Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Teraz albo nigdy
Teraz albo nigdy - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Teraz albo nigdy

Электронная книга - «Teraz albo nigdy». Краткое содержание книги:

W Bostonie grasuje seryjny morderca. Jego ofiarami są młode kobiety, które gwałci i okalecza.
Prowadzący śledztwo detektyw Harry Jordan tworzy na podstawie zeznań świadków portret pamięciowy zabójcy i zwraca się o pomoc do popularnej dziennikarki telewizyjnej, Mallory Mallone, która już dwukrotnie dzięki swoim programom pomogła policji ująć przestępców.
Kiedy Mallory po długim wahaniu decyduje się na współpracę z Jordanem, sama staje się celem mordercy…
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 92
Перейти на страницу:

– Śpiewająco – przytuliła słuchawkę do policzka. – Gdzie jesteś?

– W City Hall i zaczynam marzyć, by znaleźć się gdziekolwiek indziej. Dasz sobie radę sama?

– Oczywiście! Poza tym mam Squeeze’a. Wprawdzie nie zastąpi mi ciebie, ale jest cudowny sam w sobie.

– Jak ty, Malone. A propos, dzwoniła Miffie. Ma zamiar zaprosić cię na herbatę.

– Twoja matka chce zaprosić mnie na herbatę? Detektywie, sprawa robi się poważna!

Roześmiał się.

– Strzeż się, Malone! Miffie rzadko bywa poważna. Słuchaj, muszę lecieć.

Zobaczymy się, jak tylko uda mi się stąd wyrwać. Nie wiem, kiedy to nastąpi. O, wzywają mnie. Odezwę się, Mary Mallory Malone.

Telefon zadzwonił ponownie, ledwo odłożyła słuchawkę.

– Jesteś, moja droga! – powiedziała Miffie, i Mal prawie zobaczyła jej promienny uśmiech, jakby matka Harry’ego stała dwa kroki od niej.

– Harry zdradził mi, że przyjeżdżasz na weekend i że będziesz sama, więc powiedziałam sobie: Miffy, musisz ściągnąć Mallory na herbatę.

Miffy zrobiła przerwę na oddech i rzuciła wzrokiem na zegareczek Cartiera.

– Boże, to już ta godzina? Moja droga, już prawie pora kolacji! Wiesz co?

Zrobimy sobie podwieczorko-kolację. Wpadnij zaraz. Jestem tuż za rogiem, na Mount Vernon Street.

Podała Mal dokładny adres, po czym powiedziała:

– Cieszę się na nasze ponowne spotkanie.

– Ja też – rozbawiła ją myśl, że były to jedyne słowa, jakie zdołała wtrącić.

Malując usta, pomyślała, że w rozmowie z Miffy Jordan można się nie lękać kłopotliwej ciszy.

Dżinsy i adidasy nie wydawały się właściwym strojem na podwieczorek na Baeacon Hill. Przebrała się szybko w krótką tweedową spódnicę, zmieniła skarpety na pończochy, adidasy na zamszowe czółenka. Przygładziła włosy, spryskała się dyskretnie „Nocturnes” i gwizdnęła na Squeeze’a.

Z psem na smyczy przecięła plac, Charles Street i wydostała się na Mount Vernon, zadowolona z przechadzki. Historyczna dzielnica pełna była zielonych uliczek i domów, porośniętych bluszczem. Wabiły ją sklepy z antykami, nęciły zapachami kawiarenki. Obiecała sobie, że jutro zwiedzi dzielnicę dokładniej.

38.

Stary dom Miffie Jordan w stylu neogotyckim zbudowany był z wyblakłej, czerwonej cegły, miał biały portyk, wysokie okna o czarnych okiennicach i balkony z żelaznymi balustradkami. Od ulicy odgradzał go ogród i rozległy trawnik, gładki i zielony niby stół do bilarda. Dom sprawiał wrażenie, jakby stał tam od zawsze, jakby był częścią historii Ameryki, nie tylko rodu Jordanów.

Squeeze samorzutnie skręcił w bramę i Mal pomyślała, że musi tu często przychodzić z Harrym.

– Twój drugi dom, co Squeeze? – powiedziała, wchodząc na białą werandę i naciskając dzwonek.

Miffie otworzyła drzwi natychmiast i Mal pomyślała, że musiała chyba za nimi stać.

– Moja droga Mallory! – Miffie obdarzyła ją promiennym uśmiechem.

– Jak miło cię widzieć – pocałowała gościa serdecznie w oba policzki, podała chusteczkę higieniczną.

Ubrana była w niebieską, jedwabną spódnicę, plisowaną, szarą bluzkę i czółenka na płaskim obcasie. Mal pogratulowała sobie zmiany stroju, choć nie sądziła, by Miffie zwracała uwagę na takie drobiazgi.

Dwa identyczne pekińczyki podbiegły do niej w podskokach, uszczęśliwione widokiem Squeeze’a. Łasiły się do niego, trącały go nosami i piszczały z uciechy, ale Squeeze siedział na zadzie, dumny jak udzielny książę, od czasu do czasu darząc je tylko przelotnym spojrzeniem.

– Widziałaś coś podobnego?! – zawołała Miffie z irytacją. – Powinny się już nauczyć, że zadawanie się z psimi miniaturkami jest poniżej godności Squeeze’a.

Ale łaszą się mimo to, dopraszając uwagi. – Roześmiała się.

– Czasami doskonale je rozumiem.

Poprowadziła Mallory przez elegancki hol, w górę kręconych schodów do, jak to nazwała, prywatnego saloniku.

– Jest o wiele przytulniejszy niż ten na dole – wyjaśniła, zapraszając Mal do uroczego pokoju z wysokimi oknami i żelazną balustradką, którą widziała z zewnątrz.

Pokój utrzymany był w żółtej tonacji. Ściany miały kremowożółty odcień, a białe, dekoracyjne gzymsy przywodziły na myśl polukrowany tort. Ciemnozłote zasłony z tafty opadały w gęstych fałdach na podłogę, bladozielony dziergany dywan w malutkie kwiatki rozpościerał się od ściany do ściany, antyki – niezwykle cenne i wspaniale utrzymane – zapierały dech w piersiach. Ozdobna rama przymglonego starego lustra, wiszącego nad marmurowym kominkiem, została wykuta w Anglii w siedemnastym wieku, a obrazy i portrety na ścianach liczyły ponad sto lat.

Miffy wskazała gościowi fotel. Na stoliku stał już srebrny dzbanek do herbaty, śliczne filiżaneczki Limoges, a także taca z kanapkami i ciasteczkami. Na bocznym, osiemnastowiecznym niezbędniku czekały szklanki i kubełek z lodem.

– Herbata czy dżin? – Miffie spojrzała na nią wyczekująco.

Mal zdecydowała się na herbatę z cytryną. Squeeze usiadł przy jej nogach z dwoma pekińczykami czule przytulonymi do swych boków.

– Zupełnie jak podpórki na książki, nieprawdaż? – powiedziała Miffie, z ubolewaniem kiwając głową.

Mal przyglądała się obrazom na ścianach, a Miffy przyglądała się jej. Pomyślała, że Mal jest urocza. Po obejrzeniu programu nabrała pewności, że Jack Jordan się nie myli. Harry byłby szalony, gdyby wypuścił ją z rąk. Miffie zdawała sobie sprawę, ile serca, ile taktu wymagało stworzenie wczorajszego programu. Było to niezwykle trudne, przekazać wszystkie okropne szczegóły morderstw w taki sposób, by ocalić godność rodzin i ofiar. Ale Harry ostrzegł ją, by o tym nie mówiła.

Spróbuje się powstrzymać.

– To portrety kobiet z rodu Peascottów – powiedziała do Mal. – Jesteś w domu Peascottów, moja droga. Moja pra-prababka urodziła się w sypialni, którą teraz zajmuję. Reszta pań miała dość oleju w głowie, by rodzić w bardziej higienicznych warunkach.

Portret pędzla Tissota, po twojej lewej ręce, przedstawia moją prababcię, Hannah Letitię Peascott, podczas podroży poślubnej do Paryża. Objechali całą Europę, ona i pradziadek. Była bardzo ładna, nie uważasz? I dożyła stu dwu lat. Dobre, peascottowskie geny – dodała z aprobatą.

– A ta dama, tutaj, to moja babka, Felicja Alice Peascott. Dargent, oczywiście.

Biedna kobieta, utonęła wraz z Titanikiem. Podróżowała samotnie, co wydało się wszystkim trochę dziwne. W rodzinie nigdy nie mówiło się o tym głośno, ale podobno uciekła z przyjacielem rodziny, który również znajdował się na pokładzie i również podróżował samotnie. Bardzo romantyczna historia, nie uważasz?

– A to jest portret mojej drogiej matki, pędzla Johna Warda. Wygląda zupełnie jak księżna Windsoru, tylko o wiele mniej pałąkowato. I miała o wiele więcej wdzięku. Za jej życia mówiono, że Marietta Peascott jest najbardziej uroczą kobietą, jaką nosiła ziemia.

Miffie westchnęła ze smutkiem.

– Umarła młodo, kiedy byłam dzieckiem. Wypadek na polowaniu. Uparła się gonić lisa za ogarami. Głupia, nigdy nie chciała przyznać, że kiepska z niej amazonka.

Ojciec mawiał, że duma ją zgubi. No i zgubiła. Ale kochaliśmy ją bardzo.

Miffie zaczerpnęła powietrza, przełknęła łyczek herbaty i uśmiechnęła się do Mal.

– Oto w skrócie najnowsza historia rodu Peascottów.

– To musi być wspaniałe, naprawdę znać dzieje rodziny. Ja nigdy nie poznałam dziadków, nie wiedziałam nawet, czy ich mam. Prawie nie znałam ojca. A co do matki… Cóż, nigdy nie wspominała o swojej rodzinie. Obawiam się, że Malone’owie nie posiadają dziedzictwa Peascottów i Jordanów – powiedziała Mal.

– W dzisiejszych czasach dziedzictwa niewiele znaczą – Miffie podsunęła Mal talerz z wybornymi babeczkami owocowymi. Wyglądały jak miniaturowe arcydzieła. – Liczy się co innego – dodała. – Energia, talent, pracowitość, odwaga – zawahała się. Wiedziała, że nie powinna tego mówić, ale nie mogła się powstrzymać.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 92
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)