Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]
- Автор: Робертс Нора
- Язык: польский
- Жанр: Остросюжетные любовные романы
Электронная книга - «Miasteczko Innocente [На польском / Carnal Innocence]». Краткое содержание книги:
– Cholera, nic!
Znowu poczuł chłód. Zaciągnął się dymem i pomyślał, że to naturalne odczuwać zdenerwowanie, kiedy człowiek ściga zbiega. A mimo to nie oglądał się już przez ramię ani nie zerkał ukradkiem. Stał na wprost okna sypialni Caroline i gapił się na połyskującą w słońcu szybę.
Coś było nie w porządku. Czuł to tak wyraźnie, jak zapach ozonu w sekundę po uderzeniu piorunu. Coś było cholernie nie w porządku.
– Burke, chcę zajrzeć do Caroline.
– Mówiłem ci już. Susie zaprosiła ją do nas. Siedzą teraz pewnie przy kuchennym stole i gadają o kwiatach i ślubnych tortach.
– Aha. – Tucker poruszył barkami, jakby chciał rozluźnić mięśnie. – Ale chcę tam zajrzeć.
Szedł już w tamtą stronę, kiedy rozległy się strzały.
Caroline piekła kukurydziany chleb według rodzinnego przepisu Happy Fuller. Kończyła rozrabianie ciasta, kiedy zadzwoniła Susie. Najpierw z zaproszeniem na obiad, potem z żądaniem, by przyszła i przemówiła Marvelli do rozumu w kwestii chryzantem, ale Caroline nie dała się zwieść. Austin Hatinger kręcił się w odległości piętnastu kilometrów od domu McNairów i Susie nie chciała, żeby Caroline siedziała sama.
Caroline była jej wdzięczna. A ponieważ od chwili telefonu każde skrzypnięcie podłogi i każdy cień przyprawiały ją o łomotanie serca, cieszyła się szczerze z zaproszenia. Nie przypuszczała, żeby Austin zawitał w jej progi. Z pewnością tego nie zrobi. Ale kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, myślała z przyjemnością o spędzeniu wieczoru w bezpiecznej, hałaśliwej kuchni Susie.
Wciągnęła w nozdrza powietrze i uśmiechnęła się. Kukurydziany chleb był prawie gotowy. Zapakuje bochenek. Nieprzydatnego i pojedzie do miasta.
Spojrzała na zegar. Jeszcze pięć minut. Pchnęła siatkowe drzwi i zawołała psa.
– Nieprzydatny, chodź, mały. – Zaklaskała w dłonie i spróbowała zagwizdać. – Nieprzydatny, chodź! Jedziemy na spacer! – Słysząc popiskiwanie pod nogami, przykucnęła, żeby spojrzeć przez szpary w deskach. Pies tulił się do ściany domu i drżał.
– Głupi psiak. Wychodź zaraz. Co cię tak przestraszyło? Szczeknął dwa razy i przytulił się jeszcze mocniej do muru. Zirytowana Caroline przysiadła na piętach.
– Zobaczył pewnie zaskrońca – mruknęła. Postanowiła, że wywabi go spod werandy za pomocą kości z firmy Milky, Nieprzydatny udowodnił wielokrotnie, że jego siła woli nie wytrzymuje konfrontacji z kością mleczną. Caroline zaczęła się podnosić. Wtedy zobaczyła Austina Hatingera.
Przez chwilę myślała, że ma halucynacje. Przecież to niemożliwe, żeby mężczyzna szedł przez jej trawnik z dwoma pistoletami za pasem i nożem w dłoni. Żeby deptał jej świeżo posadzone bratki i uśmiechał się, uśmiechał się sztywnymi wargami, oczami, w których czai się szaleństwo.
Była jeszcze na kolanach, kiedy się odezwał.
– Bóg mnie do ciebie zaprowadził. – Uśmiech zdawał się rozcinać mu twarz. – Rozumiem Jego wolę. Byłaś z nim. Widziałem cię z nim, zostaniesz złożona w ofierze. – Podchodząc do werandy, obrócił nóż w dłoniach. – Jak Edda Lou. To musi być tak jak z Eddą Lou.
Caroline poderwała się na nogi i rzuciła w tylne drzwi. Zatrzasnęła je za sobą, szarpnęła zasuwą. Zegar w piecyku zaczął brzęczeć i Caroline wrzasnęła dziko. Usłyszała głuche uderzenie w drzwi i dźwięk ten wyrwał ją z bezruchu.
Nie myślała. Kierując się wyłącznie instynktem, porwała colta dziadka. Musi dostać się do samochodu. Biegnąc przez dom, usłyszała trzask starego drewna. Drzwi poddały się pod naporem ciała Austina.
I przypomniała sobie, że colt, który trzyma w spoconej dłoni, jest nie nabity.
Łkając, wybiegła przez frontowe drzwi. Sięgnęła do kieszeni. Naboje wyślizgnęły się jej z palców, potknęła się i omal nie zleciała ze schodów. Odzyskała równowagę i zobaczyła, że wszystkie cztery koła samochodu są przebite.
Austin trzepnął siatkowymi drzwiami o ścianę.
– Nie możesz uciec przed wyrokiem boskim. Jesteś jego narzędziem. Oko za oko, mówi Pan.
Ale Caroline biegła już w stronę bagien. Jeszcze jeden nabój wyślizgnął jej się z rąk i zniknął w trawie. Jej krzyk był tylko chrapliwym oddechem.
– Przestańcie, przestańcie – rozkazała swoim rozlatanym dłoniom, kiedy udało jej się włożyć jeden, potem drugi nabój do magazynku. – Och, Boże, poroszę – Jeszcze parę kroków i znajdzie się wśród drzew. Były schronieniem pułapką. Jedno rozpaczliwe spojrzenie za siebie. Austin był o wyciągnięcie ramienia. Łzy przyćmiewały jej wzrok, kiedy odwróciła się i wystrzeliła.
Rozległ się suchy trzask iglicy. Austin uśmiechnął się.
– Dziś jesteś owieczką Bożą. – Nóż zatoczył łuk ku górze połyskując srebrem. Caroline ujrzała w oczach Austina coś więcej niż szaleństwo. Ujrzała triumf.
W tym momencie Nieprzydatny wystrzelił jak żółty pocisk i wbił ząbki w łydkę Austina. Austin zawył, bardziej z wściekłości niż z bólu. Wystarczył jeden kopniak, by pies zatoczył łuk w powietrzu i wylądował bezwładnie w trawie.
– Dobry Boże! – pomodliła się Caroline i wypaliła ponownie, trzymając broń w obu rękach. Tym razem wstrząs powalił ją na ziemię. Siedziała w trawie osłupiała, patrząc jak na brudnej koszuli Austina wykwita straszna czerwona plama.
A on uśmiechał się ciągle, z nożem wzniesionym ponad głową.
– Proszę, proszę, proszę – zaskomlała Caroline. Broń ponownie podskoczyła jej w dłoni. Zobaczyła, że twarz Hatingera po prostu zniknęła. Austin zgiął się wpół. Zdawało jej się, że wciąż ku niej idzie. Cofała się, ryjąc obcasami bruzdy w trawie.
Nóż upadł u jej nóg, wkrótce po nim upadł i Austin.
Tucker dopadł podjazdu i stanął jak wryty. Z dziko walącym sercem parzył, jak Caroline idzie chwiejnie przez trawnik z psem w ramionach. Za nią leżał Austin, a jego krew barwiła trawę. – Kopnął mojego psa – powiedziała, mijając Tuckera. – Jezu Chryste, Burke! – Ja się tym zajmę. – Burke schował pistolet i wyjął krótkofalówkę. – Idź za nią. Dopilnuj, żeby nie wyszła, zanim skończymy. Tucker znalazł Caroline w salonie. Siedziała na bujanym fotelu z oszołomionym psem na kolanach.
– Kochanie! – Przykucnął, głaszcząc ją po twarzy, po włosach. – Kochanie, czy on cię skrzywdził?
– Chciał mnie zabić. – Dalej bujała się w fotelu. Bała się, że oszaleje, jeżeli przestanie. – Nożem. Mógł mnie zastrzelić, ale musiał to zrobić nożem. Jak Eddzie Lou, powiedział. – Pies zaczął popiskiwać na jej kolanach. Caroline przytuliła go do piersi jak dziecko. – Już dobrze, już wszystko dobrze.
– Caroline, spójrz na mnie, kochana. – Czekał, aż odwróci głowę. Źrenice miała tak rozszerzone, że tęczówki stanowiły tylko wąską zieloną obwódkę. – Zabiorę cię teraz na górę. Zaniosę cię i wezwę lekarza.
– Nie. – Odetchnęła głęboko. Nieprzydatny polizał ją w brodę. – Nie wpadnę w histerię. Nie załamię się. Załamałam się w Toronto. Zupełna dętka. Dość tego. – Przełknęła z trudem ślinę, tuląc twarz do psiego futra. – Piekłam kukurydziany chleb. Nigdy przedtem nie piekłam chleba. Happy dała mi przepis, chciałam zanieść bochenek Susie. Tak dobrze przynależeć do tego miejsca. – Nieprzydatny zlizał łzę z jej policzka. – Widzisz, myślałam, że przyjechałam tu, żeby być sama, a nie wiedziałam, jak bardzo potrzebuję stad się częścią czegoś.
– Wszystko będzie dobrze – powiedział Tucker bezradnie. – Obiecuję ci, że wszystko będzie dobrze.