Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
Podeszła do swojego szarego, powgniatanego grand am, rocznik 1991, wyblakła piękność w wyblakłym ubraniu, z gładkimi włosami wysuwającymi się spod siatki na głowie, wsiadła i przekręciła kluczyk w stacyjce. Po kilku nieudanych próbach samochód wreszcie zapalił. Shari ruszyła wzdłuż drogi stanowej numer 3. Zastanawiała się, czy najpierw pójść na zakupy, czy po dzieci, ale nagle poczuła, że w obliczu zbliżającego się niebezpieczeństwa musi je mieć przy sobie.
Opiekunka chciała zatrzymać dzieci, kiedy Shari będzie na zakupach, ale jakoś zdołała je zabrać i ruszyła z powrotem w stronę centrum handlowego. Kiedy wyjechała na drogę stanową, korek samochodowy sięgał aż na trasę krajową numer 1.
Zawróciła, okrążyła sznur samochodów osobowych i odkrytych ciężarówek i skręciła w Guard Armory, gdzie znalazła stację benzynową. Kiedy nalała do pełna i podeszła do okienka, żeby zapłacić, zdobyła się na odwagę i wyciągnęła książeczkę czekową. Korzystała już z tej stacji i znała pana Ramani od trzech lat. Wiedziała, że się nie zgodzi, ale mimo to zapytała:
— Przyjmie pan czek?
Pan Ramani popatrzył na nią z najbardziej obojętnym wyrazem twarzy, jaki kiedykolwiek widziała u tego czarnego jak węgiel człowieka, po czym kiwnął głową.
— Niech pani wpisze późniejszą datę.
— Co?
— Późniejszą datę. A potem niech pani do mnie zadzwoni, kiedy będę mógł wziąć pieniądze.
Wyciągnął swoją wizytówkę i wcisnął jej w dłoń.
W oczach stanęły jej łzy, ale opanowała się i wypisała szybko czek.
— Proszę na siebie uważać — powiedział Hindus.
— Dobrze. Pan też — odpowiedziała. — Bóg zapłać — dodała szybko.
— Dziękuję, i oby twój dobry bóg prowadził panią i pani dzieci — powiedział i skinął na stojącego za nią mężczyznę. — Gotówką albo kartą!
— Dlaczego? — zapytał zdumiony klient i odłożył książeczkę.
— Bo pan ma pieniądze. Proszę zapłacić.
Shari wyszła na zewnątrz, z trudem powstrzymując się od płaczu, wsiadła do samochodu i włączyła się do ruchu.
Podpułkownik Frank Robertson, dowódca dwieście dwudziestego dziewiątego batalionu saperów (lekkich, „Saperzy Przodem!”) Sił Lądowych Stanów Zjednoczonych, stał u szczytu stołu konferencyjnego w przepisowej pozycji „spocznij”. Kiedy tylko przyjechał do kwatery głównej we Fredericksburgu, tego samego popołudnia, wydał rozkaz wyniesienia z sali krzeseł, bo „i tak nikt nie będzie miał czasu, żeby usiąść”.
— W porządku, panowie — powiedział do zebranych w sali członków sztabu i dowódców kompanii — ćwiczyliśmy to wiele razy. Przyleciało ich więcej, niż się spodziewaliśmy, ale to w zasadzie nie robi nam wielkiej różnicy. Mamy pełne wyposażenie i amunicję wraz z potrzebnymi ładunkami wybuchowymi, a zanim otrzymamy informację na temat prawdopodobnych stref lądowań, powinna tu już dotrzeć większość naszych żołnierzy.
Nie dotyczyło to dowódcy kompanii Alfa oraz dowódcy saperów dywizji. Obaj byli poza miastem w sprawach służbowych; nie było szans, żeby zdążyli wrócić przed wylądowaniem Posleenów.
— W zasadzie istnieją tylko dwie możliwości: albo znajdziemy się w strefie lądowania, albo nie. Jeśli nie będziemy w tej strefie, podejmiemy walkę przeciwko rozproszonym wojskom wroga, dopóki nie przybędą posiłki wystarczające do odparcia ich najazdu.
Chcę, żeby wszystkie kompanie były w pełni wyposażone i gotowe do wymarszu, kiedy tylko otrzymają rozkaz. Macie plany wysadzenia każdego mostu w Wirginii oraz pierwszo-, drugo — i trzeciorzędnych celów. Zgodnie z rozkazami, jeśli Posleeni wylądują w regionie, za który odpowiadamy, czyli w środkowej Wirginii, przygotujemy do zburzenia wszystkie mosty na drogach wyjazdowych z zaatakowanej strefy. Nie wolno wam, powtarzam: nie wolno wam wysadzać żadnego mostu bez bezpośredniego rozkazu, chyba że Posleeni znajdą się w zasięgu kontaktu, czyli poniżej tysiąca metrów od was.
Urwał i najwyraźniej zastanawiał się, jak sformułować następną myśl.
— Sądzę, że jeśli nawet o tym nie rozmawialiście, to na pewno przyszło wam to do głowy. Może się zdarzyć, i pewnie się zdarzy, że na niektórych mostach… będą uchodźcy, kiedy Posleeni pojawią się w zasięgu kontaktu. Wszyscy oglądaliście wiadomości i oficjalne doniesienia z Barwhon i Diess, i wiecie, co Posleeni potrafią.
Może was kusić, żeby przepuścić uchodźców i wysadzić most dopiero, kiedy wejdą na niego Posleeni. Panowie, uprzedzam: postawię przed sądem wojskowym każdego, kto to zrobi. Nie ma tu miejsca na sentymenty. Wysadzicie most, kiedy tylko Posleeni zbliżą się do was na odległość pięciuset metrów. Nie możemy pozwolić sobie na ryzyko przejęcia przez nich choćby jednego mostu. Czy to jasne? — Rozległ się pomruk potwierdzenia. — Bardzo dobrze, czy są jakieś pytania?
Podniosła się tylko jedna ręka dowódcy saperów dywizji. Był świeżym absolwentem Uniwersytetu Wirginii i finansowanej przez państwo Szkoły Oficerskiej, z której pochodziła większość tutejszych oficerów.
— Tak, poruczniku Young?
— A jeśli zostaniemy odcięci, sir?
Dowódca popatrzył na stojących wokół żołnierzy. Z większością z nich pracował razem od lat, i zastanawiał się, jak długo jeszcze będą spotykać się w tym samym składzie.
— Cóż, poruczniku, w takim wypadku będziemy musieli zginąć, a wraz z nami wszyscy, których kochamy. Wszystko, co możemy zrobić, to zabrać ze sobą do piekła jak najwięcej Posleenów.
Mueller od samego rana woził milczącego inżyniera po mieście. Objechali Fan i miasteczko uniwersyteckie, a wczesnym popołudniem południowe Richmond z jego niepowtarzalną mieszaniną zapachów petrochemii, zakładów papierniczych i przetwórni tytoniu. Teraz, kiedy zbliżał się wieczór, Mueller namówił go na wypad do Schockoe Bortom. Po krótkiej wizycie w tej dzielnicy zamierzał pojechać na Wzgórze Libby i pokazać gościowi panoramę Richmond.
Inżynier jednak kazał mu skręcić w Ulicę Dwunastą i jechać nią aż do Byrd. Po przyprawiającej o zawrót głowy serii zakrętów i trzech postojach, żeby zerknąć na mapę Instytutu Geodezji USA, zatrzymali się przy tunelu Schockoe Slip — pod kamiennym łukiem mostu, który łączył kiedyś miasto z Kanałem Kanawaha. Teraz prowadził on między dwoma nowoczesnymi kompleksami biurowców, otaczającymi dziewiętnastowieczne budynki.
— Coś pan wymyślił? — zapytał Mueller, kiedy inżynier znowu spojrzał na plan. Bardzo szczegółowe mapy, które dostarczył im Departament Inżynierii, piętrzyły się na tylnym siedzeniu rządowego sedana.
Keene mruknął coś pod nosem, po czym wysiadł z samochodu i zaczął się wspinać po kamiennych schodach prowadzących z Canal Street do Schockoe Slip. Zatrzymał się na szczycie i spojrzał w dół. Mueller popatrzył w tym samym kierunku, i chociaż zauważył kilka dobrych stanowisk dla małych jednostek, nie dostrzegł niczego, co mogłoby aż tak zainteresować słynnego na cały kraj inżyniera umocnień obronnych.
Oficjalnie żaden z głównych inżynierów ani przedstawicieli miasta nie mógł przybyć na oględziny terenu. Plan strategii obrony Richmond właściwie nie istniał, dlatego Dowództwo Armii Kontynentalnej przysłało tutaj Johna Keene’a. Uwagę dowódcy saperów trzeciej armii zwróciły zaproponowane przez niego rozwiązania wykorzystania rzeźby terenu przy budowie umocnień na rzece Tennessee.