Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Patrzyła na siebie.
To znaczy na siebie najwyraźniej mocno poturbowaną, bo zamiast ubrania miała tylko przepaskę biodrową i dwa luźne kawałki materiału, przy każdym ruchu odsłaniające całe nogi, a te kilka luźnych szmatek na górze chyba zostało tam przez niedopatrzenie. Zamiast maski aktorka nosiła coś w rodzaju utkanego z tiulu ekchaaru.
– Powiedz mi, czy ja chodziłam na czworakach, kiedy się poznaliśmy?
W następnych scenach książę, przyjmujący przy każdej okazji posągowe pozy, uczył dziewczynę chodzić, karmił z ręki, a każdy jego gest najwyraźniej napełniał ją zabobonnym lękiem, bo takiej liczby pokłonów i bicia czołem o ziemię Deana jeszcze nigdy nie widziała. Jednak z czasem – w przedstawieniu zajęło to jakieś sto uderzeń serca – jego wrodzona szlachetność i dobroć napełniły dzikuskę całkowitym oddaniem. A gdy ponownie zjawili się bandyci, dziewczyna wyciągnęła zza paska szablę – odpowiedź na pytanie, jak u licha zdołała tam ją wcisnąć, warta była królestwa – i walcząc jak szalona, zabiła wszystkich. Odniosła przy tym śmiertelne rany.
– Mam nadzieję, że w tym miejscu zginęłam.
– Obawiam się niestety, że cię uratowałem.
Rzeczywiście. Przy wtórze szczególnie przerażającej muzyki książę wyszedł na środek sceny i przywołał Moc Agara. To znaczy narzucił na siebie jakiś płaszcz w kolorze żółtym i czerwonym, co miało zapewne symbolizować płomień, i stał tak, a trąby i bębny szalały.
Po czym zjawili się ci dobrzy, reprezentowani przez mężczyzn z ptasimi dziobami odzianych w żółte szaty, i wszystko skończyło się, jak należy.
Deana przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć. Gdy wreszcie ubrała szalejące myśli w słowa, wymruczała:
– Przy najbliższej okazji przedstaw mnie temu, kto to wszystko wymyślił. Proszę.
Uśmiechnął się tajemniczo.
– Czy ja usłyszałem zgrzyt szabli?
Spojrzała na swoje dłonie. Talhery wysunęły się na cal z pochew, najwyraźniej same.
– To, co widziałaś, to teatr obenusiy, niestety nie mogę przetłumaczyć tej nazwy, jest zbyt stara. Istnieje od zawsze, od zawsze uwiecznia najważniejsze wydarzenia w historii księstwa i zawsze jest mocno przerysowany, lecz jego twórcy cieszą się tradycyjną ochroną, więc raczej nie powinnaś ich zabijać. To przynosi pecha. – Odwrócił się w stronę świątyni. – A poza tym, czy gdybyś była na moim miejscu, czułabyś, że ci pochlebiono?
Przed oczami stanęła jej ubrana na biało postać z groteskową maską, wykonująca dziwaczne, śmieszne, pełne patosu gesty.
– Poza tym – Laweneres wykonał kilka gestów w stronę tłumu – wcale nie musisz oglądać przedstawienia, ja na przykład zamykam oczy.
Uśmiechnęła się.
– Uśmiechnęłaś się?
– Nie. To był kiepski żart. Co teraz? Pałac?
Spoważniał i miała wrażenie, że coś zapaliło się w jego oczach. Jakby pod mgłą błysnęło światło.
– Nie. Zmiana planów. Samiy. – Posypały się szybkie słowa w miejscowym języku. Kornak parsknął coś i zawołał:
– Wakure. Cok! Cok!
Maahir zaczął się obracać.
– Nic nie mów, wykonuj moje polecenia i nie zadawaj pytań.
– Co robisz?
– Czego nie zrozumiałaś z ostatnich słów? Jedno z nas musi poćwiczyć meekh.
Słoń zatrzymał się przodem do świątyni, podniósł trąbę, zaryczał.
I ruszył po schodach.
– To Schody Prawości. Istnieje legenda, że jeśli kiedyś w Konoweryn dokona się wielka niesprawiedliwość, Płomień Agara zejdzie po nich i ukarze grzeszników – w głosie Laweneresa pojawił się cień goryczy. – Gdyby to była prawda, miasto już dawno spłonęłoby do fundamentów.
Deana nie widziała, co się dzieje przed nimi, ale ponieważ nie było słychać wrzasków przerażenia ani odgłosu miażdżonych ciał, ludzie raczej nadążali z usuwaniem się z drogi. Wychyliła się i zerknęła w tył. Oddział wojowników pędził po schodach, odsuwając na boki gapiów i nie pozwalając, by tłum zamknął się wokół słonia. Za nim na czele licznej grupy członków dworu gnał mężczyzna w białym turbanie.
Maahir dotarł do rozpiętych między kolumnami materiałów, zatrzymał się i zatrąbił jeszcze raz. Zza zwiewnych ścian dochodziły odgłosy stukania i zgrzyt metalu.
– Ta świątynia nie może mieć kamiennych murów, bo Oko nie lubi być zamknięte. Więc nasi kapłani wymyślili kilka mechanizmów, dzięki którym mogą szybko podnosić i opuszczać zasłony między kolumnami.
Laweneres złożył dłonie w piramidkę, a uśmiech czaił się w kącikach jego ust. Po chwili uniósł brwi.
– Nic nie powiesz? Aaa, wiem. Poprawiłaś meekhański.
Nagle zazgrzytało głośniej i ściany z kolorowych materii podjechały w górę. Wszystkie naraz.
Wrażenie, które odniosła wcześniej, że oddycha spalenizną, a na języku ma popiół, jeszcze się nasiliło. Żeby o nim zapomnieć, podniosła się lekko i nad ramieniem Samiyego rozejrzała wokół.
Sto potężnych kolumn podtrzymywało koło, które stanowiło podstawę gigantycznej kopuły. Poza tym nie było nic, żadnych ław, klęczników, ołtarza. Pusta przestrzeń, której centralny punkt nieco się wznosił. Posadzka lśniła jak lustro, bladoróżowy polerowany marmur odbijał wszystko, tak że kolumny zdawały się tkwić w wodzie.
Maahir postąpił kilkanaście kroków w przód i zatrzymał się.
– Teraz musisz zejść. Książę pierwszy wsiada na słonia i ostatni z niego schodzi. No, poza Samiym, on jest kornakiem. Nie odzywaj się do nikogo poza mną, odpowiadaj na pytania, wykonuj polecenia i proszę, bądź dziką wojowniczką olśnioną wielkością i potęgą Agara.
Deana zsunęła się na ziemię i odstąpiła dwa kroki. Laweneres przerzucił stopy nad barierką kosza i zadziwiająco sprawnie zszedł po sznurze. Poklepał czule bok zwierzęcia.
– Podejdź do mnie. Stań po lewej stronie. – Położył jej dłoń na ramieniu. – Ruszamy w stronę Oka.
Nawet nie drgnęła.
– Do miejsca na podwyższeniu. Ale nie wolno ci przekroczyć czerwonej linii, która je otacza.
Ruszyła powoli, ze zdumieniem odkrywając, z jaką łatwością książę dopasował się do rytmu jej kroków. I jak cicho stąpał. Gdyby nie lekki nacisk na ramię, miałaby wrażenie, że jest sama.
Wokół nich narastał gwar. Przerwy między kolumnami wypełniał tłum, ludzie wsuwali się do środka ze wszystkich stron. Wielki Kohir Dworu był już kilkanaście kroków za księciem, ale najwyraźniej nie miał zamiaru interweniować. Cokolwiek się działo, Laweneres trzymał tę chwilę w swojej dłoni.
– Zwolnij. Niech więcej ludzi wejdzie do środka. – Ślepiec sunął tuż obok jak duch. – W końcu dla nich robimy to przedstawienie. Na podwyższeniu znajdziesz krąg o średnicy jakichś trzydziestu kroków, składający się z szerokich na dwie stopy, lekko rozgrzanych czerwonych kamieni. Wnętrze kręgu jest czarne, pokryte warstwą sadzy. Zatrzymaj się kilka kroków od kręgu i cokolwiek by się działo, nie wchodź do niego. Tylko Krew Agara ma prawo się tam znaleźć.
Po drugiej stronie świątyni tłum wypluł z siebie jakieś postacie.
– Trzech ludzi idzie ku nam – wymruczała.
– Wiem. – Uścisk na ramieniu miał być zapewne uspokajający, ale ona poczuła, jak jeżą jej się włoski na ciele. – Po bokach dwóch wysokich i chudych mężczyzn, w środku niższy, szeroki w barach, w szacie haftowanej w szkarłatne kwiaty. Zgadłem?
– Tak.
– Ten w środku to Kamień Popiołu, właśnie krzyżujemy mu plany postawienia nas… mnie w charakterze pokornego suplikanta o niejasnym statusie. Ci po bokach to Ciemna Iskra i Lodowy Płomień. Trzeci i czwarty pod względem ważności kapłan świątyni.
– Ten w środku jest pierwszy?
– Nie, piąty. Pierwszy stąpa z tobą. Dziecię Ognia. Witaj w Białym Konoweryn, księstwie tysiąca masek.