Majstar i Marharyta [be_lat]
- Автор: Булгаков Михаил Афанасьевич
- Язык: белорусский
- Жанр: Советская классическая проза
Электронная книга - «Majstar i Marharyta [be_lat]». Краткое содержание книги:
— Tolki na pamyjnicu, — pacvierdziŭ kot.
— Da apoŭnačy nie bolej čym dziesiać siekund, — dadaŭ Karoŭieŭ, — zaraz pačniecca.
Hetyja dziesiać siekund Marharycie nadzvyčaj zdoŭžylisia. Mabyć, jany i skončylisia, i ničoha nie adbyłosia. Ale tut raptoŭna štości hrymnuła ŭnizie ŭ vializnym kaminie, i z jaho vyskačyła šybienica, na jakoj matlaŭsia amal zusim zhniły prach. Hety prach sarvaŭsia z viaroŭki, hruknuŭsia ab padłohu, i z jaho vyskačyŭ čornavałosy pryhažun u fraku i ŭ łakiravanych tuflach. Z kamina vybiehła napałovu hniłaja truna, vieka adskočyła, i z truny vyvaliŭsia druhi prach. Pryhažun pa-kavalersku padskočyŭ da jaho, padaŭ ruku, druhi prach skłaŭsia ŭ hołuju viartlavuju žančynu ŭ čornych tuflikach i z čornym pierjem na hałavie, i tady aboje, mužčyna i žančyna, zaspiašalisia ŭhoru pa lesvicy.
— Pieršyja! — uskliknuŭ Karoŭieŭ. — Pan Žak z žonkaju. Rekamienduju vam, karaleva, adzin z najcikaviejšych mužčyn. Pierakanany falšyvamanietčyk, dziaržaŭny zdradnik, ale davoli dobry ałchimik. Prasłaviŭsia tym, — šapnuŭ na vucha Marharycie Karoŭieŭ, — što atruciŭ karaleŭskuju kachanku. A heta nie z kožnym zdarajecca! Pahladzicie, jaki pryhažun!
Spałatniełaja Marharyta, raziaviŭšy rot, hladzieła ŭniz i bačyła, jak znikajuć u niejkim bakavym chodzie šviejcarskaha pakoja truna i šybienica.
— Ja ŭ zachaplenni! — zakryčaŭ prosta ŭ tvar panu Žaku kot.
U hety čas z kamina pakazaŭsia biezhałovy, z adarvanaju rukoju škilet, udaryŭsia ab ziamlu i pieratvaryŭsia ŭ mužčynu ŭ fraku.
Žonka pana Žaka ŭžo stanaviłasia pierad Marharytaj na adno kalena i, pabialełaja ad chvalavannia, całavała Marharycina kalena. — Karaleva… — marmytała žonka pana Žaka.
— Karaleva ŭ zachaplenni! — kryčaŭ Karoŭieŭ.
— Karaleva… — cicha skazaŭ pryhažun, pan Žak.
— My ŭ zachaplenni, — zavyvaŭ kot.
Maładyja ludzi, pamočniki Azazieły, usmichalisia miortvymi, ale pryvietlivymi ŭsmieškami i adciasniali pana Žaka z žonkaju ŭbok, da čašaŭ z šampanskim, jakija muryny trymali ŭ rukach. Pa lesvicy ŭzbiahaŭ adzinoki fračnik.
— Hraf Robiert, — šaptaŭ Marharycie Karoŭieŭ, — jak i raniej, cikavy čałaviek. Zviarnicie ŭvahu, karaleva, jak smiešna, — advarotny vypadak: hety byŭ kachankam karalevy i atruciŭ svaju žonku.
— My rady, hraf, — uskryknuŭ Biehiemot.
Z kamina adna za adnoj vyvalilisia i łopnuli try truny, zatym chtości ŭ čornaj mantyi, jakoha nastupny vychadziec z čornaje kaminnaje paščy ŭdaryŭ u spinu nažom. Unizie pačuŭsia zdušany kryk. Z kamina vybieh amal zusim zhniły trup. Marharyta zapluščyła vočy, i niečaja ruka padniesła joj pad nos fłakon z biełaju sołlu. Marharycie zdałosia, što heta była Natašyna ruka. Lesvica pačała zapaŭniacca. Ciapier užo na kožnaj prystupcy byli, padobnyja zdaloku adzin na adnaho, fračniki i hołyja žančyny z imi, jakija adroznivalisia adna ad adnaje tolki koleram pierja na hałovach i tuflaŭ.
Da Marharyty kulhava nabližałasia ŭ adzinym draŭlanym bocie na levaj nazie pani z apuščanymi, jak u manaški, vačyma, chudzieńkaja, scipłaja i čamuści z zialonaju paviazkaju na šyi.
— Chto zialonaja? — miechanična spytałasia Marharyta.
— Sama čaroŭnaja i salidnaja pani, — šaptaŭ Karoŭieŭ, — rekamienduju vam: spadarynia Tafana. Była nadzvyčaj papularnaju miž maładych čaroŭnych nieapalitanak, a taksama žycharak Palerma, i asabliva siarod tych, kamu nadajeli svaje mužy. Byvaje ž hetak, karaleva, što nadakučaje ŭłasny muž…
— Byvaje, — hłucha adkazała Marharyta, i ŭ toj ža čas usmichałasia dvum fračnikam, jakija adzin za adnym schililisia pierad joj i całavali kalena i ruku.
— Nu, voś, — umudraŭsia šaptać Karoŭieŭ Marharycie i adnačasova kryčać niekamu: — Hiercah! Bakal šampanskaha! Ja ŭ zachaplenni!.. Dyk voś, pani Tafana razumieła hetych biednych žančyn i pradavała im niejkuju vadu ŭ butelečkach. Žonka vylivała hetuju vadu ŭ mužavu stravu, toj zjadaŭ, dziakavaŭ za łasku i adčuvaŭ siabie cudoŭna. Praŭda, praz niekalki hadzin jamu pačynała strašenna chaciecca pić, potym jon kłaŭsia ŭ łožak, a praz dzień pryhožaja nieapalitanka, jakaja nakarmiła svajho muža, była volnaja, jak viasnovy viecier.
— A što heta ŭ jaje na nazie? — pytałasia Marharyta, niastomna praciahvajučy ruku hasciam, jakija pierahnali kulhavuju pani Tafanu. — I našto hetaja zieleń na šyi? Šyja biełaja?
— Ja ŭ zachaplenni, kniaź! — kryčaŭ Karoŭieŭ i šaptaŭ Marharycie: — Cudoŭnaja šyja, ale z joju niepryjemnasć zdaryłasia ŭ turmie. Na nazie ŭ jaje, karaleva, hišpanski bocik, a stužka voś čamu: kali turemščyki daviedalisia, što amal piaćsot niaŭdała vybranych mužoŭ pakinuli Nieapal i Palerma nazaŭsiody, jany ŭ haračcy zadušyli pani Tafanu ŭ turmie.
— Jakaja ja ščaslivaja, čornaja karaleva, što maju honar, — pakorliva šaptała Tafana i sprabavała stać na kalena.
Ispanski bocik pieraškadžaŭ joj. Karoŭieŭ i Biehiemot dapamahli Tafanie.
— Ja rada, — adkazała joj Marharyta i tym časam padavała ruku inšym.
Ciapier pa lesvicy znizu ŭhoru padymałasia sucelnaja płyń. Marharyta ŭžo nie mahła bačyć, što robicca ŭ šviejcarskim pakoi. Jana miechanična padymała i apuskała ruku, adnolkava ŭsmichałasia hasciam. U pavietry na placoŭcy stajaŭ hul, z pakinutych Marharytaju balnych załaŭ, jak mora, čułasia muzyka.
— A voś heta — nudnaja žančyna, — užo nie šaptaŭ, a havaryŭ mocna Karoŭieŭ, viedaŭ, što ŭ hule hałasoŭ jaho nie budzie čuvać, — lubić bali i ŭsio maryć pažalicca na svaju nasoŭku.
Marharyta znajšła vačyma siarod płyni tuju, na kaho pakazvaŭ Karoŭieŭ. Heta była maładaja žančyna hadoŭ dvaccaci, nadzvyčaj pryhožaje pastavy, ale z niejkimi niespakojnymi i nadakučlivymi vačyma.
— Jakuju nasoŭku? — spytałasia Marharyta.
— Da jaje kamierystka prystaŭlena, — rastłumačyŭ Karoŭieŭ, — i tryccać hadoŭ kładzie joj na noč na stolik nasoŭku. Jak tolki pračniecca, nasoŭka josć. Jana paliła jaje ŭ piečy i tapiła ŭ race, ale ničoha nie dapamahaje.
— Jakuju nasoŭku, — šaptała Marharyta, padymajučy i apuskajučy ruku.
— Z siniaj ablamovačkaj. Sprava ŭ tym, što, kali jana słužyła ŭ kaviarnie, haspadar niejak zazvaŭ jaje ŭ kamorku, a praz dzieviać miesiacaŭ naradziŭsia chłopčyk, jakoha jana zaniesła ŭ les i zapchnuła jamu ŭ rocik nasoŭku, a potym zakapała chłopčyka ŭ ziamlu. Na sudzie jana havaryła, što joj nie było čym karmić dzicia.
— A dzie ž haspadar hetaj kaviarni? — spytałasia Marharyta.
— Karaleva, — raptam zašypieŭ unizie kot, — dazvolcie mnie zapytacca: pry čym tut haspadar? Jon nie dušyŭ niemaŭla ŭ lesie!
Marharyta nie pierastavała ŭsmichacca i machać pravaju rukoju, a vostrymi paznohciami levaje ruki ŭpiłasia ŭ Biehiemotava vucha i zašaptała jamu:
— Kali ty, svołač, jašče raz pasmieješ umiašacca ŭ razmovu…
Biehiemot niejak nie pa-balnamu pisknuŭ i zachrypieŭ.
— Karaleva… vucha raspuchnie… Navošta bal psavać raspuchłym vucham?.. Ja havaryŭ jurydyčna… z jurydyčnaha boku… Maŭču, maŭču… Ličycie, što ja nie kot, a ryba, tolki puscicie vucha.
Marharyta adpusciła vucha, i nadakučlivyja, ciomnyja vočy apynulisia pierad joj.
— Ja ščaslivaja, karaleva-haspadynia, što zaprošana na hety vialiki bal poŭni.
— A ja, — adkazała Marharyta, — rada vas bačyć. Vielmi rada. Vy lubicie šampanskaje?
— Što vy robicie, karaleva?! — adčajna, ale amal niačutna ŭskryknuŭ na vucha Karoŭieŭ. — Zator atrymajecca!
— Ja lublu! — z malboju havaryła žančyna i raptam pačała paŭtarać: — Fryda, Fryda, Fryda! Mianie zavuć Frydaj, karaleva!
— Dyk vy napiciesia sionnia, Fryda, i ni pra što nie dumajcie, — skazała Marharyta.
Fryda praciahnuła abiedzvie ruki da Marharyty, ale Karoŭieŭ i Biehiemot sprytna padchapili jaje pad ruki, i jana znikła ŭ natoŭpie.