem: – Uważam jednak, że w tym czasie może się wydarzyć wiele niedobrego – powiedział bez przekonania.
– Zaczekamy z tym przez tydzień – orzekł prezydent. – Spotkamy się w przyszły piątek i zaczniemy od początku. Nie mówię “nie”, Richardzie. Po prostu w ciągu tych siedmiu dni przemyślimy sprawę.
Horton wzruszył ramionami. Załatwił więcej, niż mógł się spodziewać. Zadbał o swój tyłek. Prosto stąd pojedzie do siebie i podyktuje obszerne memorandum przedstawiające szczegółowo przebieg tej rozmowy, dzięki czemu uratuje głowę.
Podszedł do niego Coal z kartką w ręku, na której miał wypisane nazwiska czterech ornitologów, proponowanych na stanowiska sędziów – zbyt liberalnych, by nie budziło to niepokoju, lecz plan B wymagał ofiar i jeśli zajdzie taka potrzeba, radykalni miłośnicy ptaków zasiądą w Sądzie Najwyższym.
– Czy to jakiś żart? – zapytał Horton z niedowierzaniem.
– Sprawdźcie ich – polecił prezydent.
– Ci ludzie są liberałami pierwszej wody – bąknął Horton.
– Owszem. I oddają cześć Słońcu oraz Księżycowi, drzewom i ptakom… – podpowiedział rozbawiony Coal.
Horton zrozumiał wreszcie, o co chodzi, i uśmiechnął się.
– Rozumiem. Miłośnicy pelikanów!
– Ptaków na wymarciu, jak powszechnie wiadomo – dorzucił prezydent.
– Szkoda, że nie powyzdychały dziesięć lat temu – dodał Coal.
Nie zadzwoniła o dziewiątej. Gray siedział już za biurkiem w sali agencyjnej. Przeczytał “Timesa” i niczego nie znalazł. Rozłożył gazetę z Nowego Orleanu i przejrzał nagłówki. Cisza. Napisali już o wszystkim, co zdołali ustalić. Wczoraj puścili farbę o Callahanie, Verheeku oraz Darby i zadali swoje retoryczne pytania. Przyjął, że nowoorleańscy dziennikarze z “Timesa” i “Times-Picayune” mieli raport w ręku albo o nim słyszeli i w związku z tym wiedzieli o Mattiesie. Musiał także przyjąć, że wypruwali sobie żyły, żeby go zweryfikować. I dobrze. On miał Darby i razem znajdą Garcię, a jeśli Mattiece da się zweryfikować, nie omieszkają tego uczynić.
W tej chwili nie miał alternatywnego planu. Jeśli Garcia zniknął albo nie zgodzi się na współpracę, przyjdzie im zagłębić się w ciemne i mętne wody, w których żerował Victor Mattiece. Darby długo tego nie wytrzyma, a Gray nie był pewny, czy starczy mu sił.
Smith Keen nadszedł z kubkiem kawy i usiadł na jego biurku.
– Czy gdyby “Times” wiedział, czekałby do jutra?
– Nie. – Gray pokręcił głową. – Gdyby wiedzieli więcej niż “Times-Picayune”, puściliby to dzisiaj.
– Krauthammer naciska, żebyśmy wydrukowali to, co mamy. Uważa, że możemy wymienić Mattiece’a z nazwiska.