Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]
- Автор: Робертс Нора
- Язык: польский
- Жанр: Остросюжетные любовные романы
Электронная книга - «Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]». Краткое содержание книги:
– Radzimy sobie. – Mignęła mu ciężarówka Toby'ego u wylotu drogi prowadzącej do domu Caroline i zapragnął zapłakać. Nigdy już nie będzie mógł zagwizdać na Jima. Po dzisiejszym dniu, kiedy stał się mordercą.
– Nie powiesz mi, co się dręczy, Cyr? Serce podeszło mu do gardła.
– Nic, panie Tucker. Nic mnie nie dręczy.
– Skończyłem czternaście lat już jakiś czas temu – powiedział Tucker swobodnie. – Ale pamiętam, jak to jest. I pamiętam jak to jest, kiedy ojciec ma ciężką rękę i krótki lont. – Tucker popatrzył na niego z takim zrozumieniem, że Cyr musiał znowu odwrócić głowę. – Nie kulałeś, wsiadając do samochodu, Cyr.
Gula strachu zaczęła rosnąć. – Chyba… chyba mnie już nie boli ta noga. Tucker milczał przez chwilę, potem wzruszył ramionami. – Skoro tak…
Jechali teraz wzdłuż wąskiego pasemka Little Hope. Cyr wiedział, że za chwil? znajdą się nad przepustem.
– Trzy… trzymam rower w przepuście.
– Dobrze. Wysadzę cię tam, jeżeli chcesz.
– Może mógłby pan…
„Znieść rower na dół. Pomóc mi sprowadzić rower do przepustu, gdzie czeka na pana mój ojciec. Pomoże mi pan, ponieważ zawsze pan pomaga, kiedy pana o to proszą".
– Co takiego?
Są już prawie na miejscu. Prawie na… Cyr przesunął dłonią po suchych ustach. Nie czul już w sobie lodowatego strachu, tylko mdlącą grozę. „Muszę go tylko poprosić, i on to zrobi". Ujrzał błysk – odbicie światła od szkieł lornetki. A może noża.
– Stać! Stać! – W panice chwycił za kierownicę. Samochód zatańczył na drodze, omal nie wpadając do strumienia.
– Co u diabła?! – Tucker odkręcił kierownicę i nacisnął na hamulec. Olds stanął w poprzek drogi. – Straciłeś rozum?
– Niech pan zawróci, panie Tucker, niech pan zawróci, na miłosierdzie boskie, trzeba zawrócić! – Szlochając Cyr uczepił się kierownicy. – Proszę Boże, odwróć samochód, zanim on przyjdzie nas zabić. Teraz zabije nas obu.
– Cyr, uspokój się!
Oldsmobile obrócił się dostojnie jak okręt wypływający z portu i pomknął z powrotem ku Sweetwater. Skulony na siedzeniu Cyr szlochał z rękoma przy ustach. Wpatrywał się we wsteczne lusterko, podczas gdy Król śpiewał o palącej miłości.
– On przyjdzie. Wiem, że przyjdzie. Moje oczy, wyjmie mi moje oczy! – Chwycił się za żołądek. Tucker zjechał na pobocze. Wyciągnął Cyra z wozu i trzymał go za głowę, kiedy wymiotował. Potem wyciągnął chusteczkę i otarł chłopcu twarz.
– Oddychaj wolno. Myślisz, że już?
Cyr skinął głową i zaczął płakać. Cicho, beznadziejnie. Tuckerowi ścisnęło się serce. Siedział osłupiały w otwartych drzwiach samochodu i klepał Cyra po ręce.
– Wypłacz się. Poczujesz się lepiej.
– Nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie mogłem. On mnie zabije.
– Kto cię zabije?
Cyr zwrócił ku niemu pocętkowaną, zrozpaczoną twarz. Tucker pomyślał, że wygląda jak zakatowany pies, który czeka na ostatni cios.
– Mój tata. Kazał mi tu pana przyprowadzić. Powiedział, że to za Eddę Lou i że jeżeli oko cię zgorszy, musisz je wyjąć. Przynosiłem mu codziennie jedzenie. I przyniosłem mu pas i czystą koszulę. I lornetkę. Musiałem. A dzisiaj przyniosłem mu nóż.
Tucker podniósł Cyra za front koszuli i potrząsnął nim mocno.
– Twój tata jest tutaj, w tym przepuście?
– Czeka na pana. Miałem pana przyprowadzić. Ale nie mogłem. – Cyr wywrócił oczami. – Może już idzie. Może już idzie. I ma te pistolety.
– Wskakuj do wozu.
Cyr zrozumiał z tego, że jedzie prosto do więzienia. Pomagał zbiegowi i stawał się tym samym współsprawcą czy coś takiego. Ale więzienie było lepsze niż wyjęcie oczu nożem.
– Co pan chce zrobić, panie Tucker?
– Odwiozę cię z powrotem do Sweetwater.
– Do Sweetwater? Ale., ale…
– Wejdziesz do domu, zadzwonisz do szeryfa Truesdale'a i wszystko mu opowiesz. – Spojrzał ostro na Cyra. – Opowiesz?
– Tak, proszę pana. – Cyr otarł łzy z policzków. – Przysięgam. Powiem mu, gdzie jest tata. Opowiem mu wszystko.
– I powiedz mu, żeby przyjechał do przepustu. Szybko. Bez zwłoki. Natychmiast. – Wjechał w bramę Sweetwater.
– Powiem mu. Przykro mi, panie Tucker. Tak się bałem.
– Porozmawiamy o tym później. – Zatrzymał samochód wzbijając żwir w powietrze. – Biegnij do domu. Jeżeli nie złapiesz szeryfa w biurze, zadzwoń do niego do domu. Della ma numer. Jeżeli nie będzie Burke'a. szukaj Carla.
– Tak, proszę pana. Co pan chce zrobić? – Szeroko otwartymi oczami patrzył, jak Tucker otwiera bagażnik, wyrzuca rower i sięga po karabin. – Jedzie pan za nim? Będzie pan go ścigał, panie Tucker?
Tucker otworzył karabin, sprawdził magazynek. Podniósł wzrok i utkwił spojrzenie w twarzy Cyra.
– Tak, to właśnie mam zamiar zrobić. Najlepiej powiedz Burke'owi, że mianowałem się jego zastępcą.
Cyr odwrócił się i pędem pobiegł do domu.
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
Mógł sobie wyobrazić każdego, tylko nie siebie zamieszanego w strzelaninę. Już po raz drugi przez Austina Tuck znajdował się w takiej nieprzyjemnej sytuacji, że musiał brać do ręki karabin.
Było to cholernie irytujące.
Ale nie mógł wrócić do domu i siedzieć na werandzie czekając, aż Burke i Carl załatwią sprawę. W oczach stała mu jeszcze przerażona twarz Cyra, strach dziecka zdawał się wisieć w samochodzie.
„On wyjmie mi oczy!”
Gdzie, na litość boską, usłyszał coś takiego?
Od tego szaleńca, swojego ojca, uznał Tucker.
Zatrzymał samochód. Wysiadł z wozu i używając go jako osłony, otworzył tylne drzwiczki. Jak niemal wszyscy w Innocence Della woziła na parapecie lornetkę.
Kiedy podniósł ją do oczu i nastawił ostrość, betonowa bryła przepustu wyskoczyła mu przed oczami. Nie dostrzegł niczego przy wejściu do przepustu, żadnego ruchu na brzegu Little Hope. Pusto na polu za strumieniem.
Uchwycił błysk z okna wozów mieszkalnych na parkingu, pięć kilometrów dalej. Obniżył lornetkę i wyraźnie zobaczył siostrę Earleen, Laurilee. Wyszła z przyczepy, uderzyła patelnią w puszkę Mountain Dew i krzyknęła donośnie.
Zwołuje dzieciarnię na kolację, pomyślał Tucker z roztargnieniem i wolno przesunął lornetkę. Zobaczył świnie ryjące w zagrodzie Marchesów i tabun kurzu posuwający się drogą w stronę miasta. Samochodu nie rozpoznał.
Cisza przerywana jedynie pochlupywaniem strumienia i głosem ptaków, które podśpiewywały bez zapału, wydawała się czymś namacalnym.
Jeżeli Austin czeka, to w jakimś ciemnym kącie przepustu. Istniał tylko jeden sposób, by się o tym przekonać. Tucker upchnął do kieszeni parę nabojów, nie tracąc nadziei, że nie będzie musiał ich użyć. Podchodził do przepustu przygięty, ze wzrokiem wlepionym w wąski otwór wejściowy. Kiedy znalazł się w odległości pięciu metrów, opadł na brzuch i wysunął karabin.
– Boże, zrób mi tę przysługę i spraw, żebym nie musiał zabić tego padalca.
Wziął głęboki oddech i wolno wypuścił powietrze.
– Austin! Zakładam, że wiesz o mojej obecności – zawołał. Skórę miał wyschniętą na wiór, ręce zupełnie spokojne. – Zadałeś sobie mnóstwo trudu, żeby mnie tu zaprosić. Może wyjdziesz, żebyśmy mogli porozmawia – rozsądnie. Albo poczekamy na przyjazd Burke'a.
Ciszę przerwał jedynie krzyk kruka.
– Utrudniasz mi życie. Austin. Będę musiał tam wejść. Torturowałeś dziecko, tego nie zdzierżę. Będziemy musieli strzelać do siebie i jeden z nas na pewno umrze. – Westchnąwszy cicho, Tucker podniósł kamień. – Bardzo nie chcę, żebym to był ja.
Rzucił kamieniem w stronę wejścia i czekał na ostrą odpowiedź karabinu. Cisza.