Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]
- Автор: Робертс Нора
- Язык: польский
- Жанр: Остросюжетные любовные романы
Электронная книга - «Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]». Краткое содержание книги:
– Tego dnia, przed tą historią z Bonnym, powiedziałeś, że pracowaliście z Dwayne'em w polu?
– Zdarzało się.
– I wspomniałeś kiedyś, że Dwayne ma dyplom, którego nie chce wykorzystać. Czy ty też go masz?
– Nie mam. Nigdy nie miałem umiejętności Dwayne'a prześlizgiwania się przez szkoły. Nie zrobiłem dyplomu. Ale studiowałem zarządzanie i księgowość. – Uśmiechnął się swobodnie. – Nie trzeba wielkiego rozumu, by wykombinować, że lepiej siedzieć za biurkiem, niż pocić się na polu bawełny.
Syknęła tylko.
– Nie mogę uwierzyć, że przyszłam tu, aby cię bronić.
– Bronić mnie? – Objął ją przez plecy, żeby zanurzyć twarz w jej włosach. – Złotko, to strasznie miło z twojej strony. Boże, ślicznie pachniesz. Lepiej niż ciasto wiśniowe.
– To mydło – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – I woda.
– Doprowadza mnie do szaleństwa. – Zaczął całować jej szyję. – Do zupełnego szaleństwa. Zwłaszcza to miejsce tutaj.
Zadrżała, kiedy pocałował ją pod brodą.
– Przyszłam z tobą porozmawiać, Tucker, nie… Och! – jęknęła kiedy zaczął robić podstępne, uwodzicielskie rzeczy z jej uchem.
– Mów, mów – zachęcił ją. – Mnie to w ogóle nie przeszkadza.
– Gdybyś tylko przestał na chwilę.
– Okay. – Przerzucił się z ucha z powrotem na szyję. – No, słucham. Czuła, że myśl jej się mąci i odchyliła głowę, żeby ułatwić mu dostęp.
– Matthew Burns był dzisiaj u mnie. – Jego usta zatrzymały się, poczuła, jak cały sztywnieje, po czym powoli, powoli się rozluźnia.
– Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to dziwiło. Ma na ciebie oko. Ślepy na galopującym koniu by to zobaczył.
– To nie ma nic wspólnego z… To nie była wizyta towarzyska. – Do diabła z rozsądkiem, zdecydowała Caroline i poszukała ustami jego warg. Westchnęła cicho, kiedy dostarczał im obojgu przyjemności długimi powolnymi pocałunkami. – Mówił, żebym się od ciebie odczepiła.
– Hmm. Ku mojej głębokiej frustracji, nawet się jeszcze nie doczepiłaś.
– Nie, on mówił o sprawie. O morderstwie. – Światło rozbłysło jej w głowie i odskoczyła od Tuckera. – O morderstwie – powtórzyła. Spojrzała na swoją rozpiętą bluzkę i rozdziawiła usta. – Co ty robisz?
Odetchnął głęboko.
– Rozbieram cię. Już od dłuższego czasu. – Wyprostował się, patrząc na nią uważnie. – A teraz sprawa znów się odwlecze.
Drżącymi palcami zapinała guziki.
– Powiem ci, kiedy będę chciała, żeby mnie rozebrać.
– Caroline, mówiłaś mi to bardzo wyraźnie. Do momentu, kiedy zaczęłaś znowu myśleć. – Podszedł do barku przyrządzić sobie drinka w nadziei, że ugasi ogień w żyłach. – Napijesz się?
– Nie.
– A ja tak. – Nalał sobie whisky na dwa palce. Uniosła dumnie głowę.
– Możesz być tak zirytowany, jak ci się…
– Zirytowany? – Błysnął ku niej oczami i podniósł szklankę do ust. – Skarbie, to bardzo łagodne określenia na stan, w jakim się znajduję. Żadna kobieta nie podniecała mnie tak, w dodatku bez żadnego wysiłku ze swej strony.
– Przyszłam tu, żeby cię ostrzec, nie podniecać.
– Dokładnie o tym mówię. – Dopił drinka, przez chwilę zastanawiał się, czy nie zrobić sobie następnego, w końcu zdecydował się na połówkę papierosa. – Kto to jest Luis?
Dwukrotnie otworzyła i zamknęła usta, zanim udało jej się przemówić.
– Słucham?
– Słyszałaś doskonale. Po prostu nie chcesz mi odpowiedzieć. Susie napomknęła, że jest jakiś Luis, na którego jesteś skurwiona. – Spojrzał na ogryzek papierosa, który palił. – Idiotyczne imię.
– „Tucker" brzmi o tyle bardziej dystyngowanie. Odprężył się na tyle, by móc przywołać swój zwykły uśmiech.
– Zależy od punktu widzenia. Kim on jest, Caro?
– Ktoś, na kogo jestem wkurwiona – powiedziała lekko. – Może byś jednak wysłuchał, co mam…
– Zranił cię?
Patrzyli na siebie przez chwilę. W oczach Tuckera Caroline zobaczyła cierpliwość, współczucie i, ku swojemu zdumieniu, spokojną siłę.
– Tak.
– Chciałbym obiecać, że ja tego nie zrobię, ale chyba nie mogę.
Coś w niej drgnęło. Drzwi, które dokładnie za sobą zamknęła, uchylały się cichaczem.
– Nie chcę obietnic – zawołała prawie z rozpaczą.
– Nigdy ich nie dawałem. To niebezpieczne. – Spojrzał spode łba na papierosa i zdusił go w popielniczce. – Ale zależy mi na tobie. Można powiedzieć, zależy jak cholera.
– Ja… Chyba nie jestem jeszcze gotowa… – Stała przed nim nie wiedząc, co zrobić z rękami. – Mnie też na tobie zależy, Tucker. I na tym musimy poprzestać. Przyszłam, ponieważ zależy mi na tobie i chcę, żebyś wiedział, że Matthew Burns szuka sposobu, by udowodnić, że zabiłeś Eddę Lou Hatinger.
– Będzie musiał długo szukać. – Nie spuszczając z niej wzroku, Tucker wcisnął ręce w kieszenie spodni. – Nie zabiłem Eddy Lou.
– Wiem. Może nie rozumiem ciebie, ale wiem, że jej nie zabiłeś. Matthew szuka powiązania między Arnette, Francie i Eddą Lou. Jesteś jego faworytem. Rzucił również parę uwag wskazujących na Toby'ego, i to mnie martwi. Wiem, że mamy lata dziewięćdziesiąte, ale to jest wiejskie Missisipi i konflikty rasowe… – wzruszyła ramionami.
– Większość tutejszych ludzi darzy Toby'ego i Winnie dużym szacunkiem. Nie ma to wielu takich jak Hatingerowie i Bonny'owie.
– Wystarczy paru. Nie chcę, żeby coś się stało Toby'emu lub jego rodzinie. – Postąpiła krok naprzód. – I nie chcę, żeby coś stało się tobie.
– Więc będę musiał zadbać o to, by nic nam się nie stało. – Ujął jej twarz w dłonie i spojrzał prosto w oczy. – Boli cię głowa. – Łagodnie rozmasował poprzeczną zmarszczkę na jej czole. – Nie podoba mi się myśli że się do tego przyczyniłem.
– To nie ty. – Jak zawsze poczuła zawstydzenie słabością, która idzie w parze z bólem. – To sytuacja.
– Wiec przez chwile nie będziemy myśleć o tej sytuacji. Posiedzimy na werandzie i pooglądamy zachód słońca. – Przycisnął wargi do jej czoła. – i nie musisz się nawet ze mną całować. Chyba że będziesz bardzo chciała.
Udało mu się wywołać uśmiech na jej twarzy.
– A co z twoją pracą?
Opasał ją w talii ramieniem i poprowadził do drzwi.
– Złotko, jedno jest pewne. Praca nie zając, nie ucieknie.
Siedzieli więc na werandzie, rozmawiali o pogodzie, o ślubie Marvelli, o postępach Jima w grze na skrzypcach. Patrzyli, jak słońce zniża się ku zachodowi, jak rozbrykany szczeniak próbuje namówić sędziwego Buslera na zabawę, słuchali Oak Ridge Boys, i żadne z nich nie zauważyło błysku światła odbijającego się od szkieł lornetki.
Austin obserwował ich, a jego usta poruszały się w bezgłośnej, żarliwej modlitwie. Jego umysł pogrążał się coraz głębiej i głębiej w szaleństwo, a za pasem niedzielnych spodni tkwiły dwie trzydziestkiósemki.
Kiedy Cyr zjawił się w przepuście następnego ranka, jego ojciec czekał. Chwycił chłopca za przód koszuli, mrużąc oczy przed ostrym światłem.
– Nie powiedziałeś nikomu? Poznam się na kłamstwie.
– Nie, tato. – Co rano padały te same pytania i te same odpowiedzi. – Przysięgam, że nie. Przyniosłem ci kurczaka i suchary.
Austin chwycił papierową torbę.
– Resztę masz?
– Tak, tato. – Cyr podał mu plastikowy pojemnik z wodą, mając nadzieję, że ojciec tym się zadowoli. Wiedział jednak, że to niemożliwe.