Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]
- Автор: Робертс Нора
- Язык: польский
- Жанр: Остросюжетные любовные романы
Электронная книга - «Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]». Краткое содержание книги:
– Nie przyszłam, żeby… – Caroline urwała i cofnęła się o krok, kiedy Lulu pochyliła się, żeby ją obwąchać.
– Nie uperfumowałaś się, niezły chwyt. – Lulu pogroziła jej ociekającym farbą pędzlem. – Mężczyzna, który przywykł do kobiet zlanych perfumami, zakocha się z miejsca w takiej, która pachnie mydłem i wodą.
Caroline uniosła brew.
– Czy rzeczywiście?
– Wiesz o tym doskonale. Nie na darmo dożyłam… Dwayne, ile ja mam właściwie lat do cholery? – Chyba osiemdziesiąt cztery, kuzynko Lulu.
– Osiemdziesiąt cztery? Osiemdziesiąt, cztery?! – Farba skapywała jej z pędzla na buty. – Jesteś pijany jak prosię, Dwayne. Żadna dama z Południa nie pozwoliłaby sobie na osiągnięcie potwornego wieku osiemdziesięciu czterech lat. To nie wypada.
Dwayne zajrzał do szklanki z whisky. Był zalany, ale nie głupi.
– Sześćdziesiąt osiem – zdecydował. – Chciałem powiedzieć sześćdziesiąt osiem.
– To już lepiej. – Lulu rozmazała sobie farbę na policzku. – Godny wiek. Idź, Jankesko, użyj swoich wdzięków na tym biednym, niewydarzonym chłopcu. Liczę na ciebie.
– Będę o tym pamiętać. – Uległa pokusie i zerknęła na obraz Przedstawiał Dwayne'a rozpartego w bujanym fotelu, dzierżącego szklanice whisky nadnaturalnych rozmiarów. Styl przypadał gdzieś pośrodku między Picassem a karykaturami w „Mad". Twarz Dwayne'a była zielona, białka oczu rozorane siecią czerwonych krech. Z głowy sterczały mu różowe uszy osła.
– Interesujący pomysł – skomentowała Caroline.
– Mój tata mawiał, że zawodowy pijak prędzej czy później wychodzi na bęcwała.
Caroline przeniosła wzrok z obrazu na malarkę. Zrozumiała, że kuzynka Luli wcale nie jest taką wariatką, za jaką chce uchodzić.
– Zastanawiam się, jaki powód może mieć ktoś, kto pije zawodowo?
– Dla niektórych powodem jest samo życie. Dwayne, gdzie jest twój brat? Ta dziewczyna czeka, a ja nie mogę malować, kiedy dyszy mi w kark.
– W bibliotece. – Dwayne pociągnął ze szklanki. – Wchodź, Caroline, nie krępuj się. Trzecie drzwi na prawo z holu.
Caroline weszła do domu. Był tak cichy, że stłumiła pragnienie głośnego zaanonsowania swojej osoby. Łagodne żółte światło skojarzyło jej się z muzeum, ale cisza przywodziła na myśl wytworny buduar południowej damy.
Zaczynała wątpić, czy ktoś w ogóle jest w domu. Złapała się na tym, że stąpa na palcach.
Drzwi do biblioteki były zamknięte. Położyła dłoń na klamce i wyobraziła sobie Tuckera. Rozciągnięty na jakiejś wypoduszkowanej płaszczyźnie, ręce pod głową, nogi skrzyżowane w kostkach. Ucina sobie wczesnowieczorną, późnopopłudniową, przedkolacyjną drzemkę.
Zapukała cicho, ale nikt nie odpowiedział. Wzruszyła ramionami, nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi. Po prostu go obudzę, powiedziała sobie. Miała mu parę rzeczy do powiedzenia, on ze swej strony może zdobyć się na ten wysiłek i ocknąć się ze śpiączki na tak długo, by jej wysłuchać. Ponieważ w czasie gdy on przesypiał swoje życie, sprawy wymknęły się…
Ale nie było go na sofie w oknie wykuszowym. Nie było go również na fotelu przed kamiennym kominkiem. Caroline zmarszczyła brwi i obróciła się wokół własnej osi, obrzucając ciekawym spojrzeniem ściany książek, świetnego Georgia O'Keeffle'a i filigranowy stoliczek w stylu Ludwika XV.
Zobaczyła Tuckera za masywnym dębowym biurkiem, pochylonego nad stosem papierów. Jego palce przemykały niedbale… Nie! Wprawnie, po klawiaturze małego komputera biurowego.
– Tucker?! – W tym jednym słowie zawarła całe swoje zdumienie. uniknął coś w odpowiedzi, wpisał parę liczb, po czym podniósł wzrok. oprzytomniał w jednej chwili.
– Witaj. Caroline! Jesteś najmilszą niespodzianką, jaką przyniósł mi dzień.
– Co robisz?
– Coś tam obliczam. – Odsunął się od biurka i wstał, bardzo szczupły i bardzo niedbały w bawełnianej koszulce i dżinsach. – Co się odwlecze, to nie uciecze. Może wyjdziemy na werandę, posiedzimy, pooglądamy zachód słońca?
– Słońce nie zajdzie jeszcze przez dobre dwie godziny. Uśmiechnął się.
– Mamy czas.
Potrząsnęła głową, kiedy obszedł biurko, żeby ją objąć. Powstrzymując go jedną ręką, przysunęła się do biurka i zobaczyła wydruki z kolumnami cyfr, faktury, rachunki. Oczy jej się zwęziły. Przesunęła palcem wzdłuż katalogów na ekranie komputera.
PRALNIA, CHAT'N CHEW, TOWARY ŻELAZNE, GOOSENECK, DOM NOCLEGOWY, PRZYCZEPY KAMPINGOWE.
Na biurku leżał stos raportów dotyczących bawełny, nasion, pestycydów, nawozów, cen, przedsiębiorstw przewozowych. Drugi stos składa} się z folderów, informatorów i sprawozdań giełdowych.
Caroline przesunęła ręką przez włosy.
– Pracujesz!
– W pewnym sensie. A teraz, pozwolisz mi się pocałować czy nie? Machnęła niecierpliwie dłonią, próbując się skupić.
– Rachunkowość. Prowadzisz księgę rachunkową! Uśmiechnął się szeroko.
– Złotko, to jest niezgodne z prawem tylko wtedy, gdy prowadzisz dwie równoległe. Co mój dziadek robił z powodzeniem przez dwadzieścia pięć lat. Więc może bliższe prawdy byłoby stwierdzenie, że jest to nielegalne tylko Wtedy, gdy dasz się złapać na prowadzeniu dwóch ksiąg równolegle, co mojemu dziadziusiowi się nigdy nie przytrafiło. Był aż do śmierci filarem tej społeczności. – Tucker przysiadł na krawędzi biurka. – Jeżeli nie chcesz usiąść ze mną na werandzie, to czym mogę ci służyć?
– Używasz komputera.
– No cóż, przyznaję, że z początku podchodziłem do nich z dużą rezerwą. Ale te małe diabełki oszczędzają mnóstwo czasu, kiedy już dadzą się ujarzmić.
– Robisz to wszystko sam?
– Co?
– To! – Sfrustrowana, chwyciła garść papierów i podsunęła mu je pod nos. – Prowadzisz wszystkie te przedsiębiorstwa? Te wszystkie księgi?
Potarł z namysłem podbródek, potem wcisnął parę guzików w komputer.
– Prowadzą się same. Ja tylko wpisuję liczby.
– Jesteś oszustem. – Pacnęła papierami o biurko. – Ta cała poza leniwego Południowca darmozjada. „Wolę leżeć niż siedzieć". To tylko fasada!
– Mylisz się, złotko – sprostował, ubawiony patrząc, jak biega po pokoju. – Wydaje mi się, że macie tam na północy inną definicję słowa „leniwy". U nas leniwy znaczy rozluźniony. – Spojrzał na nią z boleścią. – Słonko, naprawdę chciałbym, żebyś się tego nauczyła. Powodujesz okropne zawirowania.
– Za każdym razem, gdy wydaje mi się, że znalazłam na ciebie sposób, wymykasz się. Jak wirus. – Zrobiła w tył zwrot. – Jesteś biznesmenen!
– Nie sądzę, żeby określenie to pasowało do mnie, Caro. Kiedy myślę o biznesmenie, widzę kogoś takiego jak Donald Trump albo Lee Iacocca. Eleganckie garniturki, paskudne rozwody, wrzody jak kurze jaja. No, jest jeszcze Jed Larsson. Z zasady nosi garnitur tylko w niedzielę i był mężem swojej Jolette, odkąd pamiętam. Ale cierpi na pieczenie w żołądku.
– Zmieniasz temat.
– Nie, cały czas krążę wokół niego. Można powiedzieć, że nadzoruję od czasu do czasu jakieś przedsięwzięcie. A ponieważ mam smykałkę do liczb, nie wymaga to specjalnego wysiłku.
Opadła na kanapkę i spojrzała na niego spode łba.
– Nie marnujesz życia.
– Zawsze odnosiłem wrażenie, że się nim cieszę. – Przysiadł obok niej. – Ale jeżeli to cię uszczęśliwi, spróbuję je zmarnować.
– Och, zamknij się na chwilę. Próbuję myśleć. – Skrzyżowała ramiona na piersiach. Niewydarzony? przypomniała sobie. Czy nie tak nazwała go Lulu? Ha, ha! Facet doskonale wie, co robi, i najwyraźniej robi to od lat, według własnego systemu. Czy nie dostrzegła tego sama? Sposób, w jaki uśmiechał się sennie w jednej chwili, przewiercał ci mózg spojrzeniem w drugiej?